
Mimo wielkich oczekiwań, graniczących z pewnością, Krzysztof Szczerski nie zostanie wiceszefem NATO. Pokonał go przedstawiciel Rumunii, któremu pod względem doświadczenia prezydencki minister nie dorasta nawet do pięt. Ale nie tylko o to chodzi. Wydaje się, że Rumunii, którzy kiedyś patrzyli na Polskę jak na wzór, dziś na zachodnich salonach radzą sobie lepiej niż politycy PiS. Sami oceńcie, czy takie można mieć wrażenie.
"Przez całą moją karierę zawodową byłem adwokatem więzi transatlantyckich i integracji euroatlantyckiej Rumunii, więc jestem naprawdę zaszczycony jako pierwszy Rumun na tym stanowisku" – napisał Mircea Geoană na Twitterze.
– Od wielu miesięcy rumuńscy politycy i dyplomaci intensywnie lobbowali za jego kandydaturą. Rywalizacja zaczęła się już miesiące temu. W Rumunii trudna jest współpraca premiera i prezydenta. Ale zdołał uzyskać poparcie obojga z nich. A z tym podwójnym poparciem zyskał wsparcie wszystkich instytucji, które mogły pomóc w lobbowaniu: MSZ i Min. Obrony – opowiada naTemat Cristian Pirvulescu, znany rumuński politolog i komentator. Nie wyklucza, że porażka polskiego polityka miała związek z "nieliberalnym rządem w Warszawie, który miał wpływ na tę kandydaturę".
Był ambasadorem Rumunii w USA (1995-2000), ministrem spraw zagranicznych (2001-2004) i przewodniczącym Senatu (2008-2011). Za jego kadencji w MSZ, Rumunia weszła do NATO. Ponadto był liderem Partii Socjaldemokratycznej (2005-2010), angażował się w społeczeństwo obywatelskie, zakładając Aspen Institute Romania (2011-2019). Był bliskim przyjacielem USA. Rumunia zawsze była jednym z najbliższych przyjaciół USA w EU, razem z Polską i państwami bałtyckimi.
– Mogę tylko przypuszczać, że porażka polskiego kandydata ma związek z obecnymi relacjami polskiego rządu z państwami zachodnimi, głównie Francją i Niemcami. Ostatecznie kraje te postawiły prawdopodobnie na mniejsze złe, gdyż Rumunia jest mniej zaawansowana jeśli chodzi o proces sankcji za łamanie praworządności – analizuje George Tiugea.
Dziś, gdy rumuńskie nazwiska pojawiają się na arenie międzynarodowej, a polskie kojarzą się z porażką, można mieć wrażenie, że faktycznie nie jesteśmy w tej samej grupie.
Co ciekawe, w ostatnich wyborach do PE, w Rumunii był inny trend niż w Polsce, czy na Węgrzech. "Podczas gdy w Polsce i na Węgrzech partie populistyczne zgarnęły najwięcej głosów, w Rumunii ogromne poparcie zyskały partie proeuropejskie, a partia rządząca odnotowała znaczące straty" – pisał portal Open Democracy. Frekwencja tu też była rekordowa – 49 procent.
