
Pilot Embraera, który wyprosił z pokładu kilka osób, by móc odlecieć z rządową delegacją z Londynu do Warszawy uchodzi za bohatera. Próbowaliśmy się z nim spotkać, porozmawiać - niestety, to się nie udało. Jego dane są objęte tajemnicą. Ale przy okazji od innych osób poznaliśmy prawdę o feralnym rejsie, o którym wielu mówiło, że było "o włos od katastrofy".
Reporter "Dziennika Gazety Prawnej" to, co stało się w poprzedni poniedziałek na lotnisku Luton, określił mianem "tupolewizmu". Do jednego samolotu wtłoczono bowiem osoby, które wcześniej z Warszawy przyleciały dwoma maszynami: Embraerem i Casą. To premier Szydło, wicepremier Morawiecki, ministrowie Błaszczak, Waszczykowski i Macierewicz oraz wielu towarzyszących im urzędników, a także dziennikarze.
Nam udało się porozmawiać z osobami, które dowodzą, że nie było tu żadnego bohaterstwa ze strony pilota. Po prostu - tak jest zawsze w przypadku każdego lotu. – Zawsze pilot dokładnie sprawdza, czy maszyna jest odpowiednio wyważona. I zawsze może się zdarzyć, że kogoś z pokładu trzeba wyprosić – opowiada rozmówca naTemat. Jego zdaniem wszelkie porównania do Smoleńska są naprawdę bardzo mocno przesadzone.
Przecież to był anty-Smoleńsk. Tam zawiodły procedury, a tu wszystko odbyło się według nich. Tam nawalili i piloci, i organizatorzy lotu, tu wszyscy zachowali się jak należy.
Emerytowany pilot LOT-u Zbigniew Kwiatek w rozmowie z naTemat przyznaje, że takie sytuacje z przeciążonym samolotem zdarzają się rzadko, ale niekiedy interweniować trzeba. I nie ma to żadnego związku z jakąkolwiek instrukcją HEAD. – Jest cała masa parametrów, które musimy sprawdzić przed każdym rejsem. To tak zwany arkusz załadowania. Bierzemy pod uwagę choćby wysokość nad poziomem morza docelowego lotniska, czy długość pasa do lądowania. No i warunki pogodowe – tłumaczy pilot.
Problem może się pojawić nawet tuż przed odlotem. Nagle na przykład dowiadujemy się, że na docelowym lotnisku jest śnieżyca i trzeba będzie założyć, że będziemy krążyć godzinę zanim wylądujemy. Wtedy muszę zatankować więcej paliwa i może się okazać, że samolot jest za ciężki. Na trasach europejskich to raczej nie powinno się zdarzyć, większy problem jest na trasach np. do Ameryki. W przypadku tego lotu z Londynu pewnie było tak, że samolot był już zatankowany i przygotowany na mniejszą liczbę pasażerów, a paliwa już nie można było spuścić.
Emerytowany pilot LOT-u Zbigniew Kwiatek uważa, że całe zamieszanie z "tupolewizmem" bierze się stąd, iż za komentowanie spraw lotniczych biorą się ludzie, którzy nie mają o tym pojęcia. Są to zarówno dziennikarze, jak i politycy. To dlatego wychodzą potem takie "kwiatki", jak słowa o cywilnej instrukcji HEAD, czy tradycyjne już obwinianie PO. Na stronie premier.gov.pl zamieszczono odpowiedzi na pytania związane z całym tym zamieszaniem.
Decyzje związane z organizacją lotu były wykonywane zgodnie z procedurami, w żadnym momencie nie było narażone bezpieczeństwo lotu. Zmiany w składzie pokładów były uprzednio uzgodnione z przewoźnikiem - czynności mają swoje potwierdzenie w dokumentach. Czytaj więcej
Napisz do autora: tomasz.lawnicki@natemat.pl
