Zosia Zborowska - celebrytka, która nie boi się mówić tego, co myśli
Zosia Zborowska - celebrytka, która nie boi się mówić tego, co myśli Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta

Jest uczestniczką programu rozrywkowego, gdzie przebiera się za gwiazdy estrady i próbuje pomagać innym. Ostatnią wygraną oddała na leczenie chorego dziecka – temu pomaga terapia marihuaną. Nieźle wtedy zamieszała, a żeby jeszcze dolać oliwy do ognia, skrytykowała koleżanki – aktorki. Kim jest Zosia Zborowska?

REKLAMA
Występujesz w programie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”, gdzie co odcinek jedna osoba może przeznaczyć 10 tys. zł na wybrany cel. Ty też wybrałaś: leczenie marihuaną medyczną kilkuletniego chłopca, o którym swojego czasu było naprawdę głośno. Jego matka i lekarz widzieli i widzą w konopi ratunek. Powiedziałaś o tym i cię ocenzurowali. Wkurzyło cię to?
Jasne, że tak, ale wiedziałam wcześniej, że wytną ten fragment. Postawiłam sprawę jasno, choć istnieją różne kruczki prawne, na które nie mam wpływu. Nie chcę jednak oceniać decyzji produkcji, bo ja i tak napisałam oświadczenie, że mój gest nie był przypadkowy. Chciałam bowiem przez udział w tym programie poruszyć pewną ważną kwestię.
Właściwie po co?
Historia Maksa Gudańca [red.: pierwsze dziecko w Polsce leczone legalnie marihuaną] jest dla mnie tak abstrakcyjna, tak straszna, że nie potrafię inaczej. Dorota, jego mama, silna kobieta od dawna opisuje walkę z chorobą i państwem. Przekonuje, że to jedyna opcja, która pomaga chłopcu – dzięki kuracji zaczął siadać, kiedyś miał też kilkaset wstrząsów dziennie, obecnie kilka na miesiąc.

Nie oszukujmy się, marihuana nie wszystkim kojarzy się z leczeniem. Interesuje bardziej ze względu na emocje, jakie wywołuje niż to, że może komuś pomóc.
I nie tylko uśmierzyć ból. Jej nielegalność to bzdura, morfina jest 3 razy bardziej szkodliwa. Już nie wspomnę o alkoholu, który robi straszne rzeczy z naszym ciałem i umysłem. Ja nie piję od pół roku i nigdy nie czułam się tak dobrze, ale przecież jesteśmy wychowani w kraju, gdzie alkohol to wręcz część kultury. Możemy kupić go na każdym rogu, to samo dotyczy nikotyny i papierosów. Wystarczy sprawdzić, ile osób rocznie na świecie przez nie umiera. To są miliony.
To prawda, ale szczerze mówiąc ciągle się o tym klepie, za to mówienie o marihuanie jest jeszcze wsadzaniem kija w mrowisko.
No tak, ale nie twierdzę, że marihuana to najlepsze co nas w życiu spotkało. Po prostu miejmy prawo wyboru, tym bardziej jeżeli chodzi o leczenie.
Kiedy właściwie zaczęłaś się tym interesować?
W momencie, gdy dowiedziałam się, że wezmę udział w show. Wtedy spotkałam się z posłem Andrzejem Dołeckim, który skontaktował mnie z rodziną Maksa. Zaczęłam czytać i oglądać wywiady – włosy stanęły mi dęba. Sprawa konopi nie dotyczy przecież wyłącznie legalizacji i siedzenia ujaranym, ale i tego, że daje możliwość leczenia. Komuś jednak to się strasznie nie opłaca, bo idą za tym ogromne pieniądze – koncerny farmaceutyczne nie opatentują przecież konopi indyjskiej, no chyba że zmodyfikują ją genetycznie.
logo
Fot. Facebook / Zosia Zborowska
To dość oczywiste, a Ty i tak próbujesz walczyć?
Ja nie walczę. Śmieję się z tych wszystkich hipokrytów. I osobiście uważam, że alkohol ma o wiele gorszy wpływ na nasze zdrowie, zarówno psychiczne jak i fizyczne, niż marihuana. Każdy z nas widzi jak się ludzie pod jego wpływem zachowują. Mój kumpel ostatnio z rozbrajającą szczerością powiedział mi, że wszystkie głupstwa, które w życiu zrobił były po alkoholu. I to jest właśnie naszym władzom na rękę. Ogłupić nas i uzależnić, bo zniszczymy się sami prędzej czy później. Tak się zastanawiam, co by się stało, gdyby wojsku zamiast tych hektolitrów alkoholu zacząć dawać zioło? Przecież to wszystko nie dzieje się przez przypadek.
Zosia, uważaj, bo możesz podpaść osobom, o których mówisz, a chyba chcesz robić karierę w tym kraju.
Przede wszystkim to chcę być fair wobec siebie i swoich poglądów. Nie mam wykreowanego wizerunku na potrzeby telewizji. Jestem sobą i albo mnie ktoś "kupuje" albo nie. Zmieniać się dla kogoś lub w imię czegoś nie mam zamiaru.
Masz naprawdę dystans do tego wszystkiego?
Na chwilę obecną tak. Jeżeli zacznę go tracić, to się z tego wszystkiego wycofam, bo nie zawsze gra jest warta świeczki. W TTBZ przede wszystkim świetnie się bawię. Poznałam super ludzi, od których cały czas dużo się uczę. Poza tym w zasadzie nie miewam czegoś takiego jak trema. Nie paraliżuje mnie strach przed występem i nie ma znaczenia czy jest to film, teatr czy telewizja na żywo. W TTBZ jak mam chwile kryzysu, powtarzam sobie: "Zborowska, przecież to jest program rozrywkowy, ty zostałaś do niego zatrudniona po to, żeby dać ludziom rozrywkę. To nie jest, k***a, Eurowizja". Ja tu nie jestem po to, żeby udowodnić, że śpiewam, tylko po to, żeby ludzie się śmiali i bawili.
No, to teraz postawiłaś sprawę jasno.
Poza tym nikt nie odpada, więc nie ma jakiejś chorej rywalizacji jak w "Tańcu z Gwiazdami", czy innych programach. Oczywiście, że każdy chciałby wygrać choć jeden odcinek, każdy chce wypaść dobrze, ale to wszystko służy jakiemuś celowi – żeby pomagać. I tyle, nie podchodźmy do tego tak poważnie. Zresztą, gdyby stanąć z boku i popatrzeć na zawód aktora, to w gruncie rzeczy jest strasznie śmieszny.
logo
Fot. Instagram / Zosia Zborowska
Trochę tak, ale koledzy po fachu mogą się za to obrazić. Ostatnio i tak już ich sprowokowałaś, mówiąc, że to żadna filozofia dostać się do szkoły Lee Strasberga. A tak niektórzy się nią chwalą.

A ja po prostu mówię prawdę, bo sama studiowałam w tej szkole. Szkoda, że mało kto zobaczył całą wypowiedź i jej sens, a nie tylko fragment. Mi chodziło o to, że do Instytutu Lee Strasberga może zapisać się każdy i to żadna sztuka się do niego dostać. Natomiast jeżeli chodzi o słynne Actors Studio, to faktycznie bycie tam jest prestiżem. Ale z tego, co wiem żadnemu Polakowi się to nie udało. A niektóre aktorki, korzystając z niewiedzy dziennikarzy, nie poprawiały ich, gdy wychwalali je za studiowanie w "słynnym Actors Studio". To wieje mocną ściemą.
Czy zdajesz sobie sprawę, że dużo osób Cię za to znienawidzi?
Już kilka razy to mówiłam, ale się powtórzę: Nie jestem gotowym produktem, który ma się podobać milionom.
Kim w takim razie jesteś?
Sobą i nie chce się zmieniać. Na chwile obecną mocno trzymam się swoich postanowień. Gdybym miała przejmować się opinią innych na mój temat i tym, że komuś mogę podpaść, to pewnie szybko bym oszalała. Do momentu aż moi bliscy klepią mnie po ramieniu i mówią, że dobrze kombinuję wiem, że jest ok. Cztery najbliższe mi osoby stoją na straży mojej wody sodowej (śmiech).
A co jeśli jednak podpadniesz i nie będzie pracy?
To wtedy będę się martwić. Może wyjadę? Może zmienię zawód? Rok temu miałam mniej pracy w zawodzie, więc otworzyłam z moim facetem markę odzieżową dla dziewczyn.
Czyli dołączyłaś do „polskich, młodych projektantów”.
Nigdy nie nazwalam siebie projektantką i nigdy nią nie będę. Mój facet natomiast siedzi w tym od 5 lat i z dużym sukcesem prowadzi swoją firmę streetwearową. Ja chciałam bardziej w formie żartu stworzyć linię bielizny dla dziewczyn. On namówił mnie, żeby zrobić więcej rzeczy. I tak powstała pierwsza kolekcja w skład której weszły: t-shirty, bluzy, dresy, czapki, snapbacki, okulary i oczywiście majtki (śmiech), a wszystko pod szyldem BONBON. Obecnie pracujemy już nad trzecią – zimową kolekcją.

Jakie dziewczyny Cię interesują?
Trudno było mi określić grupę docelową, dla której tworzymy te ciuchy, bo noszą je zarówno 13-letnie dziewczynki jak i 40-letnie kobiety. I właśnie to uważam za mój duży sukces. Śmieję się, że te ciuchy są dla dziewczyn, które mają dystans do siebie i otaczającej je rzeczywistości. Trzeba go mieć, by nosić dresy z napisem „Mniam” na tyłku.
logo
Fot. Instagram / Zosia Zborowska
Na tym budujesz swoją obecność w show-biznesie i dołączasz do grona celebrytek?
Jestem nią, bo zgodziłam się na udział w takim, a nie innym programie, ale przede wszystkim jestem aktorką. Gram w 4 teatrach, od czasu do czasu w filmach i sporo dubbinguję. Mój "celebrytyzm" owszem jest kontrowersyjny, ale też raczej chwilowy (śmiech).
Ok, ale musisz przyznać, że robi się o Tobie głośno.
No tak, ale fakt, że ludzie zaczęli się mną interesować nie zmienił za dużo w moim życiu. Moje media społecznościowe od lat prowadzone są dokładnie w taki sam sposób, bez zadęcia i z przymrużeniem oka. Jak ktoś mi nie wierzy to niech sprawdzi, co działo się "u mnie" na Fejsie czy Insta rok temu. Jedyne, co staram się zmienić, a raczej zmniejszyć, to ilość używanych dziennie wulgaryzmów, bo moja mama mnie o to codziennie błaga (śmiech).
Chcesz być pierwszą przedstawicielką nowego pokolenia celebrytek?
(śmiech)Mam nadzieję! Tylko, że ja nie mam za sobą tak wielkiej grupy fanek, które są ślepo we mnie wpatrzone. Ale mimo to staram się im pokazywać, że może i w gazetach czy TV jesteśmy wszyscy piękni, zgrabni i powabni, ale w życiu większość z nas ma cellulit, pryszcze, zmarchy, a jak się budzi to wygląda jak pól dupy zza krzaka (śmiech).
Prawda jest taka, że nie ma brzydkich kobiet, są tylko zaniedbane. Wiem, co mówię – kiedy pracuje nade mną sztab ludzi: stylistów i makijażystów, to zaręczam, że z paszteta można zrobić księżniczkę (śmiech).

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl