
Reklama.
Tu nie chodzi tylko o to, że obecna Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf (którą do SN powołał prezydent Lech Kaczyński, i która w dzieciństwie była sąsiadką braci Kaczyńskich) niejednokrotnie krytykowała forsowane przez Zbigniewa Ziobrę zmiany w wymiarze sprawiedliwości i mówiła o kryzysie demokracji. Tu nie chodzi też o sędziego Michała Laskowskiego (też powołanego do SN przez Lecha Kaczyńskiego), który parę miesięcy temu utarł nosa ministrowi sprawiedliwości. Tu chodzi po prostu o władzę.
Gdy połowa Polaków jest na urlopach, a druga połowa emocjonuje się głównie rzuconym przez PiS projektem o opłacie paliwowej, rządzący pod osłoną nocy zgłaszają ten projekt.
Pomysł na obsadzenie SN sędziami wygodnymi dla obecnej władzy jest prosty: po wejściu w życie ustawy wszyscy obecni sędziowie Sądu Najwyższego przechodzą w stan spoczynku... z wyjątkiem sędziów wskazanych przez ministra sprawiedliwości. Nowych sędziów wybierze (a jakże!) minister sprawiedliwości. I jeszcze jedno: sędzia SN nie będzie mógł mieć więcej niż 65 lat; no, chyba że zgodę na to, by wciąż orzekał wyda (tadam!) minister sprawiedliwości.
Opozycja grzmi, że w ten sposób PiS przejmie kontrolę nad organem, który nie tylko sprawuje nadzór nad sądami powszechnymi, ale też stwierdza ważność wyborów parlamentarnych i prezydenckich oraz ogólnopolskich referendów. Ale to i tak jeszcze nie wszystko!
Gdy PiS swój projekt o SN przeforsuje, to otworzy sobie drogę do umieszczenia trzech wygodnych dla siebie członków Państwowej Komisji Wyborczej. W skład PKW, zgodnie z kodeksem wyborczym, wchodzi bowiem 9 sędziów: 3 pochodzących z Trybunału Konstytucyjnego i wskazanych przez prezesa TK, 3 właśnie z Sądu Najwyższego oraz 3 z Naczelnego Sądu Administracyjnego (na którego czele od ponad roku stoi powołany przez Andrzeja Dudę prezes Marek Aureliusz Zirk-Sadowski, ale który zdążył przez ten rok oburzyć prawicę obroną prof. Andrzeja Rzeplińskiego).
I jak tu nie wierzyć w przepowiednię, że PiS będzie rządził co najmniej do roku 2031?