
Polacy to najwyraźniej naród, który najlepiej wie, jak przygotować się na wybuch wojny atomowej. Ćwiczymy ten scenariusz co najmniej kilka razy w roku, kiedy bez opamiętania rzucamy się do sklepów i wykupujemy dosłownie wszystko. Jakby miały zostać zamknięte nie na 24 godziny, a już na zawsze. Ostatni raz taki obrazek zobaczyliśmy kilka dni temu – 10 listopada. – W dniu przedświątecznym robimy zakupy na zapas i oczywiście bez żadnej logiki. Ale chodzi o to, żeby nadrobić czas, kiedy sklep będzie zamknięty – mówi w rozmowie z naTemat antropolog, prof. Mirosław Pęczak. W takich dniach obrót rośnie nawet o 40 proc.
To nie jest tylko pusta gadka. Potwierdzają to liczby. "Solidarność", która bardzo chce zakazu handlu w niedziele, co byłoby jednoznaczne z nagminnym powtarzaniem się opisywanej tutaj sytuacji, przeprowadziła badania handlu w maju 2015 roku. 24 maja wypadały Zielone Świątki – w niedzielę. Sklepy były zamknięte. W piątek i sobotę poprzedzające święto w sklepach obroty wzrosły o około 6 proc. A to tylko niedziela. Wiecie, co się dzieje, kiedy wolny dzień wypada np. w piątek i okazuje się, że mamy trzydniowy weekend. Nic to, że w sobotę sklepy są z powrotem otwarte. Z uzyskanych w jednej z polskich sieci handlowych danych (proszono mnie o anonimowość) wynika, że obrót w dniu poprzedzającym święto rośnie o 40 proc.! Z kolei dzień po wolnym jest większy o około 20 proc. Czyli nie dość, że szalejemy przed wolnym, to jeszcze "po" musimy znowu coś kupić.
To ma związek z tym, co Amerykanie zaobserwowali tuż po wojnie. Kiedy Ameryka przeszła z wojny prosto w prosperity gospodarczą. To były początki społeczeństwa konsumpcyjnego, które z zakupów robi coś więcej, niż aprowizację domową. To jest właściwie rodzaj egzystencjalnego zabezpieczania się. Poprzez zakupy i mnożenie doraźnych dóbr czujemy się bezpieczniej. Druga sprawa to skłonność do nadmiaru. Jeśli coś kupujemy, to kupujemy dużo. Temu sprzyjają świątynie konsumpcji, czyli sklepy, centra handlowe. To już weszło w krew wszystkim.
Zamykanie sklepów wiąże się jednak z jeszcze jednym zjawiskiem – całkowicie polskim, bo trudno je przenieść na wspomniany wyżej amerykański grunt. Cała historia z zakupowym pędem jest dla nas nadal mimo wszystko w miarę nowa. A to implikuje nasze zachowanie.
I dodatkowo: porzućcie myślenie, że Polacy przyjmą ewentualne zamknięcie sklepów w niedziele – niezależnie od tego, czy się tak stanie, czy nie – tylko dlatego, że po prostu są sklepami. Dla statystycznego Polaka to coś znacznie więcej.
Nie przeceniałbym stadnych zachowań, że jeśli się ludziom zamknie sklepy, to oni wszyscy gromadnie pójdą do kościołów, a taka idea chyba przyświeca hierarchom kościelnym.
