Wizyty na czerwonym dywanie potrafią uzależnić
Wizyty na czerwonym dywanie potrafią uzależnić Music4mix / Shutterstock.com

Celebryci uwielbiają błyszczeć na czerwonym dywanie albo zachwycać z nowej okładki kolorowego czasopisma. Może jednak to nie zwykła próżność, ale wręcz potrzeba, niemal uzależnienie. O mechanizmach celebrytyzmu i różnicach między poszczególnymi typami gwiazd rozmawiamy z dr. Jackiem Santorskim.

REKLAMA
Jest coś takiego jak jeden typ zachowania typowy dla celebrytów?
Zdecydowanie nie. Tak jak nie ma jednego typu celebryty. Z grubsza rzecz biorąc są trzy typy. Pierwszy to "ludzie, którzy są kimś i pozwalają się fotografować". To osoby, które wnoszą coś wartościowego do życia publicznego, sztuki, biznesu, robią to konsekwentnie i mają w swojej dziedzinie zasługi. Są autorytetami, które przy okazji są też fotogeniczne i media je lubią. Do tej grupy zaliczyłbym Dalajlamę oraz na przykład panią profesor Alicję Chybicką. Można przywołać dziesiątki takich osób, od bardzo mało znanych po Jana Pawła II. Chociaż w przypadku papieża zastanawiałbym się nad drugą grupą.
Czyli?
To "ludzie, którzy są kimś i lubią być fotografowani". Mają osiągnięcia w dziedzinie, którą się zajmują, a jednocześnie są gotowe "współpracować" z mediami. Są sportowcy, którzy odnieśli sukcesy, ale wcale nie muszą być ciągle najlepsi. Jednak dzięki temu, że chętniej udzielają wywiadów czy występują w programach, są znacznie bardziej popularni niż niemedialni mistrzowie.
Dr Jacek Santorski
psycholog

Pierwszy to "ludzie, którzy są kimś i pozwalają się fotografować". To osoby, które wnoszą coś wartościowego do życia publicznego, sztuki, biznesu, robią to konsekwentnie i mają w swojej dziedzinie zasługi. Są autorytetami, które przy okazji są też fotogeniczne i media je lubią.

Wie pan, myślę, że i ja należę do tej grupy. Przecież w Polsce jest kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu psychologów, zarówno terapeutów, jaki i doradców biznesowych. Jednak jako pierwszy, ponad 20 lat temu, zacząłem popularyzować wiedzę o samopoznaniu w mediach. Wypowiadałem się dla różnych pism, telewizji. I choć w tabloidach można przeczytać o mnie z rzadka, najczęściej przy okazji jakichś potknięć, bo to przecież jest najciekawsze, to bardzo uważam, żeby nie przesiąść się do trzeciej grupy.
Czym się ona wyróżnia?
To "ludzie, którzy są nikim i bardzo lubią się fotografować", a my nazywamy ich "znani z tego, że są znani". Może dosłownie nie są nikim, ale rozbieżność, między tym kim są, a kim się wydają, jest potężna. Większość z nich ma jakieś talenty, ale zdobyli popularność dzięki zbiegowi okoliczności, udziału w programie typu "Big Brother", jednemu zdaniu, medialnemu produktowi, pokrewieństwie ze znanymi ludźmi, albo pieniądzom na PR. Gdybyśmy chcieli powyżywać się psychologicznie i mówić o narcyzmie, charakterze histeryczno-dramatycznym i uzależnieniu od stymulacji uwagi, to właśnie oni.
Celebryci grają przed kamerami, obiektywami, w wywiadach. Jakie jest niebezpieczeństwo, że zaczną grać też w domu, w normalnym życiu?
Tym z pierwszej grupy to właściwie nie grozi, bo oni całkowicie poświęcają się swojej misji, swojej aktywności. Tylko od czasu do czasu pojawiają się w mediach, żeby zdobyć nieco popularności dla swoich inicjatyw. Wbrew pozorom nie są tym zagrożeni również celebryci z trzeciej grupy. Oni są zwykle tak narcystyczni i tak dramatycznie potrzebują uwagi, że nawet w życiu prywatnym robią wszystko, by odgrywać "szczególną rolę". Są kapryśni lub despotyczni, próbują być gwiazdami nawet w kuchni i sypialni. Po prostu nie wiedzą co to jest prawdziwa intymność, troska, czułość.
Badania pokazują, że wygraną w totolotku najlepiej potrafią wykorzystać ludzie, którzy wcześniej mieli pieniądze - na przykład biznesmeni. Jeśli ktoś wcześniej nie miał kasy i nagle ją dostał, to najczęściej jego życie się sypie. Rzuca pracę, mówiąc szefowi że jest osłem, rozwodzi się z żoną a po jakimś czasie zostaje sam i bez pieniędzy, bo wszystko już wydał lub się w czymś zatracił.
Takie zagrożenia są w średniej grupie. Media bardzo szybko potrafią wyciągnąć spod nóg dywanik, który wcześniej ci rozwijały. Tak stało się w przypadku Krzysztofa Piesiewicza - człowieka wybitnego w kilku dziedzinach, który jednak wszedł w medialną rolę. Był zapraszany do komentowania różnych kwestii, także jako autorytet moralny. Z tym większą pasją niektórzy dziennikarze zaczęli w niego uderzać, gdy się raz potknął.
Myślę, że dziś Krzysztof Piesiewicz zastanowiłby się nad każdą wizytą w studiu telewizyjnym i nad każdym wywiadem dla gazety, wiedząc, że ostrzy im siekierę na siebie. Trzeba wiedzieć, że tabloidy oddychają tym, że naprzemiennie idealizują i dewaluują, wynoszą na piedestał i detronizują, tak jak osoba z zaburzeniami "borderline", jeśli dziś już mamy być przy klinicznych etykietach.
Dr Jacek Santorski
psycholog

Trzeba wiedzieć, że tabloidy oddychają tym, że naprzemiennie idealizują i dewaluują, wynoszą na piedestał i detronizują, tak jak osoba z zaburzeniami "borderline", jeśli dziś już mamy być przy klinicznych etykietach.

Celebrytyzm to nałóg?
Opowiem panu historię sprzed kilkunastu lat. Byłem akurat w budynku TVP przy Woronicza, gdzie zaproszono mnie do skomentowania jakiejś sprawy. Nagle na parking podjechały trzy limuzyny Biura Ochrony Rządu, na plac wysypała się gromada funkcjonariuszy. Z jednej limuzyn wyskoczył z gracją ówczesny premier Cimoszewicz i w mgnieniu oka zniknął w otoczeniu ochroniarzy w korytarzach budynku F. Pomyślałem sobie: "Boże, jakie to musi być wciągające".
I później z podziwem patrzyłem jak z dnia na dzień pan Cimoszewicz musiał się z tego wszystkiego wycofać. To musiała być naprawdę trudna sztuka - najpierw odnaleźć się na szczytach władzy, a później wypaść z tego kołowrotka i się z tym pogodzić. Nie wszystkim to się udaje i wtedy ex post możemy stwierdzić, że to było uzależnienie. Dywan, flesze, ekran - człowiek uzależnia się od dopaminy, która się wtedy wydziela. Celebrytyzm może być taką samą używką jak kokaina, alkohol czy sex.
Można wejść do kasyna wiedząc, że straci się tam tysiąc złotych, przegrać te pieniądze i dobrze się bawić. Ale kiedy wracamy tam raz za razem z zamiarem odegrania się za wszelką cenę, to już sygnał, że możemy być uzależnieni.
Potrzeba samoakceptacji jest zastępowana u celebrytów przez potrzebę bycia zaakceptowanym przez media, fanów?
U podłoża takich zachowań leży zwykle narcyzm - bardzo silna potrzeba bycia kimś szczególnym, zwrócenia uwagi na swoje sztuczne "ja". Sztuczne, bo udające inną, lepszą osobę niż w rzeczywistości. W głębi duszy takie osoby potrzebują potwierdzenia, że są kimś, bo czują się nikim.
[block position="indent"]30289][/block]
Poza tym ważnym czynnikiem jest charakter dramatyczny - uzależnienie od skupiania na sobie uwagi, a także głód wysokiego poziomu stymulacji. Jednak nie można stwierdzić, że tę osobę popchnął do konkretnych działań narcyzm, a tę charakter dramatyczny. Do takiego psychologicznego disco polo, gdzie zdalnie ocenia się, że ten ma takie zaburzenia, a ten takie, podchodzę z ekstremalną ostrożnością. Zresztą co by to dało, jeśli ustalimy że osoba x nie jest "narcyzem" lecz "histerycznym psychopatą"…
Oczekuje się od celebrytów, że będą upubliczniać swoje uczucia, przeżycia, przemyślenia. I do pewnego stopnia to robią. Jakie jest niebezpieczeństwo, że z czasem ta bariera prywatności zniknie?
Tu dużą rolę powinni odgrywać najbliżsi. To oni powinni pomóc taką granicę tworzyć, kalibrować i monitorować. Generalnie jest teraz tendencja, że pokazujemy coraz więcej, szczególnie w sieci, na Facebooku. Jednak mimo tego nasze zdrowie emocjonalne wymaga troski o taką barierę.
Wie pan, mam taki dar, że ludzie mnie słuchają. Podobno mam potencjał, aby mieć "wyznawców", stworzyć jakąś partię polityczną czy nawet sektę. I pewnie nie raz pojawiały się w moim świecie takie pokusy. Jednak mam żonę, rodzinę, współpracowników, przyjaciół, także byłą żonę, psychoterapeutkę, z której opiniami bardzo się liczę.
Oni wszyscy przypominają mi o tych granicach, które staram się jak najrzadziej przekraczać. Dlatego na przykład staram się dobierać ostrożnie tematy, na które się wypowiadam. Oczywiście istnieje pokusa, żeby zgodzić się, gdy dziennikarz dzwoni i prosi o komentarz ekspercki w sprawie, o której niewiele wiem. Coś pewnie bym powiedział, ale…
Dr Jacek Santorski
psycholog

niektórzy, szczególnie "znani z tego, że są znani", mają tak "naturalny" narcyzm, że grają celebrytów nawet w domu. Więc przed kamerami czy obiektywami aparatów zachowują się tak samo. Ten wymóg mediów im nie zaszkodzi, bo nie mogą stracić wartości, której i tak nie mają, czyli poczucia NAPRAWDĘ bycia kimś.

Często ludzie dają się wciągnąć mediom w swoją rozgrywkę?
Bardzo często. Tu przypomina mi się niedawna historia wspaniałej kobiety - Danuty Wałęsy. W czasie promocji swojej książki w pewnym momencie zaczęła opowiadać detale o swoim życiu domowym, szczególnie o swoim mężu. Uznałem, że przekroczyła tę właśnie granicę, dała się wciągnąć w medialny trans. Wtedy powiedziałem dziennikarzom, że przypomina to nieco zachowanie matki Magdy z Sosnowca, która w obliczu dramatu śmierci dziecka zaczęła prowadzić z prasą jakiś rodzaj tabloidalnej gry.
Oczywiście podniosło się oburzenie, że Santorski porównuje Danutę Wałęsę do matki Madzi z Sosnowca. Jednak nie dostałem tak mocno jak się spodziewałem, za to Danuta Wałęsa zmieniła nieco swoje zachowanie, zaczęła się wypowiadać ostrożniej. Cieszę się, że tak się stało. Być może nie miałem udziału w tej korekcie, najważniejsze jednak, że równowaga została przywrócona.
Generalnie gra z mediami to ciężkie zadanie.
Prowadzę firmę konsultingową z Dominiką Kulczyk-Lubomirską. Moja wspólniczka lubi jak media ją lubią. Jest jednocześnie intensywnie pracującą kobietą, która prowadzi dom, dwie fundacje, jako ekspert i sinolog jeździ do Chin, współpracuje ze mną, a dodatkowo pracuje jako menadżer w firmie ojca. Chciałaby czasami pozyskać szersze zainteresowanie mediów, szczególnie dla tego, co robi w fundacjach.
Jednak kolorowe gazety bardziej interesuje to, jaki projektant ją ubrał. Dają jej do zrozumienia: "zrobimy z panią wywiad, gdzie opowie pani o swoich pasjach, ale musi pani zdradzić jakiś smaczek z życia rodziny". Jednak Dominika z domu wyniosła przekonanie, że coś takiego jest niedopuszczalne. Ona czuje tę granicę prywatności, ale "traci" przez to medialnie. Z drugiej strony, zachowuje dzięki temu zdrowie emocjonalne i poczucie godności.
Kolorowe media oczekują, że wszyscy będą piękni i uśmiechnięci. Życie takie nie jest, więc celebryci często muszą zakładać maski. Jaki to koszt dla ich psychiki - udawanie kogoś, kim się nie jest?
Jak już wspomniałem, niektórzy, szczególnie "znani z tego, że są znani", mają tak "naturalny" narcyzm, że grają celebrytów nawet w domu. Więc przed kamerami czy obiektywami aparatów zachowują się tak samo. Ten wymóg mediów im nie zaszkodzi, bo nie mogą stracić wartości, której i tak nie mają, czyli poczucia NAPRAWDĘ bycia kimś.
dr Jacek Santorski - psycholog zdrowia, społeczny i biznesu, prowadzi z Dominiką Kulczyk-Lubomirską Grupę Firm Doradczych VALUES i Akademię Psychologii Przywództwa w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej.