Trzy awionetki rozbiły się w tygodniu. Ekspert lotniczy: Wypadków będzie więcej

Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta
29 kwietnia mały samolot rozbija się na Górze Kamieńsk. Giną dwie osoby. 1 maja do katastrofy awionetki dochodzi na warszawskim Bemowie. Również dwie ofiary. 3 maja ultralekki samolot rozbija się w Pile. Piloci giną na miejscu. W ostatnim tygodniu doszło w Polsce do trzech katastrof lotniczych, w których życie straciło łącznie sześć osób. Co zawiodło?


Według wstępnych ustaleń wszystkie trzy loty były szkoleniowe. Póki co nie wiadomo, jak doszło do katastrof, ale pojawiły się już liczne spekulacje.

Punkty wspólne


We wszystkich trzech wypadkach brały udział samoloty małej awiacji. Na Górze Kamieńsk - dwupłatowiec. Na warszawskich Babicach certyfikowany samolot. Dopuszczany do lotów nawet bez widoczności. - Ten model zakupiła Politechnika Rzeszowska do kształcenia swoich pilotów. To nowoczesne, sprawdzone maszyny. Certyfikat oznacza, że były poddane długotrwałym i kosztownym badaniom bezpieczeństwa konstrukcji. Samolot miał też certyfikowany silnik. Nie wiadomo, co zawiniło w tym przypadku, ale mówi się, że mógł to być albo silnik albo paliwo - wyjaśnia Michał Setlak, pilot i zastępca redaktora naczelnego "Przeglądu Lotniczego".

Wideo z wypadku na Bemowie


W Pile był to najprawdopodobniej ultralekki samolot typu Zodiak. Prawdopodobnie również miał problemy z silnikiem.

W dwóch ostatnich przypadkach wpływ mogły mieć również warunki atmosferyczne. Na Babicach była pogoda rzędu 30 stopni Celsjusza. To, zdaniem pilotów, może mieć wpływ na silnik, ale nie musi.

Komisja na wydanie wstępnego raportu ma miesiąc. Na ostateczny trzeba będzie poczekać nawet kilkanaście miesięcy. Jeśli przyczyna wypadku, będzie oczywista, jak np. usterka techniczna, którą uda się szybko ustalić, można się raportu spodziewać wcześniej. Dlaczego zajmuje to tyle czasu? - Komisja musi zebrać bardzo dużo informacji, zbadać wrak, zebrać i przeanalizować zeznania świadków, sprawdzić warunki atmosferyczne, rejestry lotów, historię maszyny, pilotów. To mnóstwo grzebania w dokumentach - wymienia zastępca redaktora naczelnego "Przeglądu Lotniczego".

Co zawiodło


W lotnictwie 80 proc. wypadków jest wynikiem błędów człowieka. W przypadku tych trzech katastrof bardzo trudno powiedzieć, co było ich przyczyną. Jest na to zdecydowanie za wcześnie. Odpowiedzi na to pytanie, może udzielić tylko Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych.


- To jedyny organ, który ma dostęp do informacji w tej sprawie. Wszystkie inne rozważania trzeba traktować jako domniemania. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że żaden z wypadków nie był związany z działalnością żadnego aeroklubu - podkreśla Ryszard Michalski, szef wyszkolenia Aeroklubu Polskiego.

- Komisja ma bardzo trudne zadanie, tym bardziej, że wypadki wydarzyły się w tak krótkim odstępie czasu, a dwa z nich w trakcie długiego weekendu - dodaje Michał Setlak.

Wypadków będzie więcej


Nie ulega wątpliwości, że wypadki małych samolotów zdarzają się coraz częściej. - Jest i będzie ich więcej, bo natężenie ruchu lotniczego jest coraz większe. Pogoda jest świetna, widoczność doskonała, więc coraz więcej osób wsiada do samolotu - mówi Setlak - Warto jednak zwrócić uwagę, że w majowy weekend na drogach zginęło blisko
50 osób, a w wypadkach lotniczych 4. Co nie zmienia faktu, że jest to niepokojące i trzeba się temu przyjrzeć - dodaje.

To nieprawda wbrew pojawiającej się opinii, że samoloty małej awiacji są niebezpieczne, co wpływa na wzrost liczby wypadków. - To są konstrukcje sprawdzone i produkowane od lat. Od lat też się nimi lata, dlatego jeśli pojawiają się jakieś błędy konstrukcyjne, są poprawiane - podkreśla Michał Setlak.

Maszyny, którymi lata się w Polsce, nie są jednak stare. - To nie jest tak, jak w przypadku samochodów. 5-letni samolot to nówka - dodaje pilot.

Katastrofę można przeżyć

Nie każda awaria i katastrofa lotnicza kończy się tragedią. - Katastrofy można przeżyć. Każdy pilot jest uczony, żeby lądować awaryjnie. Samolot różni się od szybowca praktycznie tylko silnikiem. Jeśli silnik ma awarię i jest jakaś płaska powierzchnia, samolot ma szansę wylądować, a ludzie mogą wyjść cali - zaznacza Setlak.
- Zawsze jest szansa na wyjście z sytuacji szczególnych (awaryjnych, niebezpiecznych) bez szwanku. Z tego powodu ćwiczy się symulacje różnych sytuacji, które mają dać pilotom szanse wyjść z opresji - potwierdza Ryszard Michalski, szef wyszkolenia Aeroklubu Polskiego.

Zaledwie kilka dni temu na tych samych warszawskich Babicach, lądował awaryjnie jednosilnikowy samolot. Ma połamane podwozie i prawdopodobnie nie da się go naprawić, ale ludzie przeżyli. - Wyszli z samolotu i praktycznie tylko się otrzepali - zauważa Setlak.

Na Górze Kamieńsk do wypadku doszło w okolicach góry i pojawiają się opinie, że mogła mieć tu znaczenie pogoda i zawirowania powietrza. W Pile i Babicach do wypadku doszło tuż po starcie. Piloci mieli wobec tego bardzo mało czasu na podjęcie działań. - W takich
wypadkach praktycznie jedyną szansą jest lądowanie na wprost. Próba zawrócenia to zawsze ryzyko korkociągu, a wtedy samolot spada jak kamień i załoga pozostaje bez szans. Jeśli awaria pojawia się tuż po starcie, pilot ma czas tylko na jedyną decyzję, jeśli okaże się błędna, kończy się to niestety tragedią - mówi zastępca redaktora naczelnego "Przeglądu Lotniczego".

Zbyt zieloni


Po każdej katastrofie, w której pojawia się motyw "lotu szkoleniowego" pojawiają się również zarzuty, że przyszli piloci są zbyt szybko wpuszczani do maszyn. Z tym zarzutem nie zgadza się m.in. szef szkolenia Aeroklubu Polskiego. - Najbardziej efektywne jest szkolenie na samolocie. Daje możliwość nauczenia i sprawdzenia nabytych umiejętności przyszłego pilota
- podkreśla Ryszard Michalski.

Nie jest jednak tak, że amator jest samodzielnie wypuszczany w powietrze. Przepisy polskie, które są takie same jak europejskie, wyraźnie określają, że szkolenie odbywa się najpierw z instruktorem. - Jednym z koniecznych warunków do uzyskania licencji pilota jest wykonanie co najmniej 45h lotu, w tym 35 obowiązkowo z instruktorem - dodaje.

Dopiero po tym czasie może wykonać samodzielny lot, jeśli instruktor uzna, że kandydat na pilota jest gotowy. To, jak podkreślają szkoleniowcy, zdarza się rzadko.

Wnioski na przyszłość


Jednak na pokładach samolotów, które się rozbiły byli instruktorzy. - Loty szkoleniowe zawsze są bardziej ryzykowne. Za sterami siedzi człowiek, który dopiero uczy się pilotażu. Ma niewyrobione ruchy. Może jakiś manewr wykonać zbyt gwałtownie i instruktor nie zdąży zareagować lub nie będzie miał dostatecznie dużo siły, żeby wykonać kontrmanewr - zauważa Michał Setlak.

Luton, przedpokój Londynu. Pięć tanich lotnisk i ich historie


- Każdy lot wiąże się z ryzykiem. Mimo, że mam kilka tysięcy wylatanych godzin, nadal "boję się latać". Zawsze mam świadomość pewnego ryzyka, które się z tym wiąże. Dla mnie takie katastrofy to ciężkie przeżycie. Jak najszybciej chciałbym się dowiedzieć, dlaczego do nich doszło, żeby móc przekazać wnioski swoim instruktorom - zaznacza szef wyszkolenia Aeroklubu Polskiego - Każdy raport Komisji ma służyć poprawie bezpieczeństwa. Być może ten wykaże, że trzeba zmodyfikować przepisy i procedury tak, żeby uniknąć takich wypadków w przyszłości - dodaje.