Iwona Mularczyk, żona posła Arkadiusza Mularczyka, jest przewodniczacą Rady Miasta w Nowym Sączu.
Iwona Mularczyk, żona posła Arkadiusza Mularczyka, jest przewodniczacą Rady Miasta w Nowym Sączu. Fot. Artur BARBAROWSKI/East News

Sytuacja w mieście wydaje się absurdalna, kuriozalna i pełna niezwykłych zwrotów akcji. Według mieszkańców pokazuje, jak PiS, którego klub stracił większość w Radzie Miasta, trudno rozstać się z władzą. W klubie partii Kaczyńskiego słychać z kolei, że wszyscy bawią się jak dzieci w piaskownicy. – Jeden drugiemu robi na złość – twierdzi jeden z radnych. W centrum wydarzeń jest Iwona Mularczyk, żona posła PiS, przewodnicząca Rady Miasta.

REKLAMA

Obserwuj naTemat w Wiadomościach Google

  • Od miesięcy część radnych z Nowego Sącza próbuje odwołać z funkcji przewodniczącej Rady Miasta Iwonę Mularczyk, żonę posła Arkadiusza Mularczyka. Dlaczego?
  • Prezydent Nowego Sącza Ludomir Handzel skierował wniosek do wojewody małopolskiego o nadzór nad działaniami przewodniczącej Rady Miasta.
  • Do Nowego Sącza przyjechał też poseł KO Marek Sowa, by przeprowadzić kontrolę poselską w Biurze Rady Miasta Nowego Sącza.
  • – Co mam pani powiedzieć? Ludzie śmieją się z nas. Ubolewam nad tym, bo powaga Rady traci. Szanuję mieszkańców, a to wszystko wygląda niepoważnie – reaguje jeden z zastępców Iwony Mularczyk. Jej przeciwnicy mówią o bezkarnych działaniach.
  • PiS nie miał ostatnio dobrej passy w swoim dawnym bastionie. Najpierw w 2018 roku – po 12 latach rządów – stracił w Nowym Sączu swojego prezydenta. W dodatku tamte wybory przegrała Iwona Mularczyk, żona posła PiS, którą w kampanii wspierali prezydent Andrzej Duda, premier Mateusz Morawiecki, ówczesna wicepremier Beata Szydło, a także prezes PiS. "To prezes Kaczyński zaproponował moją kandydaturę" – sama przekazała taką wiadomość, gdy w mieście dziwiono się, że partia rządząca postawiła właśnie na nią, kandydatkę bez doświadczenia.

    Jej porażka przemieniła się jednak w pewien sukces, gdyż bardzo szybko Iwona Mularczyk została przewodniczącą Rady Miasta i jest nią do dziś.

    Tyle że dziś sytuacja jest inna niż cztery lata temu i większość radnych chce ją odwołać. Zarzuty? M.in. złe zarządzanie Radą Miasta, próby wchodzenia w buty prezydenta, ośmieszanie urzędu oraz - co ważne - brak większości PiS w RM.

    Jak pokazuje praktyka, odwołanie nie jest jednak proste, gdyż przez pół roku nawet nie udało się im poddać wniosku pod głosowanie.

    Radni grzmią, że przewodnicząca blokuje wniosek, działając bezprawnie, ona i jej zwolennicy – że działają zgodnie z prawem. Tak w Nowym Sączu od miesięcy rozgrywa się polityczna wojna, jakiej pewnie dawno w żadnym innym mieście nie było.

    – Sytuacja jest absurdalna. Przypomina cyrk Monty Pythona. Mamy osobę, która nie poddaje pod głosowanie wniosków o własne odwołanie. Zachowuje się jak w komedii Barei. "Nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobi?". Sesje rady od dwóch lat są zdalne. Nie ma praktycznie żadnych przypadków covidu w mieście, ale zasłaniając się covidem, jedna osoba autorytarnie decyduje, kiedy będzie procedowany wniosek o jej odwołanie, odkładany tak naprawdę na święte nigdy. Mamy w naszej radzie krzyż pański – reaguje w rozmowie z naTemat Maciej Prostko, radny, przewodniczący klubu Koalicji Nowosądeckiej.

    O co dokładnie chodzi?

    Można powiedzieć – oto Polska w pigułce. Zwłaszcza, gdy do samorządu wkrada się duża polityka. A tu w samym centrum wydarzeń mamy jeszcze żonę ważnego posła PiS. Gdyby Iwona Mularczyk została odwołana, dla PiS z pewnością byłby to niemały wizerunkowy cios.

    Chcą odwołania Iwony Mularczyk

    Część radnych chciała jej odwołania już w październiku 2021 roku, ale – jak donosiły lokalne media – przewodnicząca nie dopuściła do głosowania, "twierdząc, że do odwołania jej ze stanowiska może dojść tylko podczas sesji stacjonarnej", w tajnym głosowaniu. Ostatnio sprawa nabrała jednak większego rozgłosu, gdy prezydent Ludomir Handzel skierował wniosek do wojewody małopolskiego o nadzór nad działaniami przewodniczącej Rady Miasta.

    Prezydent mówił o złamaniu przez nią prawa, gdy w reakcji na jego wniosek o zwołanie sesji nadzwyczajnej rady, ona zwołała sesję hybrydową (którą ostatecznie część radnych zbojkotowała).

    – Od prawników otrzymaliśmy jednoznaczną opinię, że przewodnicząca rady miasta złamała przepisy dotyczące funkcjonowania tej rady i jest to już kolejne złamanie prawa przez prezydium – powiedział Handzel.

    Do Nowego Sącza przyjechał też poseł KO Marek Sowa, by przeprowadzić kontrolę poselską w Biurze Rady Miasta Nowego Sącza i także zarzucił Iwonie Mularczyk łamanie prawa. – Refleksja po tej kontroli jest bardzo smutna. Wydaje się, że w Nowym Sączu mamy do czynienia ze strategią "raz zdobytej władzy już nigdy nie oddamy" – powiedział.

    Wcześniej radni domagający się odejścia Mularczyk złożyli zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przez nią przestępstwa. Ona z kolei złożyła do prokuratury sprawę uchwały, którą oni przyjęli w lutym.

    Mówiąc w dużym skrócie – w Nowym Sączu cały czas widać dwa obozy, jak z czasów kampanii wyborczej: zwolennicy Handzla kontra zwolennicy Mularczyk. O ich działaniach w ostatnich latach dużo można by mówić. Również dziś żadna ze stron najwyraźniej nie zamierza ustąpić.

    Tylko po co w ogóle im ta wojna, o której coraz głośniej robi się w Polsce?

    – Ja nie chcę takiej wojny. Co mam pani powiedzieć? Ludzie śmieją się z nas. Ubolewam nad tym, bo powaga rady traci. Szanuję mieszkańców, a to wszystko wygląda niepoważnie. Niestety, nie jesteśmy w stanie uciec od upolitycznienia Rady Miasta. Nie unikniemy personalnych ataków. Jeden drugiemu pokazuje, jak zrobić mu na złość – reaguje w rozmowie z naTemat Artur Czernecki, wiceprzewodniczący Rady Miasta, jeden z dwóch wiceszefów RM z ramienia klubu PiS.

    Jego zdaniem fakt, iż przewodnicząca jest żoną posła Arkadiusza Mularczyka, ma tu znaczenie. – Ależ oczywiście, że tak. Wiadomo, że posła Arkadiusza Mularczyka nie wszyscy kochają. Rykoszetem dostaje przez żonę, a żona przez niego. Samorząd nie powinien być utożsamiany z jakimkolwiek szyldem, ale jeśli rada jest upolityczniona, jest PiS, KO, i Sojusz dla Nowego Sącza, czyli dawne Porozumienie, to ma znaczenie. Partia Jarosława Gowina została usunięta z rządu, więc i u nas w radzie zrobiło się niesmacznie – przyznaje.

    Dodaje, że jest mu wstyd na to, co się dzieje. – Zachowują się jak dzieci w piaskownicy, to trochę dziecinada. Jeden drugiemu robi na złość. Jestem zniesmaczony. Według mnie to jest grillowanie PiS – tak uważa.

    Z przewodniczącą nie udało nam się porozmawiać. Jej przeciwnicy mają jednak swoje argumenty i od miesięcy są w tej sprawie nieugięci.

    – Fatalnie jej postawa jest odbierana przez społeczeństwo. Ja się dziwię PiS, że nie przymuszają jej do wycofania się, bo to kompromituje PiS na terenie miasta. Złożyliśmy wniosek do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa poprzez niewłaściwe wykonywanie swoich obowiązków i uprawnień. Powołaliśmy się na wiele przykładów. Wniosek o odwołanie jest cały czas aktualny, leży w Biurze Rady. Do tego doszedł wniosek o odwołanie wiceprzewodniczącego. Czekamy – mówi naTemat Leszek Zegzda, przewodniczący klubu radnych PO.

    – To nie chodzi tylko o to, że w Nowym Sączu mamy ten problem, to kwestia podejścia do demokracji. To wszystko stoi na głowie, to droga ku lokalnemu autokratyzmowi, nie do przyjęcia – dodaje.

    Dlaczego chcą odwołać Mularczyk

    Gdy cztery lata temu Iwona Mularczyk stanęła na czele Rady Miasta, klub PiS miał w niej większość. Dziś jej nie ma. Lokalni politycy wskazują, że jeszcze niedawno rozkład sił był 12:11 dla PiS, a wcześniej klub PiS miał jeszcze większe wsparcie. – Teraz jest 14:9 na korzyść tych, którzy chcą odwołać panią przewodniczącą. Zdecydowana większość radnych tego chce – mówi Leszek Zegzda.

    Dlaczego? – Bo jest słabą przewodniczącą. A poza tym zasady demokracji są takie, że jak traci się większość w radzie miasta, a pani Iwona Mularczyk ją straciła, to radni mają prawo wybrać sobie takiego przewodniczącego, jakiego uważają za stosowne – odpowiada.

    Próby trwają od końca ubiegłego roku i nic się nie zmienia. Według radnych przewodnicząca boi się odwołania.

    – Cel jest oczywisty nie tylko dla mnie, dla rady, ale także dla mieszkańców Nowego Sącza - to jest przyspawanie się do stołka pani przewodniczącej – tak ostatnio określił tę wojnę prezydent Ludomir Handzel.

    – Dla mnie to nie jest przyspawanie się, to jest zrośnięcie się. Sądzę, że nawet koledzy z PiS nie są w stanie tego zrozumieć, bo to jest niepojęte. Moim zdaniem to jest działanie na szkodę PiS-u, bo to ośmiesza partię, trywializuje, sprowadza sprawę do sporu o stołek, a nie do poważnej dyskusji o sprawach merytorycznych – komentuje w rozmowie z naTemat dr Krzysztof Głuc, kiedyś radny klubu PiS-Wybieram Nowy Sącz, dziś członek innego klubu. Jak kilku innych odszedł z klubu i otwarcie domaga się odwołania Iwony Mularczyk.

    – Pani Iwona Mularczyk w jakimś sensie teraz uzurpuje sobie większość. Klub PiS-u stracił większość w Radzie Miasta i w żaden sposób nie chce się z tym pogodzić. Nie może przyjąć do świadomości, że istotą demokracji jest to, że władzę sprawuje większość z poszanowaniem praw mniejszości. Dziś większość w Radzie Miasta mówi: "Prosimy, odejdź, chcemy cię odwołać, taka jest nasza wola". Teraz powinno być odwołane prezydium i powołane nowe, takie, w którym każdy członek będzie z innego klubu, a nie jak teraz, gdy wszyscy są z PiS – dodaje.

    W klubie PiS widzą to inaczej. – Nikt nie ma większości w Radzie Miasta. Powstały cztery kluby i żaden nie ma większości. Porozumienia partnerskie ma tylko Koalicja Sądecka i Obywatelska, inne nie. A ostatnio z częścią klubu Sojuszu czy KO głosowaliśmy wspólnie ws. spalarni – reaguje Artur Czernecki.

    Twierdzi, że PiS ma w mieście 46 proc. poparcia, a KO 23 proc. i cała ta burza nie ma wpływu na nastroje wyborcze. Zauważa też, że ani poseł Mularczyk, ani inni parlamentarzyści nie zabierali w tej sprawie głosu. 

    Zdalne sesje Rady Miasta

    W lokalnych mediach dużo można jednak przeczytać o tym, jak w Nowym Sączu wciąż zwoływane są zdalne sesje rady miasta, co według przeciwników Mularczyk ma uniemożliwiać głosowanie nad wnioskiem o jej odwołanie.

    – Pani przewodnicząca pod pozorem szalejącej pandemii nie zwołuje sesji stacjonarnych. Dlaczego? Bo gdyby to zrobiła, wtedy musiałaby pozwolić na głosowanie o odwołanie prezydium – mówi Krzysztof Głuc.

    W okolicy, jak słyszymy, wszędzie odbywają się już sesje stacjonarne. Tylko Nowy Sącz wydaje się najbardziej zagrożonym pandemią miastem na świecie. "Nowy Sącz jest ostatnim samorządem w powiecie, który nadal obraduje w trybie zdalnym" – pisał w lutym portal Nowy Sącz Nasze Miasto.

    – Wszystkie znane mi samorządy w Małopolsce obradują stacjonarnie. Wychodząc naprzeciw obawom pani przewodniczącej dokonaliśmy zmiany w statucie, która pozwala na przeprowadzanie głosowań tajnych również w sytuacji sesji zdalnych. Pani przewodnicząca zaskarżyła to do wojewody, ale nadzór wojewody stwierdził, że zmiana jest w porządku. Pani przewodnicząca stwierdziła jednak, że się nie zgadza – relacjonuje Krzysztof Głuc.

    Radni opowiadają też, że od grudnia w Radzie Miasta odbywają się wyłącznie sesje nadzwyczajne.

    – Dlaczego? Bo jeśli zwoła je grupa radnych to żeby móc poszerzyć porządek obrad o jakikolwiek punkt, samo głosowanie nie wystarczy. Muszą się na to zgodzić inicjatorzy. Dlatego grupa radnych chce zwołać sesję, żeby nie zgodzić się na to, aby poszerzyć porządek obrad o odwołanie przewodniczącej – mówi Krzysztof Głuc.

    Przypomina, że prezydent też sam złożył wniosek o sesję nadzwyczajną. – Na wieść o tym grupa radnych PiS następnego dnia złożyła swój wniosek i przejęła punkty prezydenta wpisując jako swoje, a pani przewodnicząca ogłosiła sesję na wniosek grupy radnych. Łamie tym samym ustawę o samorządzie gminnym w art. 20 ust. 3, ogranicza możliwość inicjatywy prezydenta i zabiera mu kompetencje – uważa.

    W klubie PiS ostro odpierają te zarzuty.

    Tak reagują w PiS

    Artur Czernecki podkreśla, że jedna i druga strona wykorzystuje luki prawne. 

    – Przykład idzie z góry. Marszałek Senatu Grodzki wykorzystuje swoje prawa i możliwości. Tak samo pani przewodnicząca wykorzystuje luki prawne, które pozwalają jej tak zwoływać sesje. Tu nie dochodzi do żadnego łamania prawa. Pani przewodnicząca wykorzystuje prawo, a prawo dopuszcza takie obrady. Większości radnym to pasuje, co może potwierdzić fakt, iż ci, co dopominają się o sesje stacjonarne sami, zwołują komisje zdalnie, jak widać w tym przypadku, chodzi tylko o zmianę przewodniczącego. To jest tylko bicie piany dla piany. To ataki polityczne KO na PiS. To jest niesmaczne, bo samorząd powinien być ponad tym wszystkim – twierdzi.

    W rozmowie z PAP Iwona Mularczyk sama powiedziała, że jej działania "mieszczą się w granicach prawa, ponieważ możliwość zwoływania sesji w trybie zdalnym nadal obowiązuje".

    "Nie jesteśmy jedynym samorządem w Polsce, który prowadzi obrady w ten sposób. W trybie zdalnym również działają niektóre komisje w Nowym Sączu, a przepisy prawa dają takie możliwości" – stwierdziła.

    W lutym mówiła też lokalnym mediom:

    Sesje odbywają się zdalnie, bo mamy rozporządzenie, które zezwala nam na to, aby w takim trybie się odbywały. Jeśli zostanie ono zniesione i nie będzie stanu epidemii, ani zagrożenia, jak najbardziej przejdziemy do sesji stacjonarnych.

    Iwona Mularczyk

    przewodnicząca Rady Miasta Nowy Sącz

    Stwierdziła też, że radni KO i Koalicji Nowosądeckiej często uczestniczą w sesji z ratusza. "To dowód na to, że osoby, które chcą, mają taką możliwość" – powiedziała. Przyznała, że Koalicja Nowosądecka ma większość.

    "Domyślam się, że chcieliby zmiany prezydium. Mam wrażenie, że tylko o to chodzi, bo rada pracuje bez zastrzeżeń. Jeśli zostanie zniesione rozporządzenie, to się do niego dostosuję. Wtedy radni wybiorą członków prezydium między KO, a KN i oczywiście się nad tym pochylę" – zapowiedziała.

    Co zarzucają Mularczyk

    Ale jej przeciwnikom nie chodzi tylko o sesje. Pod adresem przewodniczącej mają więcej zarzutów.

    – Proszę mi wierzyć, prezydium nigdy nie spotyka się z przewodniczącymi klubów. Nie spotyka się z prezydentem. Tu doszło do wykoślawienia tego, co jest istotą demokracji lokalnej. To jest kompletne niezrozumienia tego, czym powinna być gmina, miasto, jak powinno się sprawować rządy. Problem polegał na absolutnej negacji pozycji prezydenta. W mojej ocenie pani Iwona Mularczyk wielokrotnie chciała wchodzić w buty prezydenta – uważa Krzysztof Głuc.

    – Od początku jest absolutnie lekceważące podejście do kwestii prawnych, czyli do statutu miasta i ustawy o samorządzie. Na przykład nie poddaje się pod głosowanie wniosków formalnych prawidłowo złożonych. Albo ogłaszano w dowolnym momencie przerwanie sesji na dowolny okres czasu, np. na dwa tygodnie, nikogo nie pytając o zdanie. Były takie sytuacje, że jedna sesja trwała dwa miesiące. Prawidłowo każdy taki wniosek o przerwę powinien być poddany pod głosowanie Rady Miasta – wymienia Leszek Zegzda.

    Twierdzi, że gdy PiS miał przewagę, był "w postawie destrukcyjnej" w stosunku do prezydenta miasta. – Wszystko, co proponował prezydent, było złe. Nawet ukułem powiedzenie, że u nas uprawia się wielką politykę w małej gminie. Mieliśmy już serdecznie dość takiego autokratycznego sposobu funkcjonowania i prowadzenia Rady Miasta. Wewnątrz klubu też mieli dość, też byli umęczeni tym brakiem wewnętrznej dyskusji. Tak było prawie dwa lata – mówi.

    Jak PiS stracił większość

    Wszystko – jak słyszymy – zaczęło się zmieniać, gdy latem ubiegłego roku zaczęła się sypać większość PiS. Krzysztof Głuc był tym radnym, przez którego to się stało. Był związany z Porozumieniem Jarosława Gowina i gdy w sierpniu 2021 roku Gowin został wyrzucony z rządu, postanowił odejść.

    – Odszedłem z powodów zewnętrznych i wewnętrznych. Moje wielokrotne próby nawoływania do rozsądku i do zachowania umiaru, powściągliwości w swych radykalnych pomysłach ze strony klubu PiS nie znajdowały pozytywnej reakcji. Było tak, że czasem głosowałem inaczej, bo nie zgadzałem się z tym, jaką politykę chciał prowadzić klub PiS – mówi.

    Wcześniej był wiceprzewodniczącym Rady, ale odszedł sam już w 2020 roku. – Odszedłem na znak protestu przeciwko temu, w jaki sposób prezydium prowadzi obrady, w jaki sposób organizowana jest praca Rady i niesłuchani są wszyscy radni. Odszedłem z prezydium, pozostałem członkiem klubu, ale w pewnym momencie przebrała się miarka – opowiada.

    Razem z dwoma innymi radnymi utworzył niezależny klub Sojusz dla Nowego Sącza. Przewodniczącym został Maciej Rogóż, którego w listopadzie 2021 roku PiS sam usunął ze swoich szeregów.

    – Zostałem zawieszony w prawach członka klubu przez sms, podczas trwającej jeszcze sesji Rady Miasta. Nikt się ze mną nie skontaktował, nie postawiono mi żadnych zarzutów, nie złamałem dyscypliny klubowej. Nikt nie powiedział mi nic, za co jestem zawieszony. A trzy miesiące później dostałem maila o wyrzuceniu z klubu. Jestem jednym z pięciu radnych, którzy zostali wyrzuceni z klubu bądź sami odeszli. Z 14 radnych zostało 9 w klubie PiS. To pokazuje słabe zarządzanie – opowiada.

    Co myśli o Iwonie Mularczyk? – Jako osobę szanuję ją, natomiast kompletnie nie zgadzam się z jej retoryką. Sesje rady są prowadzone w sposób nienależyty, mieszkańcy komentują to negatywnie. Większość radnych od pół roku stara się ją odwołać, ale od pół roku nie poddaje wniosku pod głosowanie. Nie zwołuje sesji w formie stacjonarnej, być może prawdopodobnie boi się odwołania. Nie chcą odpuścić. Dla mnie to niewyobrażalne, bo jeżeli mnie większość chciałaby odwołać, to ja bym złożył rezygnację sam – komentuje.

    Widać, że jest dziwna nuta rywalizacji. Prezydent złożył wniosek o zwołanie sesji nadzwyczajnej. To jest śmieszne. Dla mnie to jest niewyobrażalne, że prezydent, który został wybrany w demokratycznych wyborach składa wnosek o zwołanie sesji nadzwyczajnej, a Pani Mularczyk poprzez swoje decyzje prawdopodobnie łamie statut miasta Nowego Sącza. 

    Maciej Rogóż

    przewodniczący Sojusz dla Nowego Sącza

    Rywalizację faktycznie widać w Nowym Sączu na każdym kroku. Ale czy będzie głosowanie nad wnioskiem o odwołanie przewodniczącej?

    – Tak, będzie. Gdyby nie bojkot ostatniej sesji przez większość radnych, być może byłoby szybciej. Ten bojkot był niesmaczny. Miasto poniosło koszty w związku ze zwołaniem sesji. To są m.in. dyrektorzy wydziałów,  radcy prawni, informatycy, pracownicy biura rady. Ja 40 minut jechałem do ratusza tylko dlatego, żeby usłyszeć, że sesji nie będzie. To również są koszty – mówi Artur Czernecki.

    I na razie końca tego sporu nie widać.

    Czytaj także: