"W maju będą roztopy, znajdzie się". To wstyd, co Polacy piszą o potrzebujących pomocy w górach

Gdyby internauci mieli decydować o tym, kogo ma ratować TOPR, pomocy nie dostałby prawie nikt.
Gdyby internauci mieli decydować o tym, kogo ma ratować TOPR, pomocy nie dostałby prawie nikt. Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta
Najmniej jest tych, którzy ruszają wysoko w Tatry zimą przygotowani na każdą ewentualność. Więcej jest tych, którzy porywają się na góry bez odpowiedniego przygotowania. Ale najwięcej jest internetowych ekspertów. Tych, którzy zrobią wszystko, żeby wypomnieć wam każdy błąd w Tatrach. Nie potrzebują do tego żadnej wiedzy o okolicznościach zdarzenia. Ważne, że coś się stało.


"Moda" na hejtowanie turystów w Tatrach narasta od wielu lat. Początki dotyczyły raczej… letnich problemów. Wszyscy chyba widzieliśmy w sieci zdjęcia ludzi, którzy stoją w wielogodzinnych kolejkach pod szczytem Giewontu tylko po to, żeby… wejść na sam szczyt.

Nieprzebrane tłumy oczekujące na kolejkę na Kasprowy Wierch czy podróż saniami nad Morskie Oko to także klasyka gatunku. Wszystko to złożyło się na narastający od lat negatywny wydźwięk wizyty w Tatrach.

Szybko doszliśmy do absurdu. Żeby nie narazić się na negatywne komentarze ze względu na wizytę w najwyższych polskich górach, najlepiej wybrać się tam najlepiej w jakimś zabłoconym listopadzie. I zakwaterować się pod Krakowem, żeby nie mieć nic wspólnego z tym "tandetnym" (często zasłużenie) Zakopanem.

Prawdziwa jazda bez trzymanki zaczęła się na dobrą sprawę kilka lat temu wraz z problemami turystów nad Morskim Okiem. To wtedy pomocy potrzebowała słynna grupa turystów, których zaskoczył grudniowy… mrok w górach. Zaledwie kilka dni później doszło do dantejskich scen, kiedy zabrakło miejsc na saniach dla wszystkich turystów, którzy pod koniec dnia chcieli wrócić z Morskiego Oka. A jeszcze kilka godzin później pod schronisko nad Morskim Okiem nielegalnie podjechało… audi.



Tamte dni w Tatrach były tak feralne, że doczekały się nawet złośliwych filmików na YouTube – tak jak ten powyżej. I w zasadzie krytyka była uzasadniona, bo takiego stężenia głupoty nie widziano pod Giewontem od dawna.

Rzecz w tym, że z roku na rok ta krytyka osób będących w górach staje się coraz modniejsza. I nie chodzi już nawet o osoby, które ruszają w góry w przysłowiowych klapkach.

Wszechobecny hejt widać w komentarzach w sieci. Nawet w naTemat, gdzie mimo wszystko rzadko podejmujemy tematykę tatrzańską. Są jednak w sieci miejsca poświęcone głównie jej – choćby serwis Tatromaniak, najpopularniejsze miejsce tego typu w polskiej sieci.

Wystarczy zajrzeć na facebookowy fanpage, żeby od razu zauważyć: hejt wylewa się z każdej strony. Co ważne, obrywa się nie tylko tym, którzy wybrali się w góry nieprzygotowani. Taka informacja mało komu jest potrzebna.

Co istotne, problem hejtu wobec turystów w górach narasta coraz bardziej, wręcz z roku na rok. Przykłady? Och, jest ich aż nadto!

Spędziła noc w śnieżnej jamie z ratownikiem TOPR

Incydent z 30 stycznia, o którym informowała na swojej witrynie sam TOPR. Pod wieczór ratownicy dostali telefon o dwóch osobach, które schodziły ze Świnicy w kierunku Zawratu. Utknęli jednak w głębokich śniegach i nie byli w stanie kontynuować podróży samodzielnie. Grupa ratowników dotarła do nich chwilę po północy. Mężczyzna przy wsparciu ratowników zszedł do schroniska, kobieta nie była w stanie kontynuować podróży.

Szybka decyzja – jeden z ratowników został z nią w wykopanej jamie, gdzie ogrzewana wytrzymała do rana. Po siódmej wystartował po nią śmigłowiec.

W całej relacji TOPR nie ma słowa o przygotowaniu turystów czy ich sprzęcie. Można jednak założyć, że skoro w tych warunkach poddali się wracając ze Świnicy, a nie w drodze na nią, musieli być zaprawieni w górskich wędrówkach. Ponadto byli widoczni z daleka dzięki mocnym światłom, co może świadczyć o ich dobrym przygotowaniu sprzętowym. Turystów obciąża właściwie tylko jedna rzecz, choć dodajmy uczciwie, że bardzo istotna: szlak był zamknięty. Jednak stało się tak ze względu na obrywy skalne, nie na śnieg, z którym sobie nie poradzili.

Reakcja w sieci? Wiadomo. "Jakim trzeba być DEBILEM (pisownia oryginalna – red.), żeby przy zagrożeniu lawinowym, ale i meteorologicznym wychodzić w wysokie Tatry", "Nie mogę się doczekać, kiedy tacy jak tych dwoje zaczną używać mózgu zgodnie z jego przeznaczeniem", "Janusz zszedł na dół, a Grażyna w jamie. Sezon rozpoczęty na dobre" – i wiele innych.
Na szczęście pojawiają się też głosy rozsądku. "Pod każdą wiadomością o wezwaniu TOPR zawsze te same komentarze. Niedobrze mi się robi od tych mądrości spod pierzyny" – pisze jedna z internautek.

Zasłabła i potrzebowała pomocy

Sytuacja z końcówki zeszłego roku. Ratownicy TOPR otrzymali informację o kobiecie na Rakoniu, która po prostu zasłabła. Po 37-latkę wystartował śmigłowiec, który jednak ze względu na kiepskie warunki nie mógł "dostarczyć" ratowników w jej pobliże. Członkowie akcji ratunkowej zawrócili, a następnie większą ekipą ruszyli ponownie w rejon zdarzenia.

Pomoc dotarła do niej po kilku godzinach. Okazało się, że kobieta miała problemy gastryczne. Nie było żadnej informacji świadczącej o tym, że była źle przygotowana do wędrówki po górach.

Reakcja? Od razu negatywna. "A nie można na zimę gór zamknąć tak jak to Słowacja robi?" – zapytała jedna z internautek, choć trzeba przyznać, że w odpowiedzi usłyszała: "Najlepiej ogrodzić i spuścić psy. Niech pilnują".
"Jest coraz lepiej, już codziennie coś się komuś nie udaje i wszystkie informacje są z polskiej strony Tatr, czy Polacy turyści są aż tak nieświadomi nieostrożni, czy zbyt pewni siebie" – pytał kolejny internauta, któremu inni zaczęli tłumaczyć, że chodziło o zwykłe zasłabnięcie, co może przytrafić się każdemu.

Zaginął w górach – ale przecież znajdzie się "po roztopach"


Ten turysta postawił TOPR w stan gotowości w święta Bożego Narodzenia, co z pewnością dla nikogo nie było zbyt przyjemne. Ale mógł spędzać święta tak jak chciał.

23-latek wyszedł w góry i po prostu nie wrócił na noc do schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej, nie odbierał też telefonu. W efekcie kilkunastu ratowników ruszyło na jego poszukiwania. Koniec końców nic się nie stało – mężczyzna w trudnych warunkach zgubił szlak i zszedł z Tatr... na stronę słowacką. Po całym dniu poszukiwań turysta zadzwonił do rodziny z miejscowości Liptowski Mikulasz.

Ponownie – znowu nie było żadnych informacji świadczących o tym, że był źle przygotowany do podróży. "Nawet w święta nie mogą dać spokoju ratownikom" – napisał jeden z komentujących w sieci. Po bandzie pojechał jednak kolejny internauta. Zanim jeszcze 23-latek odnalazł się, napisał: "Przecież w maju będą roztopy… w końcu się znajdzie". Naprawdę.

Zgubił żonę – ta czekała na niego przy schronisku

Jedna z najdziwniejszych sytuacji tej zimy w Tatrach. Małżeństwo schodziło z Rysów do schroniska, kiedy zgodnie ze zgłoszeniem kobieta zaczęła się zsuwać i zniknęła z jego pola widzenia. Kobieta zniknęła, za to po drodze turysta znalazł czekan i rękawiczkę żony. Miał czekan – można więc podejrzewać, że para była przygotowana. Zresztą chyba nikt sobie nie wyobraża zdobycia Rysów w zimowych warunkach bez sprzętu.

Mężczyzna dotarł nad Czarny Staw. Ponieważ nie odnalazł żony, wreszcie wezwał pomoc. Pięcioosobowa grupa ratowników poszukiwała jej, kiedy ona sama… zadzwoniła ze schroniska. Dotarła do Morskiego oka i tam czekała na męża. Tak po prostu.

Ale przecież taka historia nie mogła się obyć bez dawki solidnego hejtu. Komentarze w stylu "mógł pojechać w góry bez żony" pomijamy z litości. Pokażemy za to inne. "To się w głowie nie mieści, jacy ludzie są debilni" – pisze jedna z internautek, choć w sumie nie wiadomo dlaczego tak miałoby być. "Na takie sytuacje jest tylko lekarstwo – przemianowanie TOPR na TPR i wystawianie rachunku za każdą akcję" – pisze kolejny internauta, choć nie daje odpowiedzi, co powinien zrobić mężczyzna, który znalazł na szlaku z Rysów sprzęt swojej żony. Ale żony już nie.

Chociaż ratownicy po cichu robią swoje
Naturalnie to tylko przykłady. Co ważne, takie komentarze znajdziemy we właściwie wszystkich mediach. Nie tylko we wspomnianym Tatromaniaku, ale i pod publikacjami "Tygodnika Podhalańskiego", "Gazety Krakowskiej" czy mediów ogólnopolskich. Krytyka jest dzisiaj wręcz naturalna, mało kogo mierzi komentowanie sytuacji w górach przez osoby np. z Pomorza.

I chociaż ratownicy spokojnie robią swoje. Oni najczęściej nie komentują zachowania osób, którym pomagają, nawet jeśli jest ono najbardziej absurdalne. Choć pewne różne rzeczy cisną im się na usta.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...