
"Wszczynając awanturę wojenną na wschodzie Ukrainy, Rosja sama ściągnęła na siebie klęskę. Życie w Donbasie nie było usłane różami, jednak państwo rosyjskie pomogło przekształcić wschód Ukrainy w dymiącą ogniem Czeczenię.'Poszliśmy do Doniecka i Ługańska, bo….' - Rosja w żaden sposób nie potrafiła przedstawić uzasadnienia dla swych działań" - napisał w swoim najnowszym felietonie rosyjski publicysta Oleg Kaszyn, którego tłumaczenie w piątek publikuje blog "Media w Rosji".
W swoim stanowczym tekście Rosjanin nie boi się stwierdzać wprost, że Rosja konflikt z Ukrainą i całym Zachodem przegrała. I choć wciąż żyjemy w szoku po tym, co przed rokiem wydarzyło się w naszym uchodzącej od lat za oazę spokoju na świecie regionie, to trudno nie dostrzec coraz więcej dowodów na to, że Władimir Putin i Rosjanie zasługują już dziś na miano przegranych. Przede wszystkim dowodzą temu coraz rzadsze doniesienia o starciach na wschodzie Ukrainy. Głębsza analiza pozwala dostrzec jednak jeszcze kilka kluczowych faktów przemawiających za przegraną Rosjan, nawet jeśli zdecydują się oni oddać jeszcze kilka strzałów do Ukraińców.
W tej wojnie Rosjanie pokazali, że w nowoczesnym starciu równie ważne jest posiadanie artylerii, snajperów i licznego mięsa armatniego, co i oddziałów walki psychologicznej. Zresztą cały konflikt na wschodzie Ukrainy to jednak wielka operacja psychologiczna, dla której brutalne starcia na okupowanych terytoriach są tylko narzędziami. Chyba po raz pierwszy na taką skalę Kreml uruchomił więc swoją XXI-wieczną machinę propagandową, na którą składają się nie tyko wyspecjalizowani w kłamaniu prosto w oczy dyplomacji i tworzące kłamliwe wiadomości media takie, jak Russia Today, NTV czy portal Sputnik. Rosja pokazała także swój potencjał w sieci, którą zalały proputinowskie komentarze masowo wklepywane w ośrodkach walki cybernetycznej w Petersburgu i Kazaniu. Niejednokrotnie mieli z nimi do czynienie i moderatorzy naTemat.
Od początku marca wiele wskazuje jednak na to, że osławione putinowskie trolle dostały rozkaz do odwrotu. Fala kuriozalnych komentarzy nie tylko w polskiej sieci zmniejsza się i zdaje się być udziałem już tylko tej nielicznej grupki, którą Rosjanom udało się zarazić swoim specyficznym podejściem do tego, przez co Kreml rozumie geopolitykę. Podobnie jest z działającymi na zlecenie władz mediami w Rosji, które już nie przedstawiają kolejnych planów jądrowego ostrzału Waszyngtonu i nie liczą, jak szybko czołgi z czerwoną gwiazdą byłyby w stanie dotrzeć do Warszawy. Ostatnimi czasy cała rosyjska wojenna propaganda to w zasadzie rajdy przez Polskę mające upamiętnić zwycięstwo reżimu sowieckiego nad nazistowskim. Wydarzenia, o których chwilę gorąco podyskutowano, ale których większość Europejczyków już w ogóle nie zauważy.
Krótkie przekonanie o odrodzeniu ZSRR, które Władimir Putin i rzesza wpatrzonych w niego Rosjan przeżywali po aneksji przez "zielone ludzki" Krymu i udanym wtargnięciu do Donbasu mogło wprowadzić ich w stan silnego upojenia tym sukcesem. Jak po każdej upojnej imprezie, podczas której nie liczą się koszty, także i w tym przypadku najboleśniejszego kaca wywołuje jednak w miarę trzeźwe podliczenie niedawnych wydatków. W przypadku Rosji sytuacja wygląda tak, jakby tuż po utracie pracy zafundować sobie imprezowy maraton, który kosztował kilka pensji.
Nieprawdą jest bowiem, że coraz silniejsze cięcia jeszcze w tegorocznym budżecie Federacji Rosyjskiej i plany oszczędnościowe na szereg kolejnych lat wymuszają tylko wprowadzone przez Unię Europejską i Stanu Zjednoczone sankcje. Rosyjski problem w tym, że na wojnę z Ukrainą i nową zimną wojnę z Zachodem Władimir Putin poprowadził swój naród w czasie, gdy akurat na łeb na szyję zaczął lecieć kurs rubla. I to głównie ze względu na stagnację rosyjskiej gospodarki, która niezbyt rozwijała się nawet wówczas, gdy relatywnie swobodnie mogła współpracować z najważniejszymi partnerami ze świata. No i ze względu na ceny ropy naftowej, na której wzbogacali się dotąd na Wschodzie, a którą dziś można kupić wręcz rekordowo tanio.

Gdyby to był jedyny problem Rosji, odpowiedzią na niego mogłoby być zacieśnienie kontaktów z Zachodem, który chętnie wsparłby na przykład nowe inwestycje, na brak których tak narzekał niedawno rosyjski wicepremier Arkady Dworkowicz. – Brak finansowania nowych inwestycji jest tym, co najmocniej uderza w rosyjską gospodarkę – stwierdził szczerze kremlowski polityk. Długo jednak nikt euro i dolarów raczej w rosyjski biznes nie wpompuje. Rosjanom zostają więc cięcia. Jeszcze podczas prac budżetowych dotyczących 2015 roku pozostawiono tylko kilka obszarów funkcjonowania państwa bez ograniczonego finansowania. Po zaledwie pierwszym kwartale tego roku cięcia ogłoszono jednak nawet w systemie emerytalnym, rentowym i pomocy dla najbiedniejszych, a później w wydatkach na obronność.
Rozłamy w unijnej polityce izolacji Kremla dokonywane przez premiera Węgier Wiktora Obrana, szefa włoskiego rządu Metteo Renziego, czy nowego przywódcy Greków Aleksisa Tsiprasa mogą na Starym Kontynencie irytować. Szczególnie dlatego, że stanowią wyciągnięcie pomocnej dłoni dla kremlowskiej propagandy, która może przekonywać, że żadnej izolacji "Cara XXI wieku" nie ma. Krytykując swoich polityków tę narrację powielamy zresztą często i w redakcjach z państw członkowskich UE.
Chwila zastanowienia pozwala jednak dostrzec, że z Władimirem Putinem spotyka się co najwyżej unijna III liga. Renzi, Orban, a przede wszystkim Tsipras to przecież przywódcy państw robiących dziś w Unii za hamulcowych europejskiego rozwoju i unijnych enfant terrible. W Brukseli o opuszczeniu UE przez Greków wielu wręcz marzy. Po Węgrach i Włochach płakałoby niewielu. A pomijając już wszystkie te fakty, do żadnego złamania prawdziwej solidarności w sprawie izolowania Rosjo nie doszło.
Sankcje, jak obowiązywały, tak obowiązują. A większość państw europejskich wcale nie skończyła tylko na nich i kolejnych wyrazach ubolewania. Rosyjskie działania na Wschodzie sprawiły, że dziś NATO w Europie jest coraz bliżej zdolności do zdecydowanej reakcji na potencjalne zagrożenie nie w kilka tygodni jak dotąd, a w zaledwie 48 godzin. Do niedawna o przyłączeniu się do sojuszu znacznie silniejszego od rosyjskiej potęgi militarnej rozważały nawet państwa, które dotąd wolały pozostawać poza NATO. Rosja sprawiła też, że na nowo rozgorzała debata o stworzeniu obok Sojuszu Północnoatlantyckiego wreszcie także wspólnej unijnej armii, która w kluczowych ruchach nie byłaby uzależniona od decyzji amerykańskiego Kongresu.
Jeszcze kilkanaście miesięcy temu Władimir Putin mógł marzyć o destabilizacji nie tylko Ukrainy, ale i krajów bałtyckich. To staje się coraz mniej realne nie tylko za sprawą mobilizacji NATO-wskiej, dzięki której na Łotwie już pojawiła się znaczna liczba amerykańskiego sprzętu wojskowego, a wkrótce podobny transport może dotrzeć do Estonii. Bałtowie zostali wzięci także pod skrzydła państw nordyckich, które przed dwoma tygodniami postanowiły zacieśnić współpracę w zakresie obronności i jednoznacznie wskazały, że ich działania będą wymierzone w Rosję.
O zacieśnieniu polsko-ukraińksiej współpracy wojskowej, przyspieszeniu modernizacji Wojska Polskiego, zakupach Patriotów i nowych śmigłowców bojowych nie ma nawet co wspominać... A przecież większość opisanych powyżej faktów nie zaistniałaby tak szybko lub nie zaistniała w ogóle, gdyby nie kilka rozkazów Władimira Putina.
A przynajmniej wiele na to wskazuje, o czym już wspomniano w pkt. 2. Pierwsza zimna wojna trwająca od zakończenia II wojny światowej motywowała do rozwoju i pozwalała wmawiać Rosjanom, że muszą godzić się na reżim, bo inaczej zginą z rąk odradzających się na Zachodzie nazistów i kapitalistów. Przez wiele dekad temu własnie ZSRR zawdzięczał potęgę, jakiej władcy Kremla nie mieli nigdy wcześniej. Dziś Władimir Putin próbuje powtórzyć ten scenariusz, kolejny raz strasząc utratą wielkiego zwycięstwa nad nazizmem z 1945 roku.
Cały problem w tym, że wówczas ZSRR rzeczywiście startował z pozycji wielkiego zwycięzcy. Choć Rosjanie musieli poświęcić na walkę z III Rzeszą ogromne środki i życie milionów obywateli, korzyści z podziału powojennych łupów - szczególnie tych geopolitycznych - były niewspółmiernie większe. Konflikt na wschodzie Ukrainy nie przynosi tymczasem żadnych korzyści, a same straty. Ukraińcy nie walczą o Donbas, po którym większość z nich nie będzie płakała, podobnie jak po Krymie. Jeżeli i kawałek wschodniej Ukrainy Rosjanom uda się wchłonąć, będą mieli tylko kolejny problem ze sporym obszarem biedy. Jeżeli "Noworosja" stanie się ziemią niczyją, to w długofalowym ujęciu Rosjanie mogą mieć większy problem z gniewem i bezprawiem, które się tam zrodzą.
Na tym nie da się zarobić. Nawet jeśli wkrótce sytuacja na rynku surowców wróci do tej z czasów, gdy była najbardziej korzystna dla Rosji, kraj Władimira Putina i tak będzie zmuszony do tego, by w pewnym momencie szukać wsparcia u partnerów ze świata. Teoretycznie nie potrzebuje w tym kontekście UE i USA. Tylko, że zacieśnienie współpracy z Chinami i Indiami może oznaczać po prostu uzależnienie się od nich. Nie wspominając już o tym, że Pekin i New Dehli będą grały z Moskwą o wiele ostrzej niż zachodnie stolice. Jeśli nawet Chińczycy lub Hindusi zainwestują w ratowanie rosyjskiej gospodarki, na pewno nie pozwolą, by dzięki temu to Rosjanie grali pierwsze skrzypce.
O tym błędzie Władimira Putina mówiono już od pierwszych chwil wojny Rosji z Ukrainą. Gdyby na wieść o przejściu władzy w Kijowie przez Majdan Rosjanie pozostali na przypatrywaniu się rozwojowi sytuacji, być może już teraz wielu Ukraińców krzyczałoby na ulicach swoich miast, że to jednak w sojuszu ze wschodnimi braćmi najlepsza przyszłość. Bo przecież UE zamiast docenić majdanowską walkę i przelać miliardy euro, a najlepiej przyspieszyć akcesję, zaczęła tylko stawiać wygórowane wymagania. Nowy rząd zamiast ograniczyć bezrobocie ściągnął po radę Leszka Balcerowicza, który i na Ukrainie zaproponował terapię szokową.
Gdyby nie wojna, Władimir Putin na swoi trójkołowcu mógłby przemknąć przez Ukrainę na czele rocznicowego rajdu "Nocnych Wilków" z zatkniętymi za plecami flagami Ukrainy i Rosji, jak zrobił to kilka lat temu w drodze na zlot na Krymie. I pewnie więcej ludzi oklaskiwałoby go zamiast opluwać. Kreml wolał jednak wybrać drogę agresji i tylko nowej Ukrainie wyświadczył wielką przysługę. Dziś Ukraińcy mają możliwość jednoczyć się wokół tego, czego zabrakło po bezkrwawym odzyskaniu niepodległości na początku lat 90-tych, a później po sukcesie Pomarańczowej Rewolucji. Dziś Ukraina wie już o co i z kim ma walczyć.
