
Antoni Macierewicz zapowiedział, że aerokluby zostaną włączone w struktury obrony terytorialnej. Ich zadanie pewnie nie będzie polegało na bombardowaniu wrogich oddziałów.Tym samym minister rozbudził nadzieję na wsparcie klubów lotniczych, tak jak było to dawniej i jest normalne na Zachodzie. Na razie, to "warszafka", uczestniczki wieczorów panieńskich szukające adrenaliny podczas skoku spadochronowego czy też biznesmeni, którzy z „merców” przesiadają się do awionetek, ratują budżety aeroklubów. Od lat te organizacje żebrzą o pieniądze, które przecież pozwalają zrealizować marzenia wielu młodych o lataniu.
– Niestety, nie mam pojęcia co kryję się pod tymi słowami. Minister po części oficjalnej natychmiast wyjechał. Nie miałem okazji porozmawiać – przyznaje Andrzej Sarata, prezes Aeroklubu Podhalańskiego. I dodaje: – Daj Boże, żeby MON wrócił do chlubnej tradycji, gdy aerokluby były wspierane przez państwo. To leżało u podwalin ich powstania.
Słowa prezesa Saraty to nie „biadolenie” lokalnej organizacji. Problem dotyczy całej Polski. Państwo nie wspiera, a samorządy pomagające aeroklubom można policzyć na palcach jednej ręki.
Jak duże jest zainteresowanie podniebnymi lotami, świadczą grafiki firm oferujących skoki spadochronowe w tandemie.
Doskonale pamiętam dzień, gdy do mojego liceum przyszli szefowie klubu lotniczego pod Włocławkiem. Dodam, że to było jeszcze za PRL-u. Namawiali do szkolenia szybowcowego, było za darmo, wystarczyło przejść badania. Do dziś żałuję, że nie rozpocząłem tego kursu. Nie oczekuję od ministra Macierewicza pomocy w ukończeniu kursu, ale ciekawi mnie, czy młodzież znów będzie mogła zostać „Ikarami”.
Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl
