Zasady mają dotyczyć również prezydentów miast
Zasady mają dotyczyć również prezydentów miast Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Dwie pięcioletnie kadencje dla lokalnych włodarzy, czyli maksimum 10 lat u władzy. Tego chce PiS. Mówili o tym od dawna i nigdy się z tym nie kryli. Teraz wreszcie mogą zabrać się do działania. ”Dziennik Gazeta Prawna” właśnie ustalił, że sprawą zajmą się specjalne podkomisje sejmowe. Bez wątpienia znikną lokalne układy. A niemało jest u nas takich, którzy rządzą jeszcze od czasów... PRL. I ludzie wciąż na nich głosują! Ale skoro chcą? Po co im tego bronić?

REKLAMA
To prawdziwi rekordziści. Burmistrz Mszczonowa rządzi od 25 lat. Prezydent Gliwic – od 1993 roku. A wójt Krasnegostawu – nieprzerwanie od 1980! Wygrywają każde wybory z wynikiem ponad 60 procent. Czy ludzie by na nich głosowali, gdyby byli niezadowoleni? To na ogół bogate miasta i gminy, ludziom dobrze się tam żyje i niczego nie chcą zmieniać. Na czele ze swoimi włodarzami. A według pomysłu PiS, wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci mogliby rządzić tylko dwie pięcioletnie kadencje i ani roku dłużej. – To niezdrowa sytuacja, kiedy w mieście przez kilkanaście lat rządy sprawuje jedna osoba – mówił już rok temu dzisiejszy wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki.
A takich długoletnich władców jest w naszym kraju dużo, dużo więcej. Na różnych szczeblach.Na przykład wójt Markuszowa w województwie lubelskim (nota bene mateczniku PiS). Staż – 33 lata. Aż trudno uwierzyć. Gdy obejmował urząd, w Polsce był stan wojenny.
Gratuluję durnego pomysłu
– Myślę, że jestem najdłużej urzędującym wójtem w całym województwie – chwali się otwarcie Andrzej Rozwałka. Dziś zalicza ósmą kadencję. Ostatnie wybory wygrał z wynikiem 67 procent, choć – jak mówi w rozmowie z naTemat – konkurentów było co niemiara i to dużo młodszych. A on już emeryt, ale wciąż pełen energii. I wściekły na lokalne zakusy nowej władzy.
– Gratuluję durnego pomysłu. To, że rząd chce tak głęboko sterować w terenie wywoła tylko negatywne zjawiska. Niepotrzebnie mieszają samorządami. Chcą je upolitycznić na siłę, a to tylko zaszkodzi. Będzie brak odpowiedzialności za to, co się robi. Pewne rzeczy będą robione na pokaz. A problemy społeczeństwa tam, gdzie ludzie mieszkają i pracują, pozostaną – mówi. Według niego dwie kadencje to zdecydowanie za mało. Żeby zrobić coś poważnego w regionie, trzeba minimum 3-4 kadencji. – W czasie pierwszej wójt będzie się tylko przyglądał i łatał dziury po poprzedniku, ewentualnie zaplanuje coś na pokaz. Co w czasie drugiej kadencji zdąży wykonać, albo nie. I odejdzie w niebyt i niepamięć – mówi.
Zwalczyć wypalenie zawodowe
Pomysł z wprowadzeniem kadencji miałby zacząć obowiązywać już od najbliższych wyborów samorządowych. Z jednej strony ma zlikwidować wszelkie lokalne układy i układziki, które zżerają wiele miast i gmin od środka. Ma też zwalczyć wypalenie zawodowe – na to swego czasu zwracał uwagę Mariusz Błaszczak – które po tylu latach pracy w jednym miejscu może się przecież pojawić. Wytępić rutynę, jakąś lokalną niemoc, marazm czasami. I pobudzić gminy do rozwoju, bo według polityków PiS ”dla społeczności lokalnych niekorzystne jest to, że szefują im osoby którąś kadencję z kolei”.
Świetnie? Oczywiście! Kto w Polsce nie zna miasta z układami? Kto nie zna włodarza, któremu przestało się chcieć? Sami pisaliśmy niedawno o Jarocinie, gdzie niecały rok po wyborach zorganizowano referendum w sprawie odwołania burmistrza. – Uważam, że kadencyjność jest w tej chwili potrzebna, bo w wielu miejscach utworzyły się zasklepione układy, które funkcjonują od wielu lat. Uważam, że powinny to być dwie pięcioletnie kadencje – to Beata Szydło tuż przed wyborami. W Wadowicach przez 20 lat rządziła zaprzyjaźniona z nią burmistrz Ewa Filipiak. I ostatnie wybory przegrała, bo ludzie tych układów właśnie mieli dość (choć smutna prawda jest taka, że wielu do dziś nie daje żyć obecnemu burmistrzowi).
Warszawo, ręce precz od samorządów
– Oczywiście, że ta zmiana miałaby plusy. Byłaby większa wymiana kadr. Nie dochodziłoby do tworzenia grup ludzi, którzy mają stały dostęp do władzy. W drodze eksperymentu można spróbować – przyznaje w rozmowie z naTemat prof. Jacek Wódz, socjolog polityki z Uniwersytetu Śląskiego. Ale dostrzega też wiele minusów. W tym jeden najważniejszy, który w skrócie można podsumować słowami: ”Władze w Warszawie, ręce precz od samorządów!”.
– Szkoda byłoby burmistrzów czy prezydentów miast, którzy bardzo często się sprawdzają i doskonale znają realia lokalnej społeczności. Dlaczego ktoś ma nie rządzić, skoro ludzie mają do niego zaufanie? – pyta.
Tu trzeba wyraźnie zaznaczyć, że w przeszłości podobne pomysły mieli też inni. Mówił o tym choćby Janusz Palikot, a jego posłowie powoływali się na statystyki, z których w 2013 roku wynikało, że na 2478 wójtów, burmistrzów i prezydentów miast w Polsce, 262 pełniło urząd przez pięć kadencji. To samo deklarowała też Polska Razem.
– Tak naprawdę nie ma dobrego rozwiązania. Problem polega na tym, że prezydenci, zwłaszcza w dużych miastach, zaczynają być politycznie bardziej profesjonalni niż posłowie, czy ministrowie w Warszawie. Przy zarządzaniu miastem 200-300 tysięcznym naprawdę trzeba dużo umieć. I oni są specjalistami. Dobrze by było, gdyby władze w Warszawie decydowały jak najmniej o samorządach – mówi prof. Wódz.
Mamy wszystko w małym palcu
Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa od 2002 roku, myśli dokładnie tak samo. – To nie posłowie w Warszawie, ale mieszkańcy danej gminy powinni podejmować decyzję, kto ma sprawować w ich imieniu władzę – mówiła jego rzeczniczka cytowana przez media.
A wójt z Markuszowa daje jeszcze jeden argument. Mówi, że w lokalnym rządzeniu bardzo ważne są kontakty z innymi włodarzami, które tworzy się latami. – Jeśli ich nie ma, efektywność pracy będzie ograniczona. Wiele projektów robimy wspólnie z innymi. A młodzi wójtowie, bez względu na legitymacje, wielokrotnie przyjeżdżali do nas po nauki. Bo my mamy wszystko w małym palcu – mówi. Tyle, że to mała społeczność. Prezydenta dużego miasta z 30-letnim stażem naprawdę trudno sobie w Polsce wyobrazić. Nawet najlepszego.

Napisz do autora: katarzyna.zuchowicz@natemat.pl