"Teraz chyba wszystko jasne, dlaczego PiS ma 45 proc. poparcia". Ta teoria spiskowa zyskała tysiące zwolenników

Dlaczego PiS ma wysokie poparcie w sondażach? IPSOS odnosi się do teorii spiskowej, jaka krąży po internecie.
Dlaczego PiS ma wysokie poparcie w sondażach? IPSOS odnosi się do teorii spiskowej, jaka krąży po internecie. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
To już druga fala tego postu. Po raz pierwszy historia o tym, jak zadzwonił "miły pan z Ipsos", opanowała internet w listopadzie. Wówczas udostępniły ją tysiące osób. W ten weekend opowieść, która rzekomo wyjaśnia, skąd się bierze wysokie poparcie dla PiS, ponownie odżyła w sieci. Znów setki osób podały dalej relację z krótkiej rozmowy z ankieterem przeprowadzającym badanie w sprawie preferencji politycznych Polaków. Czas zatem wyjaśnić, dlaczego po dwóch pytaniach pracownik Ipsos odłożył słuchawkę.

Sondażowe słupki to coś, co budzi ogromne emocje. Oczywiście, że największych wypieków dostają ci, których to najbardziej dotyczy. Jedni analizują, zastanawiają się, jak utrzymać wysokie poparcie i jaką retorykę zastosować, by elektorat swój dopieścić (chyba, że akurat uważają, iż poparcie mają tak wysokie, że zaszkodziłoby im tylko przejechanie na pasach niepełnosprawnej zakonnicy w ciąży, ale to inna bajka). Drudzy kombinują, czy wymiana lidera pozwoli im odczarować los i zatrzymać tendencję spadkową. Ale i wśród samych wyborców notowania poszczególnych partii wzbudzają poruszenie.

"Tyle w temacie"
Wielu przeciwników dobrej zmiany zadaje sobie pytanie, jak to jest – zamieszanie za zamieszaniem, wpadka za wpadką, skandal za skandalem, a PiS-owi rośnie i rośnie. Zastanawia się przy tym, kto i jak robi te sondaże, że partia rządząca niezmiennie znajduje się na szczycie a ugrupowania opozycji (nawet wzięte wszystkie razem) nie bardzo są w stanie zagrozić Prawu i Sprawiedliwości. Mnóstwo osób pyta siebie nawzajem, do kogo ci ankieterzy dzwonią, że wychodzi taki wynik. No i czasami znajdują proste odpowiedzi na swoje wątpliwości. Zbyt proste.
Na Twitterze i na Facebooku w ostatni weekend "odżyła" opowieść o telefonie od ankietera Ipsos. Historia liczy zaledwie 11 linijek i w krótkich żołnierskich słowach opowiada o tym, jak po informacji, iż osoba, do której dodzwonił się pracownik sondażowni ma wykształcenie wyższe, rozłącza się. "No cóż, teraz chyba wszystko jasne, dlaczego PiS ma 45 proc. poparcia" – konkluduje autorka posta, Elżbieta Sipowicz. Wśród tych, którzy podali dalej tę opowieść z prostym wyjaśnieniem sondażowego poparcia dla wyborców, znaleźli się też politycy opozycji.
W listopadzie relacja ta znalazła się m.in. na grupach "Jestem gorszego sortu" czy "PiS na śmietnik". Pod nią znalazły się setki komentarzy, jeszcze więcej osób ten post udostępniło. Teraz opowieść zamieściła m.in. "Sortownia buraków" i też historia ta zrobiła furorę.

Z sieci: Przed chwilą zadzwonił do mnie miły pan z IPSOS z pytaniem czy zechce wziąć udział w ankiecie badającej...

Opublikowany przez Sortownia Buraków na 23 lutego 2018
Komentujący zaś błyskawicznie zdiagnozowali, iż jest to dowód na to, iż sondaże są fałszowane. Niektórzy nawet wykombinowali, co robić, by owych rzekomych fałszerzy przechytrzyć – nie przyznawać się do wyższego wykształcenia!


Zawsze czułem, że coś z tymi sondażami jest nie tak... I do mnie też nikt póki co nie dzwonił.

Teraz wiemy jak wyglądają sondaże PiSu.

Tak myślałam, że jest jakiś przekręt. Nie wierzę żeby tyle było "nieświadomych" ludzi w Polsce.

U mnie było identycznie, po odpowiedzi, że mam wyższe od razu zakończono badanie :) :) :) Przynajmniej wiemy, że z ludzi z wykształceniem podstawowym tylko 50 proc. popiera pislamistów.

Tez miałem taką sytuację, wszystkie sondaże popularności PiS są jednym wielkim fałszem.

Należy w takim razie podawać wykształcenie podstawowe, aby móc dobrnąć do pytania o preferencje.

komentarze z profilu "Sortownia Buraków" na Facebook.com
Tylko czasami w lawinie komentarzy zwolenników teorii spiskowych pojawia się wpis objaśniający, iż przecież chodzi o to, by grupa ankietowanych była reprezentatywna. Dlaczego zatem opisany w poście ankieter po informacji o wyższym wykształceniu rozmówczyni podziękował za rozmowę i pożegnał się, nie pytając jej, na kogo by głosowała w wyborach? O to zapytaliśmy w Ipsos-ie.

Płeć, wiek, wykształcenie...
W dwóch zdaniach wyjaśnić się tego nie da – odpowiedź jest trochę bardziej skomplikowana niż podejrzenia wielu tych, którzy w wynikach sondaży dopatrują się jakichś machinacji.
Ale warto wiedzieć, jak to się robi, by nie mieć pretensji do niewłaściwych osób o to, że słupki wyglądają jak wyglądają. Paweł Predko z Ipsos przyznaje, że dość często - szczególnie gdy już badanie dobiega końca - ankieterzy po paru podstawowych pytaniach o wiek, wykształcenie czy miejsce zamieszkania dziękują za rozmowę i odkładają słuchawkę. A wszystkiemu "winny" jest wymóg, aby wynik sondażu był reprezentatywny. O co chodzi? Zacznijmy od wyjaśnienia, na czym polega "proces realizacji w celu osiągnięcia losowej reprezentatywnej próby".


Badanie preferencji wyborczych realizowane jest przez Ipsos na losowej reprezentatywnej próbie mieszkańców Polski metodą wywiadów telefonicznych:

a) losowość zapewniana jest w ramach metody RDD (random digit dialing) polegającej na losowym generowaniu numerów telefonicznych. Ankieter rozmawia z osobą / posiadaczem wylosowanego numeru telefonu. Ważne jest również to, iż respondent jest anonimowy tj. nie wiemy przed rozmową w jakim jest wieku / płci / wykształceniu lub gdzie mieszka…

b) reprezentatywność oznacza, że zrealizowana struktura demograficzna w badaniu będzie miała strukturę zgodną ze strukturą populacji. Innymi słowy jeżeli w Polsce mamy 52 proc. kobiet i 48 proc. mężczyzn wśród wszystkich mieszkańców powyżej 18 roku życia, to nasze założenia wynoszą 520 kobiet / 480 mężczyzn w przypadku próby N=1000. I tak dla wszystkich niżej wymienionych cech: wieku / wykształcenia itd. zgodnie ze strukturą GUS.[/i]

Paweł Predko – Operations Director, Ipsos
Jeśli ktoś chce uzyskać wiarygodne wyniki badania, musi brać pod uwagę strukturę demograficzną. Jeśli zignoruje GUS-owskie statystyki, może rzeczywiście uzyskać taki sondaż, który zadowoli jakąś część społeczeństwa. Ale nie będzie odzwierciedlał rzeczywistości. – Realizacja badania na próbie niereprezentatywnej, tj. np. tylko z osobami z wykształceniem wyższym lub tylko z kobietami, prowadziłaby do uzyskania kompletnie niewiarygodnych wyników badania – wyjaśnia naTemat Paweł Predko. I tak też było w tym badaniu, które wywołało w sieci tyle emocji. – W przytoczonym przykładzie zrealizowaliśmy już wszystkie ankiety z osobami o wyższym wykształceniu, a brakowało do końca badania osób z wykształceniem zawodowym lub średnim – tłumaczy dyrektor z Ipsos.


Najłatwiej o tych z wyższym wykształceniem
"Pracowałem na infolinii i robiłem takie badania. Osoby z wyższym wykształceniem odpowiadały najchętniej, więc najłatwiej było zrobić badania w tej grupie i kolejni byli wykluczani z badania. Najtrudniej było znaleźć chętnych z podstawowym" – tłumaczy na Twitterze jeden z internautów, by wyjaśnić oburzonym, że powodów do oburzenia nie ma. Zapewnia, że nie spotkał się nigdy z tym, aby zleceniodawca oczekiwał wyników badań dotyczących preferencji tylko jednej określonej grupy. Jak pisze, gdyby coś takiego wyszło na jaw, to byłoby to "sepuku". I to dlatego na samym początku rozmowy telefonicznej ankieter zadaje te podstawowe pytania o płeć, wiek, wykształcenie i miejsce zamieszkania. Dopiero po uzyskaniu na nie odpowiedzi ankieter może przejść do konkretów.
Paweł Predko
Operations Director, Ipsos

Dla osiągnięcia właściwej struktury próby, szczególnie pod koniec trwania realizacji badania, gdy niektóre z profili demograficznych (cech osób) są już zrealizowane, zdarza się, że po części pytań demograficznych dziękujemy osobom za udział w badaniu i nie kontynuujemy ankiety.

Pozostaje wierzyć, że po tych wyjaśnieniach nikogo już nie zaniepokoi fakt, że ankieter podziękuje za rozmowę jeszcze zanim zapyta o to, na kogo oddałby / oddałaby Pan / Pani głos. Co oczywiście nie wyjaśnia jeszcze bardziej skomplikowanej kwestii, dlaczego PiS od ponad dwóch lat króluje w sondażach. Może trochę dlatego, że Grzegorz Schetyna w badaniach fokusowych wypada jako... osioł? A może dlatego, że zwolennicy opozycji wstydzą się przyznać, iż ją popierają? Na takie przyczyny układu sondaży wskazywał niedawno socjolog Jakub Bierzyński, który w przeszłości współpracował z Nowoczesną. Jego zdaniem opozycja jest zwyczajnie niedoszacowana.

– "(...) zacznijmy od tego, że nikt nie wie, jakie są naprawdę wyniki poparcia. Sondaże w Polsce obarczone są ogromnym błędem. Próby, na których przeprowadza się u nas badania, są niereprezentatywne.

Z czego to wynika?


– Robi pan sondaż polityczny. Ponad 70 proc. ludzi, do których pan zadzwoni, odmówi rozmowy. Właśnie reprezentatywna próba się rozpadła. A 70 proc. to jest w Polsce standard. Żeby próba wyniosła tysiąc osób, musi pan zadzwonić do czterech tysięcy.

A brakujące trzy tysiące?


– Odmowa odpowiedzi jest skorelowana z poglądami politycznymi. Ludzie wstydzą się przyznać, że na kogoś głosują. Z tego powodu przez lata PiS było partią niedoszacowaną.

A dziś?


– Jest raczej odwrotnie. Zwolennicy PiS chętniej uczestniczą w badaniach. Mają poczucie misji! Zaś strona demokratyczno-liberalna jest zdemobilizowana i rozbita: 'E, nie mam czasu gadać z ankieterem. Mam się przyznać, że głosuję na PO? Bez sensu'".

"Badania to jest pic na wodę" – rozmowa Pawła Reszki z Jakubem Bierzyńskim w "Newsweeku"
Ale prezentowane raz po raz słupki wyborcze to badania ankietowe – one wskazują ogólne tendencje, że jedna partia traci a druga zyskuje. Nie dają jednak odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Próbę wyjaśnienia, skąd bierze się wysokie poparcie dla PiS, podjął niedawno socjolog dr hab. Maciej Gdula, realizując badania jakościowe w niedużym mieście na Mazowszu. Badaniem objęto niedużą próbę kilkudziesięciu osób, ale przeprowadzono z nimi długie wywiady, które pozwalają zrozumieć, dlaczego wyniki sondaży są takie a nie inne.

– To badanie pokazało, że schematy myślenia, których nauczyliśmy się kiedyś, dziś już przestają działać. Choćby skrypt, że PiS wygrało, bo ludzie dali się kupić za 500+. Albo ten, że wyborcy PiS to ludzie przegrani, z poczuciem pewnego wykluczenia. Ten obraz jest o wiele bardziej złożony – mówił Maciej Gdula w rozmowie z naTemat. Na pytanie, jaki wniosek płynie z tego dla opozycji, odpowiedział: "Najważniejszy jest taki, że jeśli ktoś chce pokonać PiS, to nie może myśleć w kategoriach powrotu do tego, co było". Ale do tego przeciwnicy PiS musieliby wyborcom zaoferować coś nowego. Bez tego opozycja może się obawiać, iż łatwo wyników sondaży nie odczaruje. Podawaniem dalej tweetów ze spiskową teorią sondażową na pewno tego się nie uczyni.
Trwa ładowanie komentarzy...