
Za promowanie dzieci dostaje się politykom, aktorom, muzykom, pisarzom, dziennikarzom. Z wyrzutem patrzy się często również na dzieci, które idą w ślady rodziców prawników czy lekarzy. Ewentualne sukcesy "promowane dzieci" zawdzięczają przecież rodzicom. Znani rodzice tak naprawdę nie robią przecież nic innego niż każda inna matka czy ojciec. Pomagają i wspierają. Na tyle, na ile mogą.
Rafał Królikowski pokazał na premierze synów, Ewa Kasprzyk promuje swoją córkę, Katarzyna Kolenda-Zaleska zabiera córkę na wybrane bankiety. Maciej Dowbor pracuje w telewizji dlatego, że pomogła mu matka – Katarzyna, Rafał Olbrychski jest aktorem, bo ma znanego ojca aktora, a Janusz Głowacki pokazuje się na salonach z córką Zuzanną, żeby wypromować jej książkę (tymczasem niektórzy politycy mają problemy ze swoimi dziećmi jak np. z Jarosławem Wałęsą ma problem jego ojciec Lech). Promuje swoje dziecko
Aktor Rafał Królikowski zarzuty, że zabieranie synów na premierę i pozowanie z nimi do zdjęć jest promowaniem, uważa za niepoważne. – Nie promuję swoich dzieci. Jeśli zabieram je na premierę filmu dla dzieci czy spektakl, to zachowuję się przecież jak normalny rodzic. A jeśli są tam fotoreporterzy to przecież nie będę gburem i bucem i nie mogę się odwracać za każdym razem na pięcie – mówi w rozmowie z naTemat Rafał Królikowski.

– Nie staram się pchać dzieci na siłę w ten świat show biznesu. Ale nie byłoby uczciwe trzymanie ich w klatce przed światem, do którego ich rówieśnicy mają normalny dostęp – podkreśla.
Podobnie zresztą uważa jego koleżanka po fachu – aktorka Ewa Kasprzyk, którą niektóre portale okrzyknęły nawet menedżerką córki, kiedy podczas konferencji "Karuzeli Cooltury" zapraszała na jej koncert. Córka Ewy Kasprzyk wzięła udział w jednej z edycji "Must Be The Music", a później wydała płytę. – Ja córce specjalnie nie pomagałam. W żadnym wypadku nie byłam jej menedżerką. Mają swojego człowieka od PR – zaznacza Ewa Kasprzyk. Aktorka podkreśla, że wspierała swoje dziecko jak zwyczajna matka. – Jak zobaczyłam jej pierwszy występ to oczywiście bardzo go przeżywałam. Fajnie jest zobaczyć swoje dziecko na estradzie. Tym bardziej jeśli to dziecko ma naprawdę dobry głos – przyznaje.
prof. Krzysztof Wielecki
socjolog i pedagog
Córka Ewy Kasprzyk nie chciała korzystać z pomocy mamy. Z tego też powodu występuje pod innym nazwiskiem – Małgorzata Bernatowicz. – Córka nie chciała się podpierać znaną matką – wyjaśnia.
Aktorka podkreśla jednak, że córka po wydaniu płyty zrozumiała, że nawet znani rodzice są podporą. – Wspieram córkę psychicznie i finansowo. Jak przy nagrywaniu płyty zabrakło pieniędzy na wynagrodzenie dla muzyków, pomogłam. Jak miałabym tego nie zrobić? Zrobiłby tak każdy rodzic. Póki co dopłacamy do tego interesu, ale mamy niewymierną – duchowną korzyść – śmieje się aktorka i podkreśla, że obserwując wysiłki córki ma jeden wniosek – na polskim rynku muzycznym jest się strasznie ciężko przebić.
Piętno znanego nazwiska
Ewa Kasprzyk zwraca uwagę na jeszcze jeden problem. – Jeśli będę stała za córką, zawsze może pojawić się zarzut, że zawdzięcza coś mi, a nie talentowi. Jak zadzwonię do kogoś z prośbą, żeby przesłuchał płytę, to działa to w dwie strony: "A, to Twoja córka" i ktoś posłucha płytę albo "Aaa... to Twoja córka" i rzuci słuchawką – zauważa.
Z tego powodu aktorka, zresztą na prośbę córki nie pomaga jej w "medialny sposób". Małgorzata chce sama kierować swoją pracą. – Odpuściłam, gdy córka prosiła, żebym się wycofała. Każdy pracowity i ambitny człowiek chce pracować na swoje nazwisko. Nie chce zawdzięczać czegoś komuś i nie chce, żeby ktoś mu zarzucił, że osiągnął sukces, bo pomógł mu rodzic – zaznacza i dodaje: – Prawda jest taka, że dzieci cierpią na nazwiska znanych rodziców. Oczekuje się od nich więcej, bo przecież znane nazwisko zobowiązuje, a jak już coś osiągną, to słyszą, że zawdzięczają to rodzicom.
dr Aleksandra Piotrowska
psycholog dziecięcy
Zgadza się z tym socjolog i pedagog prof. Krzysztof Wielecki. – Znane nazwisko czasem pomaga, a czasem przeszkadza. Dzieci rodziców ze środowiska polityki, mediów i sztuki bardzo często dostają po karku. Nie za to, co robią, ale za rodziców. Ci, którzy zazdroszczą życia dzieciom znanych rodziców mogą być pewni, że jest z tego tyle samo przyjemności, co przykrości – podkreśla.
Złość społeczna a prawo rodzica
Psycholog dziecięcy, dr Aleksandra Piotrowska zwraca uwagę, że na miejscu "rodziców celebrytów" powstrzymałaby się od promowania i zbytniego pomaganiu dziecku.

W przyszłości ewentualny sukces może być odbierany jako to ten, w którym większy udział miał rodzic, nie dziecko. – To paradoksalnie podcinanie dziecku skrzydeł. Może później nie wyzbyć się myśli, na ile zawdzięcza coś sobie, a na ile promowaniu rodziców – zaznacza.
Prof. Krzysztof Wielecki uważa, że "promowanie" dzieci przez znanych rodziców drażni nas, bo pokazuje różnice społeczne. – Społeczeństwo oczekuje tzw. porządku merytokratycznego, chcą żeby sukcesy osiągano na poziomie kwalifikacji – podkreśla prof. Krzysztof Wielecki, socjolog i pedagog.
Zdaniem Rafała Królikowskiego takie krzywdzące zarzuty o promowanie dzieci biorą się z "głupoty i frustracji". Jest w tym sporo racji. – Niestety kieruje nami zawiść. To dominujące uczucie. Nie chodzi tu o wątek sprawiedliwości. Zazdrościmy, że ktoś może załatwić czy pomóc swojemu dziecku bardziej niż my – twierdzi dr Aleksandra Piotrowska.
Promocja na siłę
Postawa pomagająca swoim dzieciom jest przecież naturalna dla rodziców. W przypadku znanych rodziców drażni nas nie tylko fakt, że mają większe możliwości promowania dzieci, ale że robią to nawet jeśli dziecko nie ma talentu. – Pomaganie dzieciom jest czymś dobrym, jeśli uwzględnia realia i umiejętności dziecka. Jest przecież różnica między pomocą, a nepotyzmem – zauważa dr Aleksandra Piotrowska.
Jej zdaniem o nepotyzmie możemy mówić, kiedy dziecko jest na siłę "formowane" do jakiegoś zawodu, nawet jeśli nie ma do tego talentu. – To troszkę co innego, kiedy swoje dziecko w pracy promuje piekarz, a co innego jak aktor czy dziennikarz. W tym drugim przypadku patrzę na to trochę w kategoriach niesprawiedliwości społecznej. Ci rodzice mają zupełnie inny dostęp do środków promocji. Chociażby przez media – dodaje dr Piotrowska.
Są jednak zawody, w których taka kontynuacja jest nawet pożądana. – To np. zawód prawnika, rzemieślnika, artysty. Jak ktoś urodził się w domu, w którym od dziecka słuchał rozmów o prawie, albo w którym brało się udział w wydarzeniach kulturalnych, rozmawiało się o sztuce, to automatycznie taka osoba wie na ten temat więcej i w sposób naturalny się tym interesuje – wyjaśnia prof. Wielecki. Często zarzuca się też lekarzom, że ciągną swoje dzieci za sobą, ale to przecież taka sama sytuacja. – Od dziecka słuchały o medycznych przypadkach, bywały w szpitalu u rodziców, więc ten "świat" był dla nich znajomy – dodaje socjolog.
dr Aleksandra Piotrowska
psycholog dziecięcy
Również prof. Wielecki podkreśla, że taka droga zawodowa jest normalna, jeśli nie idzie w sprzeczności z możliwościami i zdolnościami dziecka. – Jeśli największym atutem takiego lekarza jest to, że jego rodzice są lekarzami to jest to oczywiście bardzo szkodliwe i niesprawiedliwe – podsumowuje.
