
Nic się, szanowni Państwo, nie zgadza. Nic do niczego nie pasuje lub jest wyraźnie wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. Władza zaprzecza sama sobie. W czwartek mówi jedno, w piątek zupełnie co innego. Nie potrafi przekonująco wytłumaczyć się z podejmowanych decyzji. Nie wiemy, jaka jest strategia zarządzania epidemią. Zatem spróbujmy ją odtworzyć, bo przy okazji zorientujemy się, co PiS przed nami ukrywa.
Rząd zdecydował się na społeczną izolację nadzwyczaj wcześnie - przypomnijmy, że pierwszy chory został zdiagnozowany 4 marca, a już kilka dni później, 12 marca - kiedy mieliśmy 50 zarażonych i jedną ofiarę śmiertelną - zamknięto przedszkola, szkoły i uczelnie wyższe, przestały działać kina i teatry. Z każdym kolejnym dniem pojawiały się dodatkowe restrykcje - np. już 21 marca pogaszono światła w galeriach handlowych - wyprzedzaliśmy w obostrzeniach te kraje, w których epidemia pojawiła się wcześniej i zebrała większe żniwo. Zamknęliśmy się na samym początku zarazy.
Czytaj także: Poseł klubu PiS działania rządu ws. pandemii ocenia na tróję. "Żal mi, że straciliśmy tyle czasu"
Pytanie: dlaczego? Ano, po sześciu tygodniach narodowej kwarantanny, odpowiedź wydaje się być oczywista - PiS nie był w stanie zrobić niczego innego. Bo, po pierwsze: zignorował doniesienia polskiego wywiadu (z początku roku) dotyczące zbliżającego się zagrożenia i nie podjął żadnych działań. 25 stycznia Jan Bondar z Głównego Inspektoratu Sanitarnego uspokajał w radiowej Jedynce, że „Polsce wirus nie grozi”, a Jarosław Pinkas radził panikarzom, by wsadzili sobie lód w majtki.
Po drugie: PiS zdawał sobie sprawę, w jakim stanie jest polska służba zdrowia. I że nie udźwignie ona większej skali zachorowań, bo brakuje i sprzętu, i kadry. Po trzecie - władza wiedziała też, że polskie laboratoria nie mają takich mocy przerobowych, by testować Polaków na masową skalę. Oczywiście, Łukasz Szumowski głośno tego nie powiedział. Wręcz przeciwnie: jest propaganda sukcesu i zaprzeczanie faktom.
Szef resortu zdrowia chwali się, że możemy wykonywać 20 tysięcy testów dziennie (a skoro tak, to dlaczego w minionym tygodniu średnio testowaliśmy co dzień tylko nieco ponad 9 tysięcy osób?), z drugiej strony przekonywał - pod koniec marca - że nie można testować osób bezobjawowych, bo to „mogłyby zaszkodzić i wprowadzić chaos". Tymczasem, by skutecznie ograniczyć epidemię, trzeba też zidentyfikować, a zaraz potem odizolować chorych bezobjawowych z grupy ryzyka, żeby nie roznosili wirusa w społeczeństwie. WHO wyraziła się nadzwyczaj jasno: „testy, testy, testy”.
Tyle, że u nas najpierw testów było za mało, a gdy już ich dokupiono, to znać dały o sobie problemy strukturalne: niedobór diagnostów, od lat słabo opłacanych (zeszłej jesieni przez kilka tygodni strajkowali właśnie z tego powodu) i niezautomatyzowanie laboratoriów (zapóźnienia inwestycyjne skutkują tym, że pracuje się „na piechotę”).
Stąd Andrzej Sośnierz, lekarz, były prezes NFZ-u, teraz zaś poseł Porozumienia pyta retorycznie: „Co to za system, w którym na wynik testu trzeba czekać pięć dni?”. Szacuje też, że zarażonych musi być niemal cztery razy więcej niż stoi to w danych oficjalnych. Jest jeszcze czwarty powód szybkiego wprowadzenia izolacji: to wybory.
Przypuszczam, że władzy, podejmującej wiążące decyzje dotyczące walki z wirusem na równo dwa miesiące przed wyborami prezydenckimi, przyświecał jeden jedyny cel - by statystyki wyglądały jak najpiękniej, czyli były jak najniższe. Przy czym nie kryła się za tym wyłącznie troska o zdrowie i życie obywateli (bo ta sama władza jest gotowa je rzucić na szalę, byle tylko doprowadzić do reelekcji Andrzeja Dudy), ale potrzeba wizerunkowa - by na początku maja ogłosić sukces tej ekipy, czyli mniejszą niż w innych krajach liczbę chorych i ofiar śmiertelnych. To byłaby opowieść o tym, jak dzielny rząd obronił nas przed śmiercią. Zduszenie epidemii - choćby tylko na papierze - miało także zapewnić PiS możliwość przeprowadzenia wyborów.
A zatem: PiS zamknął nas w domach i zamroził gospodarkę szybciej niż inni, bo nie miał innego wyjścia. I teraz dochodzimy do clou sprawy. Gospodarka ledwo dyszy, jak zaraz nie ruszymy, to zbankrutujemy - indywidualnie i jako państwo. Robią to już Niemcy, Austriacy, Czesi. My też chcemy. Jest tylko jeden drobny szkopuł.
Niemiecki Instytut Kocha ogłosił, że epidemia wygasa - już od kilku dni jeden chory zaraża mniej niż jedną osobę, nie ma wzrostu wykładniczego. Niemcy są po szczycie zachorowań. Austriacy też - rekordową liczbę chorych mieli 26 marca. Czesi ogłosili, że wirus został opanowany dzięki testom (w tym dziesięciomilionowym kraju wykonano ich kilka tysięcy więcej niż w czterokrotnie ludniejszej Polsce). Tymczasem my wciąż jesteśmy przed szczytem. Minister Szumowski szacuje go na czerwiec! Nic tutaj nie zmieni opinia Andrzeja Dudy z poniedziałku o „gasnącej już pandemii”. Żal tylko, że głowa państwa mówi takie rzeczy, bo ma w tym osobisty interes polityczny.
To zaś oznacza, że zamknęliśmy się społecznie i gospodarczo przy kilkudziesięciu zarażonych, a otworzymy się przy dziesięciu tysiącach i więcej. To jak z tymi lasami. Zamknięto je 1 kwietnia, kiedy zarażonych było 2,5 tysiąca, a otwarto 20 kwietnia, kiedy liczba chorych przekroczyła 9 tysięcy. Festiwal nakazów i zakazów niewiele ma wspólnego z krzywą zachorowań. Minister zdrowia najpierw kpi z maseczek, a po kilku tygodniach zapowiada, że będziemy je nosić aż do wynalezienia szczepionki, czyli może przez lata (!); resort najpierw zakazuje rekreacji na świeżym powietrzu, po czym łaskawie pozwala biegać lub jeździć na rowerze, bo od tego zależy nasza kondycja psychiczna. Gdzie w tym wszystkim sens?
Proszę mnie źle nie zrozumieć - musimy wrócić do normalności i odmrozić biznes, bo inaczej z gospodarki zostanie „kamieni kupa”. Ale z powodu błędów i zaniechań PiS, ale też systemowej niewydolności naszego państwa, będzie to szło tak, jak zwykle - po partyzancku. Żadnej strategii nie ma, prócz tej na utrzymanie władzy Jarosława Kaczyńskiego nad Polską. W całej reszcie spraw rząd tak kraje, jak mu materii staje. A przy tym kręci, mataczy, manipuluje i maluje trawę na zielono.