Filomena Lee opowiedziała nam o swoim życiu
Filomena Lee opowiedziała nam o swoim życiu zrzut z ekranu Dp30/YouTube
Reklama.
Uwaga! Artykuł może zawierać spoilery filmu

Z Filomeną Lee, główną bohaterką filmu "Tajemnica Filomeny", byłem umówiony na rozmowę telefoniczną. Niestety, ograniczenie czasowe, zaledwie dziesięć minut, spowodowało, że każde słowo, każde pytanie musiałem ważyć. W tej chwili każdy chce z nią rozmawiać. Kiedy odbiera telefon, tu jest wieczór, tam ranek. Uprzejmie wita mnie, życzy dobrego dnia. Rozmawiam z miłą, uprzejmą starszą irlandzką panią. To niesamowite, ile ciepła potrafi wnieść do naszej rozmowy.
Zanim jednak przejdę do rozmowy przedstawię historię Filomeny Lee. W wieku osiemnastu lat (lata 50.) Irlandka była w ciąży z nieślubnym dzieckiem. W tamtych czasach konserwatywni Irlandczycy źle postrzegali takie przypadki. Tysiące młodych kobiet musiało urodzić swoje dzieci, a następnie pracować w zakonach prowadzonych przez siostry. Tak też było w przypadku Filomeny Lee. Irlandka musiała w ten sposób odkupić swój grzech nieczystości. Natomiast jej synek, Anthony został oddany do adopcji. Przez 50 lat Filomena żyła z tą tajemnicą.
Pewnego wieczoru po kilku kieliszkach sherry opowiedziała córce historię swojej młodości. Ta natychmiast skontaktowała się z dziennikarzem Martinem Sixsmithem i rozpoczęły się poszukiwania Anthony'ego. Niestety, po pięciu latach szukania okazało się, że jej syn nie żyje. Filomena ustaliła jednak, że przez całe życie próbował do niej dotrzeć, jednak siostry zakonne nie pozwalały mu na kontakt, mówiąc że ona nie chce go znać. Dziś Irlandka rozpoczęła projekt, który ma pomóc takim dzieciom poznać swoich prawdziwych rodziców.

Z Filomeną jest jej córka Jane. To ona jest największym wsparciem dla matki. Podczas wywiadów Filomena prosi o to, by była przy niej obecna. Tak jest i tym razem.
Pozwoliła pani upublicznić swoją historię. Cały świat usłyszał o czymś, co panią dręczyło przez całe życie...
Filomena Lee: To było bardzo bolesne doświadczenie. W końcu tyle lat trzymałam to w tajemnicy. 50 lat nikomu nie mówiłam o tym, że miałam synka, Anthony'ego, który został oddany do adopcji. Początek poszukiwań także był bolesnym zakończeniem.
Jane Libberton (córka Filomeny): Mama miała na początku obawy. Jednak w końcu uznała, że tak będzie lepiej. Z dnia na dzień co raz bardziej się przekonywała do tego, że warto odnaleźć Anthony'ego.
Tyle że to nie jest historia z happy endem. Syn nie został odnaleziony.
To było okropne, byłam bardzo załamana. Czułam, że po raz drugi w swoim życiu straciłam Anthony'ego. Jednak przynajmniej wiedziałam, co stało się z moim synem. Najgorsze byłoby nie wiedzieć, gdzie jest mój syn. Teraz przynajmniej odnalazłam wewnętrzny spokój. Wiem, że miał dobre życie, osiągał pewne sukcesy. Pracował w Białym Domu. Mogłam być z niego dumna.
Przez 50 lat zastanawiałaś się, co się dzieje z twoim synem?
Oczywiście. Każdego dnia. Ta myśl mnie co chwilę nawiedzała. Modliłam się za niego, by Bóg miał go w swojej opiece. Rozmawiałem z bratem, który jako jedyny wiedział o moim synku. Gdybaliśmy nad tym, co akurat robi. Wieczorem mówiliśmy, że pewnie leży w łóżku i zasypia, w ciągu dnia, że się bawi. Wiedziałam tylko o tym, że jest w Stanach Zjednoczonych.
Poznała pani jego przybranych rodziców?

Niestety nie. Nie wiemy kim byli. To, co udało nam się ustalić, to, fakt, że byli katolikami z Massachusetts, a wujek Anthony'ego był biskupem. Mój syn otrzymał dobre wykształcenie, dzięki czemu później trafił do Białego Domu. Co ciekawe, jego rodzice nie chcieli mieć synka, tylko dziewczynkę. Mieli adoptować dziewczynkę o imieniu Mary, z którą Anthony tworzył nierozłączną parę. Wszystko robili razem. Kiedy jego przybrani rodzice przyjechali po dziewczynkę i zobaczyli ich razem uznali, że nie mogą ich rozdzielić. I tak przez przypadek trafił do ich rodziny
logo
Filomena Lee z córką Jane Libberton zrzut z ekranu DB30/YouTube

Miał siostrę, rozmawiała pani z nią?

Poznaliśmy się. Mieliśmy ze sobą kontakt do czasu premiery filmu. Jednak poza tym to głównie Martin Sixsmith (dziennikarz, który pomagał jej w poszukiwaniach syna, autor książki „Tajemnica Filomeny”) miał z nią do czynienia.
Pani stała się ofiarą wielkiej machiny. Wiem, że tysiące młodych dziewczyn, jak Pani, zostało zmuszonych do oddania swoich dzieci do adopcji. Ma pani żal do Kościoła?
Jane: Od razu powiem, że mama nie czuje się ofiarą Kościoła. W żadnym przypadku nie mówi o sobie jako o osobie pokrzywdzonej.
Filomena: Dokładnie. Takie niestety były czasy. Społecznie uznawano, że samotne matki nie mogą się zajmować dziećmi. To było normalne. Martwiłam się jak matka o swojego syna, jednak musiałam się pogodzić z naszym losem. Nie mogę mieć żalu do Kościoła o to, co się wydarzyło. Najgorsze, co mogłoby mnie spotkać, to trzymać wobec kogoś urazę. Człowiek musi nauczyć się przebaczać. Ja już dawno mam za sobą ten etap. Teraz wiem, że moim zadaniem jest pomoc innym osobom, które utraciły dzieci i rodziców, spotkać się ponownie. To, że ja nie spotkałam ponownie swojego synka, nie znaczy, że inni nie mogą.
Jane: Mama ocenia sprawy, takie jakimi one były. To się wydarzyło bardzo dawno temu i ciężko nam, osobom, które w nich nie żyły je oceniać. Na szczęście prawo się zmieniło i tak już się nie dzieje. A teraz założony przez nas „Project Philomena” ma pomoc innym. Na pewno nie zamierzamy z nikim walczyć. To co się wydarzyło mojej mamie nie powinno być wykorzystane jako oręż przeciwko Kościołowi.
Filomena: To były smutne czasy i tyle. Jednak wszyscy tak żyli, historii nie cofniemy, możemy tylko naprawiać świat. I ważne, że inne osoby pomagają. Nigdy nie będę zła na Kościół. Jestem osobą wierzącą.
Wiem, że ostatnio spotkała się Pani z papieżem Franciszkiem. Jak wrażenia?
To było cudowne doświadczenie. Watykan się z nami skontaktował. Papież chciał się z nami spotkać. Opowiedziałam mu swoją historię, mówiłam mu o swoim poczuciu winy. W końcu miałam nieślubne dziecko, a przez lata mówiono mi, że tak nie można. Jednak on wykazał się wyrozumieniem i powiedział mi, że nie mam grzechu. Bardzo mi ulżyło. To taka niesamowita i ciepła osoba. Steve Coogan, który w filmie gra Martina trochę się przygotował do tego spotkania. Trochę dłużej z nim porozmawiał. Powiem, że to spotkanie było jedną z najlepszych rzeczy, które mogły mnie spotkać.
Przejdziemy do samego filmu. Czy pozostał wierny pani historii?
Historia jest dokładnie taka, jaka była. Nie ma tak, że wymyślono pewne rzeczy na potrzeby filmu. No może oprócz tego, że dodano jakieś fragmenty, by podnieść ludzi na duchu, by się bardziej uśmiechnęli. Jednak to nic złego, wręcz pozytywnego. Oglądając to, co nakręcono czułam się tak, jakbym widziała siebie i swoje życie. Jednak to nie tylko opowieść o mnie, ale o wielu kobietach w Irlandii. Nie tylko mnie się to wydarzyło, więc z tym filmem wiele osób będzie się utożsamiało.
Czy Judi Dench, która zagrała Filomenę, to był dobry wybór do tej roli?
Filomena: Nikt nie byłby lepszy od Judi Dench. W życiu nie mogłabym prosić o lepszą osobę do odegrania mnie w filmie. Byłam bardzo podekscytowana tym, że to ona mnie zagra. Chwaliłam się tym wszystkim przyjaciółkom. Nie mogły wyjść z podziwu.
Jane: Tu muszę zgodzić się z matką. Judi była fantastyczna. Zarówno na planie filmowym, jak i poza nim jest taka sama jak mama. Obie są bardzo miłe dla wszystkich z otoczenia. Zawsze uprzejma, traktująca ludzi z szacunkiem. Na pewno nie mogli znaleźć lepszej osoby do odegrania tej roli.
Filomena: Tak, tak. Judi to był najlepszy wybór. Jestem bardzo szczęśliwa z tego, co Judi „ze mną” zrobiła.
Znalazła pani spokój po ustaleniu losów syna i rozmowie z papieżem Franciszkiem?
Tak. Ja mam spokój, ale tysiące matek wciąż szukają swoich dzieci. Tysiące dorosłych już dzieci wciąż szuka swoich matek. Tymczasem zakazany jest dostęp do dokumentów adopcyjnych. Założyłam z córką "Project Filomena". Moja fundacja walczy o to, żeby każdy miał prawo do wglądu w swoje dokumenty. Wierzę, że jestem w stanie pomóc wielu osobom. Połączyć wiele podzielonych rodzin. Powiem, ze ważną rolę odgrywa tu moja córka. To ona jest tą osobą, która zna się na komputerach i e-mailach. Ona wszystko koordynuje. Nie wiem, co bym zrobiła bez jej wsparcia. Naprawdę trzeba być wdzięcznym Jane za pomoc jaką daje przy prowadzeniu "Project Filomena".
Wasz projekt oznacza walkę z Kościołem, który zabrania dostępu do dokumentów?
Nie walkę, a współpracę. Trzeba do sprawy podejść z wyrozumieniem. Kościół ma pewne obawy, ale mam nadzieję, że przy pomocy osób z góry to się zmieni. Jestem pozytywnej myśli. Na pewno nie chcę wojny, ale współpracy. I życzyłabym, aby wszyscy zamiast wojować, normalnie podchodzili do pewnych spraw. Walką nic nie osiągniemy, tu potrzeba dialogu.