
"StarCraft" to jeden z ojców esportu, który mimo dwóch dekad nie zestarzał się o jotę. Wciąż jest grywalny, ma potężną rzeszę fanów i jest niedoścignionym wzorem dla wielu deweloperów. Nawet osoby słabo zorientowane w grach komputerowych słyszały o tym tytule, pozostali za chwilę poznają fenomen, który z kawiarenek internetowych przeniósł się do wielkich hal z trybunami na kilkanaście tysięcy ludzi, a w Korei Południowej stał się nieoficjalnym sportem narodowym. Polacy jednak też stanowią potężną siłę.
Wydany 31 marca 1998 roku "StarCraft" to futurystyczna strategia czasu rzeczywistego - rozgrywka jest szybka, bo nie ma podziału na tury jak w szachach. Gracz przy pomocy myszki i klawiatury dowodzi jednostkami zbierającymi surowce, stawiającymi budowle, a przede wszystkim steruje armią, by zniszczyć bazę przeciwnika, który w tym czasie również nie próżnuje.
"Była także alternatywa dla kafejek internetowych. Polegała na przeniesieniu swojego komputera do kolegi i połączenie ich w sieć. Można wtedy było zagrać jeden na jednego, współzawodniczyć ze znajomymi i mimo posiadania zazwyczaj tylko dwóch komputerów spiętych w sieć rozgrywały się tam epickie batalie".
Pierwsza część "StarCrafta" znalazła 11 milionów nabywców stając się jedną z najlepiej sprzedających się gier w historii (w zeszłym roku wydana została w zremastrowanej tj. odświeżonej wersji). Gracze organizowali amatorskie turnieje, kolejne wygrane pozwalały piąć się w rankingach - "StarCraft" ze względu na złożoność, pozwalał na wprowadzanie mnóstwa taktyk, a zwycięstwo nie polegało na szczęściu, lecz wyszkolonych umiejętnościach gracza i szybkiego podejmowania decyzji.
"Wiele dzisiejszych gier stawia przed graczem trochę inne wyzwania, często opierając się w dużej mierze na współpracy pomiędzy zawodnikami z jednej drużyny. Moim zdaniem w takich grach łatwiej jest się również pogodzić z porażką - naturalnym odruchem człowieka jest obwinianie graczy ze swojej drużyny: "Mój team słabo zagrał, ze mną było wszystko ok".
W "StarCrafcie", grze bardzo wymagającej jeżeli chodzi o mechanikę (ilość akcji, które gracz musi wykonywać podczas gry), dodatkowym problemem jest fakt, że za porażkę możemy winić tylko siebie. Nie jest łatwo pogodzić się z tym, że okazaliśmy się po prostu gorsi od przeciwnika po 20 minutowej, wyczerpującej batalii. Ten fakt odrzuca bardzo wielu ludzi, ale potrafi uzależnić tych, którzy są perfekcjonistami".
"StarCraft" jest nastawiony na rozgrywkę 1 na 1, co przy olbrzymiej złożoności i szybkim tempie rozgrywki jest prawdziwym testem osobowości. Dlatego, ci którzy przeszli starcraftową próbę charakteru są w stanie docenić jego piękno i pokochać na lata. Ważnym aspektem dodającym świeżości jest również ciągła ewolucja - w każdym sezonie rankingowym są nowe mapy, które prowokują do zmiany stylu gry, a twórcy ciągle eksperymentują i szlifują zmiany w balansie ras."
"W "StarCrafta II" grałem na początku na przegrzewającym się, starym laptopie, na którym latem musiałem ograniczać detale graficzne, aby nie wyłączał się w trakcie gry. Nie miałem też osobnej klawiatury na USB - przez to na pierwszych rozgrywkach off-line, w których brałem udział, czyli finał ESL Amateur Series w Zabrzańskim Multikinie, musiałem klawiaturę pożyczyć od znanego gracza, Tomka "Tarsona" Boronia".
"StarCraft" z pewnością nie byłby tak popularny, gdyby nie społeczność, która podtrzymuje i pomaga rozwijać zainteresowanie tytułem. Przekonałem się o tym na własnej skórze, bo wszyscy fani, jak i profesjonaliści, z którymi się kontaktowałem, chętnie mi pomogli przy artykule. – Mam kontakt z graczami i twórcami z całego świata, tworzymy jedną rodzinę. Bardzo często, jeżeli przegrasz mecz i zapytasz się przeciwnika co źle zrobiłeś, to on ci pomoże. Oczywiście są wyjątki od tej reguły, ale w dużej mierze trzymamy się wszyscy razem – zapewnia Emil Wieczorek.
"StarCraft" posiada ogromną "starą gwardię" fascynatów. To ich można ciągle zobaczyć w pierwszych rzędach trybun na IEM Katowice, gdzie z taką samą werwą od wielu lat dopingują tak lokalnych, polskich graczy, nadzieje sceny europejskiej, jak i niepokonanych Koreańskich gladiatorów. To ich obecność i lojalność wobec jednej gry, ciągle potrafi zainteresować, przyciągnąć i fascynować nowych ludzi, którzy wcześniej ze "StarCraftem" nie mieli dużo wspólnego".
Korea Południowa to kraj gdzie "StarCraft" jest tym, czym dla Polaków piłka nożna. Paweł "Legho" Głuszcz wiele razy bywał na tamtejszych turniejach. To zupełnie inny poziom – Turnieje w Korei bardzo różnią się innych. Te, które są rozgrywane w Europie, czy w Stanach Zjednoczonych, to zazwyczaj duże imprezy, na które zjeżdżają się gracze z całego świata. Do takich turniejów zawodnicy przygotowują się tygodniami, aby potem w krótkim okresie zmierzyć się kolejno z wieloma rywalami. Liczą się nie tylko wytrenowane umiejętności, ale również predyspozycja danego dnia, zdolność do radzenia sobie z trudami podróży, presją publiczności, czy nawet umiejętność adaptacji do obcego środowiska – tłumaczy Legho z Warszawy.
"W Korei rozgrywki bardziej przypominają znane z innych sportów ligi. Pojedynczy turniej potrafi trwać kilka tygodni, a czasem nawet miesięcy. Tak naprawdę, to nie Korea jest mekką "StarCrafta" - jest nim Seul. Wszyscy liczący się zawodnicy mieszkają, trenują i występują na miejscu.
W szczytowym punkcie w Seulu można było obejrzeć na żywo profesjonalne rozgrywki przez większość dni w tygodniu. Stwarza to niesłychanie wartościowe i motywujące środowisko, swoistą wylęgarnię talentów. Dzięki temu zawodnicy mogą "StarCrafta" traktować już nie jako hobby, a intratne zajęcie. Myślę, że to tu kryje się sekret wyśrubowanego poziomu koreańskich progamerów".
"Mój tata pokazał mi gry takie jak "Warcraft II" czy "StarCraft" chyba kiedy jeszcze byłem w przedszkolu, więc bardzo naturalne było polubienie przeze mnie tych tytułów. Szczególnie, że przez większą część mojego dorastania mieliśmy przynajmniej 2 komputery w domu. Dzieki czemu mogliśmy grać przez LAN - ja kontra mój brat, lub ja i mój brat kontra komputer. W "StarCrafta 2" grałem już od samej premiery, czyli już prawie 8 lat. Bardziej na poważnie zabrałem się za niego mniej więcej na początku liceum, wtedy wiedziałem już, że mam talent i mogę być jednym z lepszych graczy jeżeli będę trenować".
Kiedy czytamy o sukcesach naszych esportowców, pulach nagród czy samej popularności najlepszych graczy, sami zastanawiamy się czy nie spróbować. Nie trzeba się nawet ruszać sprzed komputera. Pewnie nie staniemy się od razu mistrzami świata, ale gra, jak każdy sport, dostarczy nam mnóstwa emocji. Co prawda pro-gamerem nie zostaniesz - na to mogą mieć perspektywy bardzo nieliczni i wyjątkowo wytrwali gracze. Ale jeśli szukasz po prostu dobrej zabawy, strategicznego wyzwania i zaspokojenia potrzeby sportowej rywalizacji, to Starcraft jest znakomitym wyborem – wyjaśnia Paweł "Legho" Głuszcz.
Nie ma powodu aby obawiać się starcraftowych weteranów - dopóki nie opanujesz w wystarczającym stopniu rozgrywki, to na pewno na nich nie trafisz w swoich potyczkach. Wynika to z zaimplementowanego w grze bardzo sprawnego system doboru przeciwnika. Już po kilkunastu rozgrywkach potrafi on oszacować poziom gracza i odnaleźć dla niego rywala o zbliżonych umiejętnościach. Oczywiście trudność i wyzwanie rośnie wraz z twoimi umiejętnościami. I tak się właśnie łapie bakcyla "StarCrafta": jak wysoko uda mi się zajść? Czy dam radę zagrać z najlepszymi?' Jest tylko jedna możliwość, aby to sprawdzić - grać i trenować".
Wszystko co dobre, szybko się kończy, ale w przypadku tej serii nie jest to prawdą. "StarCraft" to król strategii czasu rzeczywistego i tej pozycji trudno zagrozić. Przez 20 lat twórcy szlifowali dosłownie wszystko, a wokół gry powstała wielomilionowa społeczność: – W szczycie dnia w grze jest zalogowanych ponad 120 tysięcy osób. Tym samym jest w pierwszej dziesiątce najbardziej gier pod względem aktywności użytkowników – zapewnia Emil Wieczorek.
