
Wojciech Maziarski nie zgadza się z Dominiką Wielowieyską, która zadeklarowała, że wszystko jej jedno, gdzie jest wrak tupolewa. Publicysta w swoim komentarzu na łamach "Gazety Wyborczej" przekonuje, że samolot powinien być przetopiony na żyletki, tak jak się to robi ze złomem. Jeśli to niemożliwe powinno się zrobić wszystko, by wrak był jak najdalej od Krakowskiego Przedmieścia. Dziennikarz proponuje Władywostok, Bangkok lub Sydney.
Nie bądźmy naiwni - w tym całym zgiełku na temat nieobecności tupolewa w Warszawie nie o badanie faktów chodzi, lecz o sprowadzenie relikwii. Przywódcy sekty smoleńskiej potrzebują jej, by grać na emocjach wiernych i mobilizować ich do walki z niewiernymi. Natomiast oponenci Kaczyńskiego dali się złapać w pułapkę i potulnie powtarzają to, co głosi zakon badaczy wraku świętego. CZYTAJ WIĘCEJ
Publicysta ocenia, że wrak Tupolewa stałby się nowym miejscem kultu i zastąpiłby krzyż. Przez to miałby ważną funkcję w drodze po władzę. Ironizuje, że tupolewa powinno się przetopić na pomnik, który stanie przez Pałacem Prezydenckim. Dziennikarz deklaruje, że jest otwarty na inne pomysły, a autorzy najlepszych zostaną nagrodzeni stanowiskami w rządzie profesora Piotra Glińskiego.

