Rada Języka Polskiego zwróciła uwagę na granice wulgarności i brutalności, która w debacie publicznej zostały przekroczone. Naukowcy chcą podjąć zdecydowane działania.
Rada Języka Polskiego zwróciła uwagę na granice wulgarności i brutalności, która w debacie publicznej zostały przekroczone. Naukowcy chcą podjąć zdecydowane działania. Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

Trudno wskazać obelgi, które nie padłyby w polskiej debacie publicznej. Byli już "ubecy", "komuniści i złodzieje", "zdradzieckie mordy", "kanalie". Można byłoby stworzyć dosyć opasły słownik parlamentarnej polszczyzny. Po ostatnich "debatach" sejmowych, Rada Języka Polskiego wydała specjalny apel w tej sprawie.

REKLAMA
– Nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata. Zniszczyliście go, zamordowaliście go, jesteście kanaliami – to najświeższy i najmocniejszy przykład z ostatnich dni, kiedy wraz z granicami zwykłej kultury, przekroczono kolejny rubikon brutalności i wulgaryzacji języka. Podczas codziennego szperania w internecie, a w szczególności porannej i wieczornej prasówce, widzimy postępujący upadek polskiego parlamentaryzmu i języka. Oczywiście, agresję i brutalność obserwujemy z obu stron, co z pewnością nie pomaga sprawie i zachęca drugą stronę opinii publicznej do podobnych zachowań.
logo
Fot. screen z facebook.com/racjonalnapolska
Reakcja naukowców
Jednak tym razem przekroczono granicę, którą można byłoby tolerować. Głos w tej sprawie postanowiła zabrać Rada Języka Polskiego, która w swoim oświadczeniu zwraca uwagę, że nawet terminy specjalistyczne zyskały w polskiej przestrzeni publicznej negatywne konotacje, a dotąd neutralne pojęcia zostały nacechowane błędnymi znaczeniami.
Fragment oświadczenia Rady Języka Polskiego PAN

[...] wielki sprzeciw wywołują nadużycia językowe, polegające m.in. na arbitralnej zmianie znaczeń słów, nadawaniu nacechowania ekspresywnego wyrazom dotąd nienacechowanym, w tym terminom specjalistycznym, które powinny opisywać rzeczywistość w obiektywny sposób, a także posługiwanie się wartościującymi etykietami i stereotypami w odniesieniu do przeciwników politycznych. Prowadzi to do naruszenia podstawowych zasad etyki słowa, a także powoduje rozprzestrzenianie się języka publicznego niepozwalającego na dialog społeczny i porozumienie, a – wręcz przeciwnie – jątrzącego i zaostrzającego spory.

Najwybitniejsi językoznawcy zaapelowali także o szacunek do języka i powstrzymania ciągłego eskalowania emocji.
Fragment oświadczenia Rady Języka Polskiego PAN

[...] Prezydium Rady Języka Polskiego stanowczo apeluje do polityków i dziennikarzy o zaprzestanie używania wyrazów brutalnych, deprecjonujących osoby i instytucje, określeń nacechowanych dużym ładunkiem ekspresji oraz niemanipulowanie znaczeniami wyrazów.

Trzeba jednak przyznać, że brutalizacja języka w polskiej jest na pęczki. Dlaczego akurat teraz Rada Języka Polskiego zareagowała na to, co dzieje się w polskiej przestrzeni publicznej? Czy apel grona naukowców o powściągliwość językową wystarczy, aby nad naszymi głowami przestały latać wulgaryzmy i sprowadzanie wszystkiego co "nie nasze" do poziomu rynsztoku? Zapytaliśmy o to profesora Andrzeja Markowskiego, przewodniczącego Rady Języka Polskiego, wykładowcę Uniwersytetu Warszawskiego.
Dlaczego teraz?
Nie trzeba tu przytaczać historycznych przykładów upadku polszczyzny w parlamencie lub po prostu zwyczajnego chamstwa. Wszyscy możemy je podać bez większego problemu. Dlaczego akurat teraz Rada postanowiła wydać tak stanowczy apel? – W ciągu ostatnich kilku miesięcy, szczególnie w przypadku debat nad ostatnimi projektami i ustawami, brutalizacja polskiej polityki poprzez zaostrzenie języka, którego politycy używają, bardzo się nasiliła – mówi profesor Andrzej Markowski.
Regularnie obserwując polską politykę można stwierdzić, że rzeczywiście coś w ostatnim czasie się zmieniło. Przecież nie raz na przestrzeni 28 lat niepodległej Polski byliśmy świadkami naprawdę ostrych politycznych sporów, manifestacji, przemówień i medialnych przekazów. Jednak nigdy nie zbliżyliśmy się tak blisko do niebezpiecznej granicy języka wprost wulgarnego i nawołującego do przemocy i nienawiści. – To można uzasadnić dewaluacją znaczenia słów, szczególnie jeśli chodzi o ich wartość ekspresywną. Teraz, żeby odnieść jakiś sukces w przestrzeni publicznej, a czasami niestety po prostu zaistnieć, trzeba używać coraz mocniejszych słów – zwraca uwagę ekspert. Ostrzega też przed konsekwencjami tego zjawiska, które jak wiemy z historii mogą być tragiczne. – To jest bardzo niebezpieczne zjawisko. To z reguły kończy się w najlepszym przypadku na zmianach politycznych, a w najgorszych na czynach: agresji, i przemocy – dodaje językoznawca.
Co z tym zrobić?
- Wszystko można powiedzieć, ale w sposób kulturalny albo przynajmniej neutralny. Jeżeli jedna strona używa wyzwisk i inwektyw, to druga robi to samo. Wtedy już nie ma miejsca na meritum sprawy, o której dyskutujemy, o którą się spieramy – apeluje profesor Markowski. Czytając apel naukowców i znając realia polskiej debaty publicznej, wszyscy zdają sobie sprawę, że zostawiając taki apel na stronie internetowej i Facebooku i nie podejmując zdecydowanych działań, za dwa dni o nim zapomnimy, a nie zmieni się nic. Na szczęście, twórcy apelu mają tego świadomość i właśnie trwają prace nad formą, w jakiej naukowcy mogliby reagować na konkretne przykłady językowych nadużyć. – Będzie to jakaś forma wskazywania konkretnych wypowiedzi, konkretnych osób, ale jeszcze nie mogę powiedzieć nic konkretnego. Pracujemy nad tym – przyznaje przewodniczący RJN. Pod koniec roku, Rada Języka Polskiego zobowiązana jest do przedstawienia Sejmowi i Senatowi RP sprawozdania o stanie ochrony języka polskiego. – To najbliższe poświęcimy właśnie językowi używanemu w publicznych dyskusjach – przyznaje nasz rozmówca.
Niestety, nie ma nadziei na obniżenie temperatury sporu politycznego, a przez to na złagodzenie języka. Nadal na antenach telewizji publicznej, na Facebooku, Twitterze, a nawet z sejmowej mównicy będziemy czytać i słuchać brutalnych ataków na przeciwników politycznych, a momentu zmiany znaczenia niektórych słów możemy nawet nie zauważyć. Jedyne, co możemy zrobić, to głośne sprzeciwianie się takiemu językowi. Tak samo jak robimy to w przypadku ostatnich zmian w sądownictwie. Przez udział młodych osób w protestach, nazywanie protestujących "ubeckimi wdowami", "SB-kami" i "komunistami" zamienia się w groteskę. Zróbmy to samo z całą resztą.