
Życie podobno pisze najlepsze scenariusze. Jaka idea przyświecałaby twórcom filmu pod roboczym tytułem "Wybory Donalda Tuska na szefa KE vol. 2: Zamach”, możemy się tylko domyślać. W budowaniu atmosfery nieuniknionej katastrofy widać nawiązanie do "2012”, rozgorączkowani bohaterowie miotają się jak Bruce Willis w "Szklanej pułapce”, ale najgorsza i tak jest ufundowana na niskich emocjach reżyseria, do której dziś pewnie nikt już się nie przyzna. Ponowny wybór Donalda Tuska na przewodniczącego KE dzięki akcji polskiego rządu zamienił się w kiepski melodramat oparty na myśleniu życzeniowym i jako taki powinniśmy go zrecenzować.
REKLAMA
Tło wydarzeń zostaje nakreślone powoli. Napięcie rośnie prawie jak u Dostojewskiego, kiedy wobec głównego bohatera, który mógłby się nazywać Iwan albo Diabeł, a najlepiej der Teufel, tu i ówdzie pojawiają się głosy potępienia. Nikt jeszcze nie wie, w którym kierunku zmierza akcja, pewne jest jedno - ma być groźnie, poważnie i z morałem. I byłoby tak, gdyby przeciwwagą dla głównego bohatera była postać trochę mniej tragikomiczna.
Ale nie wyprzedzajmy faktów. Idzie zima, powoli kończy się kadencja przewodniczącego Komisji Europejskiej. Wiadomo, że kandydat na kadencję kolejną jest tylko jeden, zagraniczne media, w tym prestiżowe "Politico”, komentują, że w trudnym dla UE okresie (Brexit, uchodźcy, Trump) większość przywódców europejskich rozumie potrzebę stabilizacji i postawienia na sprawdzonego człowieka. Wydaje się, że poparcie dla Donalda Tuska w Europie jest powszechne, wybory zaplanowane na marzec to formalność, a Polska po raz kolejny dostąpi zaszczytu posiadania rodaka na najważniejszym stanowisku w Europie.
Dla adeptów polskiej szkoły politycznego melodramatu byłoby to zdecydowanie zbyt proste. Długo przygotowywany grunt pod wątpliwości i pytania zaowocował laurką wystawioną przewodniczącemu przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości. – Wyobrażam sobie, że polski rząd nie poprze Donalda Tuska na drugą kadencję w Radzie Europejskiej. Tusk to jest wielki problem – powiedział Kaczyński w październiku 2016 r. w wywiadzie dla "Polska The Times”. A ponieważ prezes wyobrażał sobie, że rząd nie poprze, to rząd, a jakże, poprzeć nie mógł.
Akcja nie przyspieszała gwałtownie, bo okazało się, że bohaterowie targani byli licznymi wątpliwościami. Lepiej mieć Tuska bezpiecznie za granicą, czy jednak w Polsce, do której wróciłby o niebo bardziej popularny, niż ją opuszczał? PiS-owi od dekady nie udaje się go pogrążyć, tej historii potrzebna jest więc intryga. Niech wróci, ale prosto przed komisję śledczą ws. Amber Gold i w sprawie katastrofy smoleńskiej. Postawi mu się zarzuty, a najlepiej zamknie w ciemnym lochu politycznej dyskredytacji i dla pewności zmieni obywatelstwo na niemieckie.
– Jego dalszy pobyt w Brukseli jest bardzo ryzykowny, przede wszystkim dla Unii Europejskiej. Powinniśmy UE ostrzec przed ewentualnymi problemami – ostrzegał więc najwyraźniej szczerze zatroskany o przyszłość Unii Kaczyński. "Maleją szanse Donalda Tuska na wybór przewodniczącego Rady Europejskiej” – rozpisywały się prawicowe media, ale akcja spaliła na panewce. Cała Polska skąpana była akurat w czerni, wściekłe na rząd i fanatyków religijnych kobiety wysyłały pod Sejm wieszaki, głos prezesa PiS nikł w krzyku oburzenia, który usłyszał cały świat. Kurtyna opadła, na mocny akt drugi czekaliśmy kilka miesięcy.
Po ciepłej zimie przyszło lodowate na polskiej scenie politycznej przedwiośnie. Melodramat z Tuskiem i Kaczyńskim w rolach głównych zrobił się nudny i niemodny, czas więc było zamienić go w kino akcji w stylu Marvela - diabeł wcielony miał zostać zmieniony w słup soli przez namaszczonego przez rząd, czyli naród, superbohatera.
Tylko skąd go wziąć? Piotr Gliński był chwilowo zajęty, sprawa więc z gruntu należała do niełatwych. Ale od czego mamy tęgie głowy polskiego rządu, które zafundowały nam twist, jakiego nie powstydziliby się twórcy "Gry o Tron”? Sobotnie przedpołudnie, szef MSZ wysyła do maltańskiego resortu spraw zagranicznych notę z kandydaturą Jacka Saryusza-Wolskiego. Cała Europa i pół Polski przeciera oczy z niedowierzaniem. Kogo? I co ważniejsze, jak odmienia się nazwisko tego pana?!
Karty zostają wyłożone na stół, zamiast pokera jest marny draw do koloru i już wiadomo, że Polska będzie jedynym krajem, który postara się zablokować reelekcję Donalda Tuska. I może Węgry - asy naszej dyplomacji do samego końca nie mogą rozeznać się w sytuacji. Kaczyński grzmi o "niemieckim kandydacie” i zaczyna się robić żenująco. PiS jeszcze próbuje wysłać nowego kandydata na szczyt UE (czy można występować z tabletu?!), ale i to się nie udaje. Reżyser nawalił, fabuła się nie broni i jest szyta nićmi tak grubymi, że nawet dziecko odgadłoby, co będzie dalej.
A jednak - i tu chyba mamy długo wyczekiwany element zaskoczenia - bohaterowie tej tragikomedii idą w zaparte. Premier pisze do europosłów list, ale czy ktoś go czyta? Zaskoczeni brakiem entuzjazmu członkowie polskiego rządu wybierają grę na zwłokę. – Zaczekajmy do maja – przekonuje szef MSZ na kilka godzin przed głosowaniem. – Nie prowadzi się wojen z góry przegranych – komentuje w Polsce Leszek Miller.
– Nie podpiszę konkluzji po szczycie UE – stwierdza w myśl starej zasady "nie publikuję, bo nie” premier Szydło. To groźba czy krzyk rozpaczy? Wszystko jedno, finał akcji nie trwa nawet pół godziny i przypomina krwawą masakrę 27 piłami mechanicznymi. Wszystkie państwa głosują za Tuskiem, przeciw jest tylko jedno - Polska. Zaskoczeni są chyba tylko architekci całej intrygi.
Po wielkim finale mamy jeszcze spin-off kreowany w kierunku realizmu magicznego - prawica tłumaczy się z wielkiego sukcesu Szydło i Kaczyńskiego, i spektakularnej porażki Donalda Tuska, który teraz w oczach niektórych urasta z kandydata niemieckiego na kandydata rosyjskiego. Śledzi się to trochę jak Krainę Grzybów TV, ale spod warstwy przaśnego żartu wyziera smutna konkluzja, że w tych wyborach stracił nie tylko PiS, ale wizerunkowo niestety cała Polska.
Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl
