Xavier Dolan, Denis Villeneuve... jeszcze trochę i wybaczymy Kanadzie Justina Biebera.
Xavier Dolan, Denis Villeneuve... jeszcze trochę i wybaczymy Kanadzie Justina Biebera. Fot. The Canadian Press / YouTube

Gdzie się podziały te czasy, kiedy na prywatkach rozmawiało się o filmowym odkryciu dekady i cudownym dziecku offowego kina, Xavierze Dolanie? Sporo wody upłynęło, Dolan nie tylko od dawna nie jest już offowy, ale i przestał być objawieniem dla wielkomiejskich hipsterów. Nastał bowiem czas Denisa Villeneuve’a.

REKLAMA
Kolejny zdradzający przebłyski geniuszu Kanadyjczyk w świecie kina to nie żaden gołowąs - na swoje pięć minut czekał blisko dwie dekady i dopiero gdy dobił czterdziestki, echo jego przytłaczających filmów zaczęło docierać na salony Hollywood i tym samym do szerszej publiczności na całym świecie. W chwili, gdy przejęty i roztrzęsiony wagą przedsięwzięcia zabierał się za nowego "Łowcę Androidów”, nie trzeba było nikomu tłumaczyć, że to doskonały wybór producentów.
"Blade Runner 2049” trafi do kin dopiero na początku października, ale o tym, że Villeneuve nie mógł się powstrzymać od umieszczenia Harrisona Forda i reszty ekipy w charakterystycznej dla siebie, przygnębiającej scenerii, możemy przekonać się ze świeżego jak szczypiorek wiosną zwiastuna. A w nim wszystko, za co inteligentna młodzież i odbiorcy nieco starci pokochali reżysera - bezkresne płaszczyzny krajobrazów, gęsta atmosfera beznadziei, wwiercające się w samo serce ostrze paranoi.
A zaczęło się prawie niewinnie - od półgodzinnego filmu dokumentalnego, funkcjonującego jako "REW-FFWD”, który Villeneuve nakręcił jako dwudziestosiedmiolatek. W pierwszym ujęciu widzimy martwego psa, zjadanego przez robaki. Dalej jest już tylko dziwniej - fotograf przygotowujący reportaż na Jamajce nie jest w stanie wyrwać się z getta w którym jest zatrzymywany pod pozorem niekończących się napraw jego samochodu.
Na pierwszy długometrażowy film przyszło mu czekać kolejne cztery lata - tym razem Villeneuve wziął się za historię miłosną. Jego "Un 32 août sur terre” byłoby może zwykłą opowiastką o dziewczynie, która chce zajść w ciążę, ale nie potrzebuje partnera, gdyby nie fakt, że już w tym filmie Kanadyjczyk wpada na pomysł, by zabrać bohaterów i widzów na środek pustyni i zobaczyć, co będzie. A jest przemiana, oczyszczenie i ostrzeżenie.
Dalej jest już tylko bardziej przygnębiająco. "Maelström" rozpoczyna się od makabrycznej sceny, w której wielka ryba tuż przez egzekucją z rąk rzeźnika odzywa się ludzkim głosem i mówi – Zostało mi niewiele czasu… Potem podana zostaje nam na zimno scena aborcji i brudny świat, w którym niewinni ludzie giną w wypadkach spowodowanych przez pijanych kierowców. Reżyser napina emocjonalne struny filmu do granic możliwości, żongluje surrealistyczną scenerią i chwali się swoim wyczuciem przestrzeni - i zdobywa pierwsze laury w krajowych i międzynarodowych konkursach, Berlinale - za panoramę, MFF w Toronto - dla najlepszego filmu.
logo
Fot. Kadr z filmu "Wróg"
logo
Fot. Kadr z filmu "Nowy początek"
logo
Fot. Kadr z filmu "Blade Runner 2049"
Potem idzie już z górki, a w każdym kolejnym filmie Kanadyjczyk konsekwentnie szlifuje swój niepowtarzalny, psychodeliczno-defetystyczny styl. Dochodzi do tego jeszcze zamiłowanie do symbolizmu, którego apogeum, razem z uwikłaniem się w fabularny labirynt bez wyjścia, następuje chyba w filmie "Wróg” - strach nabiera tam kształtu pająka, groza wisi na horyzoncie jak gigantyczne, nierzeczywiste konstrukcje.
Do pajęczakowatopodobnych kształtów jeszcze wróci w "Nowym początku", obsypanym pochwałami tuż przed rozdaniem tegorocznych Oscarów. I chociaż ostatecznie Oscar był tylko za montaż dźwięku, to zdaje się, że film otworzył Villeneuve'owi oczy na całkiem nowe przestrzenie twórczej realizacji - pełnokrwiste science-fiction.
Nowy "Łowca Androidów" to nie jedyny film, po którym możemy spodziewać się tego, co najlepsze. Zaraz potem Kanadyjczyk zabierze się na nową ekranizację kultowej powieści Franka Herberta, "Diuna". Ostatnim razem na taki pomysł wpadł w połowie lat 80. David Lynch - czyżby Villeneuve pozazdrościł mu tytułu mistrza groteski i paranoi na srebrnym ekranie?