PiS organizuje manifestacje co miesiąc. Raz do roku mają charakter pospolitego ruszenia
PiS organizuje manifestacje co miesiąc. Raz do roku mają charakter pospolitego ruszenia Sławomir Kamiński /AG

Demonstracje to esencja demokracji. Każdy obywatel ma prawo wyjść i zamanifestować swoje poparcie lub sprzeciw wobec polityki rządu. Nikt tego przywileju obywatelom odebrać nie może bez narażania się na zarzut wprowadzania dyktatury. Ale czy politycy rzeczywiście muszą tak często wychodzić na ulicę? Czy nie powinni uprawiać polityki w sposób bardziej tradycyjny?

REKLAMA
Na 10 kwietnia organizowany jest wielki marsz poparcia dla polityki rządu. Data nie jest przypadkowa, to szósta rocznica katastrofy smoleńskiej. PiS zapowiada, że przemarsz dziesiątków tysięcy ludzi, którzy mają dać świadectwo tego, że zgadzają się z Jarosławem Kaczyńskim i Beatą Szydło w takich sprawach jak konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego. „Dobra Zmiana” będzie maszerować po ulicach, zapewne z hasłami o zamachu w Smoleńsku, o zdrajcach ojczyzny, może nawet znów da się wypatrzyć pośród tysięcy flag także tablicę z przybitym lisem. Zwolennicy PiS znani są z tego, że sięgają po wyraziste formy wypowiedzi.
Mniejsza o to, że demonstracja popierająca rząd zgrywa się z rocznicą tragicznego wypadku rządowego samolotu. O polityce na trumnach mówi się nie od wczoraj i szybko się to nie skończy... Ważnym jest, że przez Warszawę przetoczy się marsz tysięcy ludzi i padnie wiele słów. Pewnie będzie się i o zdrajcach, i o gorszym sorcie. Może też coś o ZOMO i zdradzonych o świcie. Jarosław Kaczyński potrafi zaskoczyć, ale nie spodziewajmy się raczej słów nawołujących do pojednania.
Ruch to zdrowie
Jeszcze miasto nie odetchnie po przemarszu PiS, a już będziemy świadkami kolejnej demonstracji. Grzegorz Schetyna, szef Platformy Obywatelskiej zapowiada gigantyczną demonstrację zorganizowaną przez PO. Czy 1 maja będziemy świętować rocznicę wejścia do Unii Europejskiej? Dwunasta rocznica przystąpienia do wielkiej europejskiej rodziny byłaby doskonałą okazją do zamanifestowania swojej niechęci wobec rządu, wszak coraz mniej jest wątpliwości co do tego, jak bardzo eurosceptyczną partią jest PiS. Należy spodziewać się morza flag zarówno polskich jak i unijnych i haseł o wolności, prawie i demokracji.
logo
Cała opozycja organizuje swoje marsze, nie tylko PO Przemek Wierzchowski /AG
A może ta demonstracja ruszy jednak 3 maja, z okazji święta Konstytucji? Przecież od tygodni posłowie opozycji mówią o tym, jak bardzo ta Konstytucja jest zagrożona, więc data jest równie mocna jeśli chodzi o symbol jak rocznica przystąpienia do Unii. Tak czy inaczej, czeka nas spacer wielotysięcznego tłumu, który, przynajmniej w zdecydowanej większości, będzie niechętny wobec partii rządzącej.
Właściwie nie od rzeczy byłby też 2 maja. Święto flagi. Choć rodzi się obawa, że z okolic Nowego Światu ruszą biało-czerwone flagi pośród niebieskich ze złotymi gwiazdkami, a ze Starego Miasta biało-czerwone i pośród nich lis przybity do dykty. Zderzenie oby mogłoby nastąpić w okolicach kościoła Świętego Krzyża i trudno powiedzieć, czy przetrwałby to starcie gmach Polskiej Akademii Nauk.
Niech żyje bal
To, jak politycy bawią się tłumem przypomina licytację. Kto zbierze więcej? Szanse co prawda nie są równe, bo Policja zwykła umniejszać liczbę uczestników demonstracji opozycyjnych, ale w niczym nie psuje to zabawy. Jeszcze marsz się nie skończy a internauci będą się kłócić o to, gdzie było więcej ludzi. „Ja zebrałem 50 tysięcy”. „A ja 100 tysięcy”. „To ja dodam jeszcze 20, moje na wierzchu”. Zabawa jak w przedszkolu.
Walka o wyborców trwa. Każdej z partii zależy na tym, żeby przekonywać do siebie potencjalnych wyborców i przecież nie ma w tym niż złego. Tyle że zamiast porównywać osiągnięcia gospodarcze, obserwować słupki wskaźników, zamiast spierać się o to, jak rozłożyć akcenty w polityce zagranicznej nasi politycy organizują przynajmniej raz w miesiącu ogólnonarodowe imprezy plenerowe. Nie jest ważne, kto ma rację, przestaje być czytelny podział na prawicę i lewicę, liczy się ilość szabel, czytaj – demonstrantów. Czy ktoś jeszcze dba o zwykłych, szarych, bezimiennych obywateli tego kraju, tych niezainteresowanych Trybunałem Konstytucyjnym i wycinką drzew w Puszczy Białowieskiej?
logo
Politycy nie muszą pracować na ulicy, są ku temu lepsze lokalizacje Adam Stępień /AG
Mitem założycielskim III RP jest Magdalenka i Okrągły Stół. Politycy z różnych środowisk usiedli i zaczęli rozmawiać. Można się spierać o to, czy uzgodnili coś najlepszego, co w ówczesnej sytuacji geopolitycznej było możliwym do wynegocjowania. Tłumy chodziły po ulicach, ale najważniejsi politycy siedzieli przy stole i spierali się. Czasem w świetle jupiterów, czasem w zaciszu gabinetów, przed kamerami lub przy wódce. Na tym właśnie polega polityka
Koszty zabawy
Płacimy za to wszyscy. Najprostszym pytaniem jest, ile te gry i zabawy na świeżym powietrzu kosztują podatnika. Zarówno PiS jak i PO zwiozą do Warszawy swoich sympatyków z całego kraju. Łatwo jest się bawić, gdy pieniądze z budżetu państwa płynną szerokim strumieniem do kasy partyjnej. Uciekanie się tylko do finansów to jednak demagogia, nie będę nadużywał tego argumentu. Partie mają prawo wydawać pieniądze zgodnie ze statutem partii, a prawo dopuszcza organizację manifestacji, więc nie ma się co nad tym dłużej rozwodzić.
Koszty, które ponosimy jako obywatele, są trudniejsze do policzenia niż tylko wynajem autokarów czy zeskrobywanie wosku z chodnika przed Pałacem Namiestnikowskim. Tak długo, jak politycy bawią się na ulicach zamiast rozmawiać między sobą i szukać kompromisu, tak długo sytuacja w kraju będzie się pogarszać. Kolejne manifestacje będą blokować ulice miast, poglądy ludzi coraz bardziej się radykalizują, coraz większa jest nienawiść w oczach liderów, coraz mniej poczucia wspólnoty.
Tomasz Lis pisał o tym, dlaczego warto chodzić na demonstracje. Miał w stu procentach rację. Obywatele mają prawo do własnego zdania i wyrażania go w dowolny sposób, a manifestacje to jeden z nich. Ale politycy niech się wreszcie wezmą do roboty. Polacy nie płacą im za to, żeby bawili się na ulicach lub nazywali przeciwników politycznych zdrajcami i gorszym sortem. Nie płaci się im za to, żeby psuli prawo. Tu nie chodzi oto, żeby zebrać jak największy tłum z flagami tylko zrobić coś, co będzie dobre dla obywateli. I dla tych z flagami Unii i dla tych z drugiej strony barykady. Nas wszystkich.

napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl