Mówią jedno, robią drugie. Czy PiS przypadkiem nie jest najbardziej prorosyjskim rządem od czasów upadku PRL?

Czy w PiS naprawdę są tak rusofobiczni, jak się mówi? A może nie zdają sobie sprawy, jak korzystne dla Kremla są skutki "dobrej zmiany"?
Czy w PiS naprawdę są tak rusofobiczni, jak się mówi? A może nie zdają sobie sprawy, jak korzystne dla Kremla są skutki "dobrej zmiany"? Prawo autorskie: ververidis / 123RF Zdjęcie Seryjne
Jeśli spytać przeciętnego Polaka o to, czym charakteryzuje się Prawo i Sprawiedliwość, wielu z pewnością odpowie, że ich immanentną cechą jest skrajna niechęć do Rosji. Tyle, że w dorobku rządów "dobrej zmiany" mamy dziś chyba więcej ukłonów w stronę Kremla niż działań, którymi Władimirowi Putinowi można podnieść ciśnienie. Polacy zaczęli robić za "pożytecznych idiotów przypadkiem", czy może rusofobiczna maska PiS niewiele ma wspólnego z rzeczywistością?


Groźni słowem
– Rosja wchodzi tam, gdzie jest miękko. Jeśli będziemy reprezentowali twardą postawę wobec tego państwa, to ryzyko zagrożeń z jego strony jest naprawdę niewielkie, bliskie zeru – mówił Jarosław Kaczyński, gdy gorąco robiło się za naszą wschodnią granicą.


A kilka dni temu w głośnym wywiadzie dla "Gazety Polskiej" nie wykluczał, że Rosjanie mogą podjąć z Polską grę podobną do tej, którą prowadzą na pograniczu ukraińskim. – Nie wykluczam różnego rodzaju prowokacji, nawet dość daleko idących. I dlatego tak ważne jest podnoszenie siły bojowej naszej armii oraz obecność wojsk NATO wraz z siłami amerykańskimi na naszym terytorium – stwierdził.


Prezes Prawa i Sprawiedliwości brzmiał, jak zwykle. Jak każdy inny polityk tej formacji, która uchodzi od swoich początków za wręcz rusofobiczną. Co w oczach jej elektoratu jest wielką zaletą. Od nieszczęsnego roku 2010 ta twarz PiS jest szczególnie wyraźna. Wrażenie, że formacja Jarosława Kaczyńskiego to najwięksi wrogowie Rosji jacy stąpają po Ziemi potęguje dyskusje o rzekomym zamachu Władimira Putina i Donalda Tuska na Lecha Kaczyńskiego, oraz cyklicznie powracające awantury o wrak Tu-154M z katastrofy smoleńskiej.


Tylko, że od czasu, kiedy "dobra zmiana" zagościła na szczytach władzy, podejmuje ona decyzje, które coraz mocniej każą wątpić w to, czy PiS przypadkiem nie mówi jednego, a robi drugie. Przykłady zmuszające do takiej refleksji? Nie brakuje ich, szczególnie w ostatnim czasie.

Przyjaźni czynem
Warto przypomnieć na przykład kontrowersyjną decyzję ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, który pod koniec września zdecydował o cofnięciu z dotąd zajmowanego stanowiska w Sądzie Okręgowym w Warszawie sędzi Justyny Koski-Janusz. Najczęściej jego działanie w tej sprawie komentowano jako odwet na sędzi za proces, w którym kiedyś orzekła na niekorzyść Zbigniewa Ziobry. Sam minister tłumaczył, że to konsekwencja jej "pobłażliwości wobec oskarżonej i nieudolności" w głośnej sprawie Izabelli Ch.

Jednak sędzia Koska-Janusz prowadziła w Sądzie Okręgowym w Warszawie także niezwykle ważną z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa sprawę Stanisława Sz. Człowieka oskarżonego o szpiegostwo dla rosyjskiego wywiadu. Jego proces był już w dość zaawansowanej fazie, ale dzięki decyzji Zbigniewa Ziobry domniemany rosyjski agent będzie sądzony od początku. Służba Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej dostała więc w prezencie choćby więcej czasu na stworzenie Stanisławowi Sz. skuteczniejszej linii obrony.

Drugi z najnowszych ukłonów w stronę Rosji to decyzja o zerwaniu przetargu na francuskie śmigłowce wielozadaniowe Caracal. O tym, że ona zapadnie mówiono jeszcze w kampanii wyborczej, gdy Jarosław Gowin udawał, że to on, a nie Antoni Macierewicz będzie kierował Ministerstwem Obrony Narodowej. A gdy po wyborach - nomen omen - szydło wyszło z worka, Francuzi wiedzieli, że od razu można postawić krzyżyk na zamówieniach z Polski.

Antoni Macierewicz prawie rok zwlekał jeszcze z ostatecznym zerwaniem współpracy, bo nieco presji wywierały na niego regiony, które miały zyskać na pracy przy Caracalach. Ostatecznie, kilka dni temu resort Macierewicza zerwał umowę i oskarżył Francuzów o próbę oszustwa przy offsecie.

MON twierdzi, iż umowa zawarta z Francuzami była skrajnie niekorzystna. Część komentatorów wskazuje, że to efekt zafiksowania prawicy na USA i dążenie do tego, by nad Wisłę trafiły gorzej pasujące do potrzeb Wojska Polskiego, ale jednak amerykańskie (i do tego produkowane w podkarpackim mateczniku PiS) Black Hawki. Trzecia z teorii najbardziej przemawia do ekonomistów i mówi, że warta kilkanaście miliardów inwestycja w znaczne podwyższenie sprawności armii została odłożona na święte nigdy, bo każdej złotówki w budżecie szuka się teraz na spełnianie obietnic o hojnych zasiłkach typu 500+.

Oczywiście zapowiedziano, że nowe śmigłowce nadal są w zakupowych planach rządu, ale tak naprawdę nie wiadomo, kiedy polscy piloci je otrzymają. W weekend Antoni Macierewicz poinformował co prawda, że już rozmawiał o zamówieniu dla Polski wspomnianych Black Hawków, których pierwsze egzemplarze miałyby zostać dostarczone do końca roku, ale jak na razie to wszystko opiera się jedynie na rozmowie szefa MON z Amerykanami produkującymi w Mielcu.

Kto więc na razie na tym wszystkim zyskuje? Oczywiście Rosja. Im wolniej modernizowane i gorzej wyposażone jest Wojsko Polskie, tym na Kremlu pewniejsi mogą być o swoją pozycję w Europie Środkowej. Czy 50 śmigłowców naprawdę mogłoby Rosjan skuteczniej odstraszać? Pamiętajmy, iż ten sprzęt przysłużyłby się głównie tym rodzajom wojsk, które odpowiedzialne są za odpowiedź na najbardziej realne zagrożeniem dla Polski jakim jest wojna hybrydowa.

Tyle tylko budzących wątpliwości działań "dobrej zmiany" z ostatnich dwóch tygodni. A przecież dochodzą do nich też kulisy formowania Obrony Terytorialnej, o których niedawno pisał w naTemat Paweł Kalisz. "W krakowskiej jednostce strzeleckiej JS-2039 należącej do "Strzelca" było wielu zwolenników Falangi. Członkowie tej grupy fotografowali się z flagą Donieckiej Republiki Ludowej, brali udział w pikietach poparcia dla separatystów rosyjskich w Donbasie przed ambasadą Ukrainy w Warszawie. Nie kryją swoich prorosyjskich sympatii i jawnie krzyczą o potrzebie wyjścia Polski ze struktur NATO" – wyliczał.

Tymczasem wspomniana organizacja paramilitarna nadal pozostaje jednym z głównych filarów nowo tworzonej formacji, którą nazywa się prywatną armią PiS. Albo i prywatną armią samego Antoniego Macierewicza. Gdyby działo się to za rządów jakiejkolwiek innej ekipy, podniesionoby larum. W przypadku PiS wszystkich skutecznie uspokaja jednak ich rusofobiczna maska.

Albo Bruksela, albo Kreml
A przecież to wszystko nic przy tym, jakie konsekwencje dla Rosji może mieć polityka uprawiana przez obecny rząd w Warszawie wobec Unii Europejskiej. – W przekazie PiS podstawowym zagrożeniem dla niepodległości jest UE i najsilniejsze państwa w UE. A Rosja i to co się dzieje na wschodzie – gdzieś zniknęło. Czym nam zagraża Rosja? Czy Rosja zagraża naszej suwerenności? Nie. To Timmermans zagraża. To jest największa zbrodnia tego obozu władzy: przesterowywanie takiej świadomości geopolitycznej Polaków – ostrzegał już jakiś czas temu współzałożyciel PiS, był marszałek Sejmu Ludwik Dorn.

Dotychczasowa świadomość geopolityczna była bowiem bardziej trzeźwa. Od małego uczono nas przecież, że kto w tej części świata nie jest w sojuszu z Zachodem, ten nie ma alternatywy przed pozostawaniem w strefie wpływów Rosji. Przez ćwierć wieku każda kolejna ekipa rządząca – od solidarnościowców po postkomunistów – robiła wszystko, by Polacy należeli do tej pierwszej grupy. Po zmianie władzy PiS odrzucił jednak wszystko, co stanowiło podstawy III RP, ze zorientowaniem geopolitycznym włącznie.

"Jeśli PiS odwróci się od UE, wielkim zwycięzcą będzie Rosja. Silna i zjednoczona UE nie jest w interesie Rosji, co potwierdziła zdolność nałożenia przez blok sankcji po aneksji Krymu i inwazji na wschodni region Ukrainy Donbas. Ta jedność irytuje Kreml" – już na początku roku alarmował brukselski think tank Carnegie Europe. Od tego czasu poziom poirytowania w gabinecie Władimira Putina musiały się trochę zmniejszyć. "Dobra zmiana" w Warszawie nie tylko osłabiła przecież swoje relacje z Brukselą, ale i z uporem maniaka walczy o to, by stworzyć dla UE konkurencję w postaci oderwania się Grupy Wyszehradzkiej, czy mrzonek o Międzymorzu...

"Tylko" skutki uboczne?
Być może to wszystko tylko efekty uboczne "dobrej zmiany", których jest ona zupełnie nieświadoma. Jednak nawet, jeśli Polacy coraz częściej grają jedynie "pożytecznych idiotów" Kremla, tym częściej warto przypominać słowa jednego z liderów rosyjskiej opozycji demokratycznej Ilji Ponomariowa wywiadu dla "Krytyki Politycznej", którego udzielił już na początku roku.

– Jeśli spojrzeć głębiej, Rosja na pewno była zainteresowana dojściem PiS do władzy. (...)Słynny skandal z podsłuchami ministrów i innych urzędników bez wątpienia grał na korzyść PiS. Takich wydarzeń było przynajmniej kilka. Uważam, że rosyjskie służby specjalne były w to poważnie zaangażowane – stwierdził Rosjanin.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl