Olena Zajcewa na przesłuchaniu nie kryła łez, ale jej sprawa dotyczy nie tylko jej, a całego państwa.
Olena Zajcewa na przesłuchaniu nie kryła łez, ale jej sprawa dotyczy nie tylko jej, a całego państwa. Fot. facebook.com/nikolay.krivolapoff

Czy nawet najtragiczniejszy, ale mimo wszystko zwykły wypadek drogowy, może stać się najważniejszym tematem do dyskusji w państwie? Jak najbardziej – jeśli tylko sposób, w jaki służby sobie z nim radzą, pokazuje chorobę, która toczy cały kraj. Gra toczy się o dziedzictwo sześciu osób, które zabiła na przejściu dla pieszych 20-letnia Olena Zajcewa. To obecnie najgłośniejsza sprawa za naszą wschodnią granicą. I albo Ukraińcy przejrzą na oczy, albo ich śmierć zostanie zmarnowana. A w kraju nic się nie zmieni.

REKLAMA

18 października, chłodny wieczór w Charkowie. Przez miasto mknie czarny lexus. Choć mknie to być może za mało powiedziane. Kierowca luksusowego SUV-a ma za nic przepisy ruchu drogowego. 20-letnia Zajcewa – bo to ona kierowała autem – według śledczych pędziła przez miasto z prędkością ponad 100 km/h. Pojawiły się też informacje, że brała udział w nielegalnym wyścigu ulicznym. W pewnym momencie popełnia jednak o jedno wykroczenie za dużo.

Przejazd przez czerwone światło kończy się tragicznie. 20-latka zderza się z kierowcą innego, prawdopodobnie przepisowo jadącego auta. Odbija się od niego i z impetem wpada na chodnik. W ten sposób Zajcewa zabiła sześć osób: w tym kobietę w ciąży oraz 15-letnią uczennicę. Ludzie przynoszą tam kwiaty do dzisiaj.

System wspiera takich jak Zajcewa W normalnej sytuacji byłoby wręcz oczywiste, że sprawczynię wypadku spotkałby słuszny i wyjątkowo surowy wyrok. Ale na Ukrainie, w tym konkretnym przypadku, nic nie jest takie oczywiste. Można się tylko domyślać, że kiedy świadkowie wypadku zobaczyli, że z auta za setki tysięcy złotych wyłania się młodziutka dziewczyna, mogli zacisnąć pięści. Z bezsilności. Już wiedzieli, że 20-latce włos z głowy nie spadnie. A przynajmniej tak podejrzewali. Zresztą, tuż po wypadku, zanim na miejscu pojawiły się jakiekolwiek służby, Olenę już znaleźli jej ochroniarze. Mężczyźni zadbali o to, żeby na 20-latce przypadkiem nie doszło do linczu.

Słyszeliście kiedyś o "Rich Russian Kids", czyli po prostu bogatych rosyjskich dzieciach? To bardzo popularny profil na Instagramie, ale nie tylko. To w zasadzie opis szerokiego zjawiska na wschód od Polski – bo nie chodzi tylko o Rosję. Ukraina w tej kwestii jest bardzo podobna.

Bogate rosyjskie (czy też ukraińskie) dzieciaki to oczywiście potomkowie wschodnich oligarchów. Potentatów naftowych, gazowych czy z jakiegokolwiek innego sektora gospodarki. To młodzież, która nie zna słowa "bieda". Najdroższe auta, luksusowe jachty, prywatne odrzutowce i podróże. To ich codzienność.

I choć to zjawisko łączone głównie z Rosją, na Ukrainie nie jest inaczej. Wystarczy przejść się ulicą w Kijowie. W mieście, w którym średnia pensja wynosi około tysiąca złotych, głównymi arteriami jeździ więcej lexusów (nasi bracia ze wschodu naprawdę kochają tę markę) niż w całej Warszawie z przyległościami.

Jednym z nich – tym rozwalonym na zdjęciu wyżej – kierowała Zajcewa. Kierowała, nie posiadała. Auto należy do jej ojca. 20-latka jest córką Wasyla Zajcewa, a w okolicy Charkowa to nazwisko wiele znaczy. Zajcew jest oligarchą z branży energetycznej. Jego majątek jest w zależności od źródeł liczony w milionach lub miliardach. I choć Olena została przez niego adoptowana, nigdy nie szczędził jej ojcowskiej miłości. Ani pieniędzy.

Ojciec już działa To właśnie majątek jest tutaj wyznacznikiem możliwości. Okazuje się, że najczęściej bogatym rosyjskim i ukraińskich dzieciom nie grozi nic. Jakby zasady życia w społeczeństwie ich nie dotyczyły. W razie kłopotów z prawem najlepszym rozwiązaniem jest po prostu telefon do osoby prowadzącej śledztwo. Ewentualnie odpowiednio gruba koperta. Ukraińcy o takich dzieciach mówią "mazhory", co znaczy mniej więcej tyle, co "lepiej usytuowani". Nie tak dawno temu 23-letni Nestor Szufrich wjechał w człowieka na przejściu dla pieszych swoim… bentleyem. Trzy dni później wyszedł z aresztu. Bardziej "spektakularny" był przypadek Stanisława Tołkstoszejewa. Za kierownicą mercedesa zabił na chodniku starszą kobietę. Nic mu nie zrobiono, ponieważ ojciec załatwił zaświadczenia od lekarzy, zgodnie z którymi miał w momencie wypadku atak padaczki.

Tym razem miało być inaczej. Masakra tak wstrząsnęła ukraińską opinią publiczną, że sąd nie miał wyjścia. Przedłużył jej areszt do dwóch miesięcy i uniemożliwił opuszczenie go za kaucją. Świat obiegły zdjęcia Oleny płaczącej w szklanym akwarium podczas przesłuchania, ale trudno nie mieć wrażenia, że 20-latka płakała nie z powodu krzywd, które wyrządziła, ale z powodu własnej niedoli. 10 lat w więzieniu – tyle jej grozi – to raczej nieciekawa perspektywa dla kogoś, kto przywykł do luksusu. Jak odnotowano, na przesłuchaniu, choć zapłakana i z brudnymi włosami, miała na sobie buty hiszpańskiego projektanta Balenciaga, warte mniej więcej 1200 euro. Przeciętny Ukrainiec na takie pieniądze pracuje pół roku.

Wymowne były również jej słowa. – Jest mi przykro przez to, co się stało. Mam nadzieję, że rodziny ofiar pozwolą mojemu tacie sobie pomóc – stwierdziła. Pomoc od taty to takie hasło-wytrych w tej sytuacji. Bo ojciec już działa. I już sporo osiągnął. Po pierwsze jego córce pomaga sztab prawników, którzy mają za zadanie wyciągnąć ją z aresztu. Na razie sąd się nie ugiął, ale jak tłumaczono, to, co zrobiła jest już dla niej "wystarczającą karą" i Zajcewa powinna trafić do aresztu domowego. Ponadto adwokaci sprawili, że opiaty, które znaleziono we krwi Zajcewy po wypadku, nie zostały uwzględnione w śledztwie. Powód? Przeforsowali tezę, zgodnie z którą narkotyki znalazły się w jej krwi już po wypadku – w następstwie silnych leków uspokajających.

No i wreszcie pieniądze. Pieniędzmi na wschodzie Europy można załatwić prawie wszystko. A przecież Wasyl Zajcew ma ich sporo. Dlatego w chwili, kiedy okazało się, że sprawa jej córki jest dość beznadziejna, sięgnął do portfela. Zajcewa, kiedy apelowała do rodzin zmarłych, żeby zgodzili się przyjąć pomoc od jej taty, wiedziała, co w trawie piszczy. Jak podała ukraińska stacja telewizyjna "Wiesti", Wasyl Zajcew rozpoczął negocjacje finansowe z rodzinami ofiar. Ma im oferować 1,24 miliona euro rekompensaty, by tylko nie zeznawali w sądzie przeciwko sprawczyni wypadku. Gdyby zdecydowali się przyjąć pieniądze, Zajcewa miałaby szansę uniknąć kary nawet 10 lat więzienia. Takie pieniądze na Ukrainie mogą zamknąć wiele ust.

Normalność próbuje się bronić Ale nie wszystko idzie po myśli Zajcewa. W kraju wielu ma przekonanie, że sprawa została tak nagłośniona, że już nie ma odwrotu. Że Olena musi ponieść karę. Przy okazji to oczywiście wymarzony sposób do zbicia całkiem solidnego kapitału politycznego.

I tak minister infrastruktury Wołodymyr Omelian chce obniżenia dopuszczalnej prędkości w terenie zabudowanym i zwiększenia wysokości mandatów. Zwłaszcza drugi postulat w tym przypadku ma sens, bo Olena Zajcewa, jeśli chodzi o przejazdy na czerwonym świetle, jest… recydywistką. Sęk w tym, że za każdy taki udowodniony przypadek otrzymywała mandat w wysokości kilkudziesięciu złotych polskich. To kwoty, które jej rodzina może spuszczać w toalecie.

Dalej poszedł Anton Heraszczenko z ukraińskiego ministerstwa spraw wewnętrznych. Już chwilę po zdarzeniu udostępnił na Facebooku bardzo brutalne nagranie przedstawiające moment wypadku. A na dodatek zaapelował o posłużenie się... polskimi doświadczeniami. Na Ukrainie policja w przeciwieństwie do naszej nie może odebrać prawa jazdy i skierować kierowcy na kolejny egzamin. Muszą wystarczyć groszowe mandaty. Posty polityka w tej sprawie doczekały się tysięcy reakcji i setek komentarzy.

Fot. Facebook.com

Naród chce sprawiedliwości Te komentarze to tylko czubek góry lodowej. Całe społeczeństwo ukraińskie kipi ze złości przez historię Zajcewej. Choć do ukraińskich mediów trafiło oświadczenie rodziny 20-latki, w którym "na kolanach proszą o przebaczenie", nikogo to nie przekonuje.

Na pogrzebach ofiar padają ciężkie oskarżenia. Tak było choćby w trakcie pożegnania Aleksandra Jewtiejewa. 27-letniego informatyka. Jego żona Oksana i siostra Diana towarzyszyły mu w chwili wypadku. Przeżyły, ale są w krytycznym stanie. Ich wujek Władimir Tymoszenko zażądał "najcięższej kary" dla kierowcy, który ma się za część uprzywilejowanej kasty "złotej młodzieży", wyjętej spod prawa. – Nikt ich nie kontroluje – narzekał.

Podobne komentarze – a właściwie to znacznie ostrzejsze – można znaleźć w sieci. Ukraińcy buzują. Tam wylewają swoją frustrację w związku z wypadkiem. "Kara do dziesięciu lat więzienia? Za zabicie 6 osób? Do dziesięciu lat to równie dobrze może być rok albo dwa lata więzienia" – zwraca uwagę internauta.

Fot. Facebook

"Tyle osób zginęło. Naprawdę, ta młoda dz*wka jest mordercą. Zniszczyła ludziom życie" – pisze kolejny. Większość komentarzy nie nadaje się do publikacji.

Fot. YouTube.com

Przyszłość 20-latki rozstrzygnie się wkrótce. Politycy na Ukrainie oczywiście doskonale widzą, jakie są nastroje. Zarzekają się, że Olena Zajcewa za swoje czyny odpowie jak normalny obywatel. Ale w rzeczywistości wszystko będzie zależeć od tego, czy jej ojcu uda się zatkać innym usta pieniędzmi.