Grafika przedstawiająca zamach na króla Zygmunta III Wazę, 15 listopada 1620 roku w Warszawie.
Grafika przedstawiająca zamach na króla Zygmunta III Wazę, 15 listopada 1620 roku w Warszawie. Biblioteka Narodowa w Warszawie

Choć żywot władców ma, przynajmniej z punktu widzenia funkcjonowania państwa, wartość najwyższą, zdarzało się, i to w Polsce, że wisiał na włosku. Gdyby np. Bolesław Chrobry cudem nie uszedł z życiem w 1002 roku, moglibyśmy dłużej poczekać na swojego pierwszego króla...

REKLAMA

Zabić księcia

Tak jak Mieszko I, pierwszy poświadczony źródłowo władca Polski, jest głównie kojarzony z symbolicznym chrztem słowiańskiego państewka, tak jego syn - do którego przylgnął przydomek "Chrobry", to przede wszystkim w naszej zbiorowej pamięci gospodarz Zjazdu Gnieźnieńskiego. Dwa lata później gość Bolesława - młody cesarz Otton III już nie żył, a jego przeciwnicy mogli zacierać ręce. Wyścig po koronę królewską wygrał ostatecznie Henry, książę Bawarii - odtąd jako Henryk II. W Bolesławie widział wpływowego, a więc i groźnego przeciwnika.
Swoje podstępne zamiary w pełni ujawnił już kilka miesięcy po śmierci Ottona. 24 lipca 1002 roku w Merseburgu odbył się zjazd saskich możnowładców. Ci mieli oddać nowemu władcy należny hołd, ale gościem na ziemi niemieckiej był też Chrobry. Nie bez powodu - zabiegał o zgodę Henryka na zatrzymanie zagarniętych wcześniej terenów Milska, Miśni i Łużyc.
logo
Bolesław Chrobry, poczet Jana Matejki. Fot. Wikimedia Commons
Negocjacje, przynajmniej w części, okazały się owocne. Chrobrego uznano za lennika niemieckiego króla i potwierdzono jego prawa do części terytoriów. I gdy wydawało się, że obędzie się bez ekscesów, a Bolesław szczęśliwie wróci do Polski, stronnicy Henryka zawiązali spisek.
Thietmar z Merseburga

Mój krewniak, margrabia Henryk, sprzyjał bardzo temuż Bolesławowi i popierał go, jak tylko mógł, z wielką życzliwością i przyjaźnią. Towarzyszył mu również, kiedy ten po odprawie królewskiej odjeżdżał z bogatymi darami. Wówczas to zauważył nagle nacierający na niego — Bogiem się świadczę, bez wiedzy i zgody króla — tłum zbrojnych ludzi. Kiedy starał się zbadać przyczyny tego tak niesłychanego gwałtu i uśmierzyć go, by większa stąd nie wynikła szkoda, ledwie mu się udało wyprowadzić bezpiecznie towarzysza przez wyważoną bramę zewnętrzną.

Relacja niemieckiego kronikarza, tendencyjna w swej wymowie, nie może dziwić. Thietmar popierał Henryka, bo też tworzył w czasach, gdy ten zasiadał na tronie. Jak tłumaczył, o jakiejkolwiek zdradzie ze strony króla nie mogło być mowy, co więcej - Chrobry, ponoć nie kryjący swej natury okrutnika, po części sam sprowokował dramatyczne zajście, które mogło odmienić bieg historii.
Thietmar z Merseburga

Spośród wojowników, którzy za nim podążali, niektórzy padli ofiarą rabunku ze strony napierającego tłumu, inni zaś, ciężko poranieni, uniknęli śmierci tylko dzięki pomocy księcia Bernarda. Na to jednak niebezpieczeństwo narazili się oni z własnej winy i nie bez słusznej przyczyny, skoro wszedłszy do pałacu królewskiego w pełnym uzbrojeniu wzbraniali się go opuścić, gdy tego od nich zażądano.

Czy Henryk II miał interes, aby zabić Chrobrego? Oczywiście, i to spory. Pozbyłby się w ten sposób władcy, który już nie raz spoglądał na zachód pod kątem ekspansji, dysponował sporą siłą zbrojną, był też sojusznikiem zmarłego cesarza. Czyżby sam liczył w przyszłości na cesarski diadem? Wątpliwe, choć gdyby zamach doszedł do skutku, 23 lata później nie zostałby pierwszym polskim królem. Wcześniej nie stoczyłby długich wojen z wybranym na cesarza... Henrykiem.

Z czekanem na króla

To miała być normalna niedziela. Król w towarzystwie swojego orszaku, jak to miał w zwyczaju, zamierzał pomodlić się na mszy, którą lada chwila miano odprawić w warszawskiej Kolegiacie św. Jana. Niewiele jednak brakło, a ten zapłaciłby za chęć spełnienia chrześcijańskiego obowiązku najwyższą cenę. Nieco ponad miesiąc po śmierci bohaterskiego hetmana Stanisława Żółkiewskiego pod Cecorą, w Rzeczpospolitej zabiłyby dzwony na znak żałoby...
Przypadek Zygmunta III Wazy był jednak na wskroś wyjątkowy. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, że polski poddany rzucił się na swego panującego. Ale król miał pecha - trafił na człowieka niezrównoważonego psychicznie, który już raz zabił w przypływie złości (pewnego kucharza). To szlachcic, który widział we władcy winowajcę osobistego nieszczęścia, jakim była utrata majątku. Jego imię pamięta się nad Wisłą do dziś.
logo
Portret Zygmunta III Wazy, nieznany malarz holenderski, XVII wiek. Muzeum Czartoryskich / Wikimedia Commons
Michał Piekarski, czyli niedoszły królobójca, mógł nosić przy sobie broń zgodnie ze szlacheckim przywilejem. Feralnej niedzieli zaczaił się za drzwiami stołecznej świątyni, wyczekiwał dogodnej chwili, aby użyć czekana. Nie wahał się, gdy tylko ujrzał wchodzącego króla. Ten otrzymał kilka ciosów, m.in. w głowę i plecy, co mogło skończyć się tragicznie. Szczęśliwie w porę zareagowali przyboczni panującego.
Julian Ursyn Niemcewicz

Odurzony król temi razami upadł na ziemię, padnienie to ściągnęło i innych uwagę, pierwszy Królewicz Władysław dobywszy pałasza, ciął Piekarskiego, rzucili się i inni, i byłby nieszczęsny zbrodniarz został na mieyscu, gdyby potrzeba dowiedzenia się, co go do zbrodni przywiodło, nie wskazywała uwagi, że go ocalić należy.

Czyn Piekarskiego zapisał się w dziejach, choć królowi udało się wyjść z zamachu obronną ręką. W czasie przesłuchań torturowany sprawca składał niespójne zeznania; uznano go za szaleńca. Do dziś "pleść jak Piekarski na mękach" znaczy tyle, co opowiadać głupoty. Zanim skonał, ucięto mu rękę, którą podniósł na Zygmunta III. Warszawski lud tłumnie zgromadził się na publicznej egzekucji skazańca. Kończył się rok 1620, który wcale nie były szczęśliwy. Mogło być jednak o wiele gorzej.

Zemsta za Wiedeń

Jan III Sobieski do Marysieńki

Jam za łaską bożą zdrów po wczorajszym zwycięstwie, jakoby mi dwadzieścia lat nazad się wróciło. (...) Już teraz, kiedym z łaski bożej zdrów, oznajmię Wci sercu memu, że mię tak potłukli byli uciekający, to zbrojami, to karwaszami, że w kilku miejscach ciało moje było jako najczerniejsze sukno. Nieboraka wojewodę pomorskiego znaleziono bez głowy. Nikogo zdrajcy żywcem nie biorą, dlatego też i nasi teraz im nie folgują i mało żywcem biorą.

Tak, świeżo po walkach pod Parkanami z Turkami, polski król raportował do ukochanej. Poturbowany, ale szczęśliwy. Świadomy, że ledwo uszedł z życiem, bo Turcy - żądni rewanżu za porażkę pod Wiedniem sprzed prawie miesiąca, z pewnością nie mieliby litości. Obnosiliby głowę Jana III Sobieskiego, którego sami nazywali Lechem Lechistanu, na włóczni, jak np. postąpili z wziętym za króla wojewodą Władysławem Denhoffem. I tym razem o losie polskiej monarchii zadecydował przypadek.
logo
Jan III Sobieski w stroju rzymskim - obraz Daniela Schultza. Fot. Wikimedia Commons
W dniach 7-9 października pod Parkanami ważyły się losy kraju, choć o samej bitwie (albo raczej dwóch odrębnych starciach) niewiele się pamięta. Parkany wyraźnie pozostają w cieniu odsieczy wiedeńskiej, ale niesłusznie. Turcy, którzy po nieudanym oblężeniu stolicy Cesarstwa, zachowali znaczne siły, przypuścili niespodziewany atak. I prawie zabili na króla. Nie tylko Polska, ale i cała chrześcijańska Europa, jeszcze długo by o tym mówiła.
Kiedy zaskoczeni Polacy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, król - m.in. wraz z synem - królewiczem Jakubem - zaczął uciekać konno. W pewnym momencie stanął oko w oko z tureckim janczarem. Tylko refleks jednego z podwładnych ocalił życie pogromcy Turków. Ten, jak później napisze w jednym z listów, błyskawicznie odmłodniał o 20 lat... A Polacy już dwa dni później mogli świętować, a nie rozpaczać.

Porwali króla!

Tak jak niezrównoważony szlachcic niechlubnie zapisał w historii jako pierwszy, który targnął się na życie króla, tak 40-osobowa grupa konfederatów barskich - nie kierując się żadnym przykładem z polskich dziejów (bo takich nie było), porwała panującego. Królewska nieuwaga, a także przesadna wiara we własne bezpieczeństwo, mogły mieć niezwykle bolesny skutek.
Było już po zmroku, 3 listopada 1771 roku, gdy Stanisław August Poniatowski opuścił królewską siedzibę. Wsiadł do podstawionej karety i kazał się zawieść do zmożonego chorobą wuja, ks. Michała Czartoryskiego. Wcześniej odprawił z kwitkiem gwardzistów, którzy zazwyczaj towarzyszyli mu na każdym kroku. Wkrótce zapłacił za lekkomyślność. W drodze powrotnej zaczaili się nań spiskowcy, z zamiarem jego uprowadzeni. Wywiązała się walka, Poniatowski wyszedł cało, choć z lekkimi ranami.
logo
Rycina przedstawiająca porwanie Stanisława Augusta Poniatowskiego, autor nieznany. Zamek Królewski w Warszawie
To, co działo się później, miało w sobie wiele z farsy. Król w niekompletnym stroju, pozbawiony m.in. kapelusza i buta, musiał zdać się na los. W dużej mierze dzięki światłemu umysłowi i umiejętności przekonywania, zawdzięczał swe życie. Pierwotnie domagano się jego zabicia, ale z czasem większość spiskowców rozpierzchła się w obawie przed królewskimi posiłkami. Wtajemniczony w zmowę był m.in. Kazimierz Pułaski, późniejszy bohater wojny o niepodległość USA.
Kiedy konfederaci znaleźli się w Lasku Bielańskim, króla pilnował już tylko niejaki Jan Kuźma. W końcu ruszyło go sumienie i okazał skruchę. Mało tego, padł na kolana. Król, przenocowawszy w niedalekim młynie, dotrzymał słowa i porywacza nie ukarał. Czyżby Stanisław August sam zaplanował swoje porwanie, aby obnażyć konfederacki spisek? - pytali przeciwnicy króla. Wątpliwe, raczej niczego nie ukartował. Szczęśliwie zachował życie, ale przeżył jeszcze wiele bolesnych upokorzeń. Z upadkiem państwa, którym rządził, na czele.

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl