Dlaczego rodzinne rozmowy przy stole tak często kończą się awanturą?
Dlaczego rodzinne rozmowy przy stole tak często kończą się awanturą? Fot. Shutterstock

Piękny stół, pachnąca choinka, pyszne jedzenie i cała rodzina w komplecie. Wszystko wygląda pięknie, a mimo to każdy odczuwa lekki niepokój – już czas zasiąść do stołu. Zaczyna się rozmowa, drobne uszczypliwości wujka, zaczepki taty, narzekania babci, pokrzykiwania dzieci, temat szkoły, pracy, pieniędzy, zachowania młodych, kryzysu, aż wreszcie polityka. Zaczepki zmieniają się w zarzuty, lekko unisiony ton w pokrzywikwania, ktoś uspokajająco kopie innych pod stołem, ktoś syczy uciszająco, ktoś apeluje o rozsądek, ale jest już za późno. Wybucha wielka awantura. Jak co roku...

REKLAMA
Schemat jak co roku. Zakończenie też. Ktoś walnie pięścią, ktoś wstanie od stołu, mama jest znowu smutna, babcia obwiania wszystkich dookoła, a dzieci uciekają do pokoju. Każdy swojego. Nie ma to jak rodzinne święta. Prawie wszyscy na nie czekają, wszyscy się na myśl o nich cieszą, obiecują sobie, że w tym roku będzie inaczej, że nie będą się kłócić, ale jak na złość kończy się tak samo – awanturą. Mimo że wszyscy mieli dobre intencje.
Czy straciliśmy już umiejętność rozmowy? Nie potrafimy spokojnie dyskutować, wysłuchać racji i poglądów drugiej strony? O grzeczności językowej i sposobie na udaną rozmowę przy stole rozmawiamy z dr. Bartoszem Hordeckim z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa w Uniwersytecie A. Mickiewicza w Poznaniu, specjalizującym się w retoryce i erystyce w polityce oraz komunikowaniu masowym.
Dlaczego rodzinne rozmowy przy stole tak często kończą się awanturą?
dr Bartosz Hordecki: Nie jestem pewien, czy rzeczywiście zdarza się to "tak często". Przyczyny awantur przy stole nie są jakieś specyficzne. Rozmowa jest rozmową, dyskusja dyskusją i niezależnie od tego, czy toczymy ją w sferze publicznej czy prywatnej, możemy podchodzić do niej uczciwie lub nie. Pierwszy przypadek oznacza spór, nazwijmy go "dla prawdy", w którym strony szanują się i są względem siebie szczere. W takiej sytuacji mamy wielką szansę na rozmowę intrygującą, głęboką, bez wywierania presji, w której ludzie chcą się poznawać i wzajemnie od siebie uczyć.
Tego typu dyskusje bardzo, bardzo rzadko kończą się wybuchem agresji. W ich toku przyglądamy się nawzajem naszym poglądom, testujemy je i staramy się rzetelnie je oceniać. Nie ma tu znaczenia, czy pogląd został wprowadzony do rozmowy przeze mnie czy przez rozmówcę, bo chodzi przecież o znalezienie tego, co najlepsze. Logika takiej dyskusji polega na tym, że nie ma tu wygranego i przegranego – są za to partnerzy, którzy wspólnie starają się coś osiągnąć. I albo wspólnie są zwycięzcami, albo razem przegrywają. Dodam, że taki spór nie musi – i strony są tego świadome – zakończyć się wspólnymi wnioskami. Dyskutanci mogą pozostać przy swoim, gdy np. odkrywają, że wcale nie jest tak, że służy im ten sam pogląd. Różnimy się nieraz bardzo, więc możemy i często musimy preferować odmienne rozwiązania.
To przykład kulturalnej dyskusji. Ale nie wszystkie tak wyglądają.
Są też dyskusje, w których strony tylko pozornie zmierzają do wyjaśnienia problemu, do rozstrzygnięć, które z przekonaniem uznają za trafne. Tym, co decyduje w takich dyskusjach o intencjach przeciwników, bywa marzenie zwycięstwa (ambicje) lub obawa przegranej (strach). Stąd mamy odpowiednio – dyskusje dla triumfu oraz dyskusje dla udawanej zgody. W dyskusjach dla triumfu strony starają się wykazać swoją wyższość oraz głoszą sądy, które mogą spodobać się audytorium, niezależnie od tego, co rzeczywiście sądzą w danej kwestii.
W dyskusjach dla udawanej zgody, jak sama nazwa wskazuje, ludzie nie mówią od siebie, lecz wygłaszają opinie, które w ich mniemaniu sprawią przyjemność innym dyskutantom. W ten sposób starają się tworzyć wrażenie wspólnoty, harmonii, ładu. Niemniej oba te typy dyskusji zasadzają się na założeniu o konfliktowej naturze człowieka. Z tej przyczyny, jeśli decydujemy się na dyskusję dla triumfu albo dla udawanej zgody, łatwo ulegamy autosugestii, że przeciwnik w sporze jest dla nas przede wszystkim zagrożeniem – czyha na nasze potknięcia, chce nas oszukać, omamić, ośmieszyć etc. Dlatego dyskusje dla triumfu oraz dla udawanej zgody są wybitnie manipulatywne i na ogół nie tylko nie sprzyjają rozwiązywaniu konfliktów, lecz wręcz je podsycają.
Rozmowy przy stole możemy podzielić według tych samych kategorii?
To, czy są harmonijne czy awanturnicze, zależy przede wszystkim od poziomu zaufania. Jeśli domownicy rzeczywiście sobie ufają i żywią względem siebie szacunek, to nie tylko respektują swoje mniemania, lecz są ich bardzo ciekawi i na ogół cieszą się swoją różnorodnością. Gdy natomiast w rodzinie panują podejrzliwość i rywalizacja, zaczyna się wojna wszystkich ze wszystkimi. Wtedy, jak mawiał Hobbes, kierują nami przede wszystkim strach i dążenie do chwały własnej. Taka sytuacja jest niewątpliwie bardzo trudna i nie da się jej raczej zmienić z dnia na dzień. Nierzadko – niestety – właściwie nie można już zbyt wiele poprawić, a niekiedy na jakiekolwiek poprawki może być już za późno.
Jak uniknąć takich awantur szczególnie w święta?
Przede wszystkim należy się zapytać, czy rzeczywiście zawsze warto unikać awantur. Niekiedy przecież ostra kłótnia może prowadzić do wiedzy, do ujawnienia i wyjaśnienia pewnych kwestii, które bez silnych emocji nie zostałyby powiedziane. Konflikt sam w sobie nie jest czymś złym, zły staje się wtedy, kiedy ludzie przestają nad nim panować. Gdy to nie oni prowadzą spór, lecz spór prowadzi ich. Dzieje się tak, jak już wspomniałem, gdy dyskutanci przestają traktować się po partnersku i kiedy rodzi się między nimi wrogość.
Święta są oczywiście czasem, gdy ostre spory, a nawet spory w ogóle nie są wskazane. W Wigilię ludzie raczej chcą być razem i cieszyć się sobą. Najlepiej zatem, o ile to oczywiście możliwe, zadbać, by przygotowania do świąt nie przeciągały się zbyt długo. A gdy już święta nadejdą i gdy mamy okazję posiedzieć razem, starajmy się przyglądać sobie z życzliwością i zaciekawieniem. I pytajmy się bliskich, czego sobie życzą, jak możemy ich rozweselić etc. Nie marudźmy, nie bądźmy roszczeniowi, nabierzmy do siebie dystansu, nie oceniajmy. I jeszcze jedna kwestia, być może szczególnie ważna. Nie warto chyba zakładać, że ma być spokojnie i harmonijnie, bo to święta. Takie założenie to prosta droga do poczucia, że czas świąteczny to czas nieautentyczny, udawany, czas odgrywanych ról. Lepiej przyjąć, że skoro do tej pory nie było różowo, to może święta staną się okazją, pierwszym krokiem, by przełamać emocjonalną bessę.

Jakie tematy najczęściej prowadzą do sporów?
prof. dr hab. Małgorzata Marcjanik
kierownik Zakładu Retoryki Dziennikarskiej UW, autorka wielu publikacji dotyczący grzeczności językowej

Do konfliktów przy stole najczęściej prowadzą rozmowy o polityce i religii. Tej tematyki lepiej w święta unikać.

Dziennikarze najczęściej apelują, by w trakcie świąt stronić od rozmów o polityce. Utarło się, na zasadzie stereotypowej, że politykowanie zwłaszcza przy Wigilii to niszczenie świątecznej atmosfery i najprostsza droga do kłótni. Z retorycznego punktu widzenia sąd ten mimo wszystko wydaje się dość trafny. Rozmowa o polityce to rozmowa o kwestiach publicznych, tymczasem Boże Narodzenie ma status świąt intymnych, tych najcieplejszych i najbardziej prywatnych. Jest coś niestosownego w roztrząsaniu politycznych waśni i sporów wtedy, gdy tradycja dyktuje nam, byśmy skupili się na sobie i swoich bliskich.
Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Najogólniej, najlepiej w święta nie skupiać się na unikaniu tematów, lecz na rugowaniu złej woli. Tak naprawdę to przecież wiemy, co drażni, irytuje naszych bliskich. Bywają to kwestie bardzo różnorodne, w zależności od ich doświadczeń, obaw czy nadziei. I najczęściej rzeczywiście wystarczy odrobina empatii, by wyczuć czego nie mówić, bo sprawia to przykrość albo wywołuje złość. I jeśli dodamy do tego właśnie dobrą wolę, to prawdopodobnie nikogo nie zdenerwujemy.
Jakich zwrotów powinniśmy unikać w rozmowie, a jakie są zupełnie nie do zaakceptowania?
Mógłbym tutaj dawać mnóstwo rad typu: lepiej niczego nie nakazuj, lecz jedynie sugeruj. Albo lepiej pytać rozmówcę o zdanie, niż długo wywodzić, co samemu się myśli. Albo nie warto zanadto ironizować, lepiej nie przesadzać z aluzjami, mówić tonem delikatnym i spokojnym. Albo, że nie należy przeklinać, albo że nie należy czegoś komuś zarzucać przy pomocy formuł "bo ty zawsze…", "bo ty nigdy…". Jednak myślę, że takie rady, mimo że często pożyteczne, są chyba zanadto techniczne. Nierzadko też udzielając ich, ulega się skłonności do myślenia magicznego, typu: "wystarczy, że zmienię sposób wypowiadania się i wszystko się ułoży, stanę się innym człowiekiem". Trochę to chyba naiwne.
Ciekawiej, w mojej opinii, jest znowu skupić się na intencjach. Albo lepiej na technikach erystycznych, których użytkowanie najczęściej świadczy o złych intencjach . I tak, najlepiej unikać sporej grupy tzw. argumentów ad hominem czyli sposobów perswadowania silnie emocjonalnego, odbiegającego od tematu dyskusji i manipulatywnego. Wśród nich za szczególnie niewłaściwie uważam np. mówienie bełkotliwe, mające zacierać wymowę faktów, apelowanie do czyjejś litości, przypochlebianie się, obrażanie kogoś, przyrównywanie go do osób złych, skompromitowanych. Najgorsze z technik, w moim subiektywnym osądzie, to zohydzanie przeciwnika, a także apelowanie do popędów. Twierdzę tak, ponieważ obie te techniki oznaczają odczłowieczenie kogoś, a więc wyrażają skrajny brak szacunku wobec innego.
dr Bartosz Hordecki

Dobrze jest traktować sztukę dyskutowania jako sztukę unikania błędów, sztukę niemówienia źle. Wielka mądrość drzemie w przysłowiu: "Pamiętaj o tem, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem". Może w święta też warto sobie z bliskimi trochę pomilczeć, wybrać się np. na spacer i przechadzać się w ciszy.


Kto gorzej radzi sobie z grzecznością językową? Pani, panowie, czy może większą rolę ma tu typ osobowości albo wychowanie?
Mamy wiele badań cząstkowych, które dotyczą różnic komunikacyjnych pomiędzy np. kobietami czy mężczyznami. Jednak jakieś istotne uogólnienia są tutaj właściwie niemożliwe. Język kobiet i język mężczyzn zmieniają się – stanowią odbicie sytuacji, w której ludzie się znajdują, a ta – zwłaszcza współcześnie – jest bardzo dynamiczna.
W psychologii społecznej jeszcze dekadę temu rozpowszechnione było przekonanie, że kobiety są na ogół grzeczniejsze w dyskusji, bardziej spolegliwe, wręcz przymilne. Nierzadko twierdzono, że taki stan rzeczy wynika przede wszystkim z faktu, że kobiety są dyskryminowane i często zdominowane oraz zależne od mężczyzn. Jednak Manuel Castells "W sile tożsamości” wywodził, że to właśnie kobieta jest ogólnie lepsza komunikacyjnie niż mężczyzna. Jego zdaniem, w społeczeństwie informacyjnym żeńskie kompetencje językowe – kumulowane przez wieki – nagle okazały się wielkim atutem. Chodzi o to, że w opinii Castellsa, kobiecy styl językowy sprzyja porozumiewaniu się. Natomiast język mężczyzn lepiej jakoby pasował do świata rzeczy, które należało okiełznać i uporządkować. Wyniki badań dotyczących przewag komunikacyjnych kobiet bądź mężczyzn budzą sporo zastrzeżeń. Badania te często rozwijają się w cieniu bardzo silnych przekonań światopoglądowych tych, którzy je prowadzą. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w obszarze ustaleń dotyczących retoryki płci bardzo łatwo można natknąć się na osądy stereotypowe, wyrażające życzenia, gusty, preferencje badaczek czy badaczy.
Najciekawsza kwestia, o którą pani zapytała, dotyczy tego, czy można nauczyć się grzeczności. Jakiś czas temu analizowałem stenogram debaty sejmowej, która odbyła się w związku z zabójstwem Marka Rosiaka. Posłowie dyskutowali wówczas o przyczynach agresji językowej w polskiej przestrzeni publicznej. Niestety żaden z nich nie zasugerował nawet, że być może źródłem ostrej konfrontacji retorycznej jest polski model edukacyjny. Tymczasem, zdaniem np. Jacka Kuronia, właśnie organizacja szkoły w Polsce stymuluje mentalność konfliktową. W "Rzeczpospolitej dla moich wnuków" Kuroń twierdził, że model klasy rówieśniczej, koedukacyjnej, z ocenami wybitnie sprzyja podkręcaniu rywalizacji pomiędzy uczniami. W gruncie rzeczy w klasie takiej jest kilkadziesiąt osób o podobnym zasobie doświadczeń i kapitale symbolicznym. W konsekwencji są one porównywane i zestawiane w różnych rankingach, a ranking to ocena, to wskazywanie, kto jest lepszy, a kto gorszy. I stąd po zakończeniu edukacji człowiek okazuje się świetny w walce o swoje, lecz bardzo słaby w kooperacji, w pracy zespołowej i dostrzeganiu potencjału innych ludzi.
Patrząc na sprawę z jeszcze inne perspektywy, należy zauważyć, że wcale nie jest pewne, na ile edukacja rzeczywiście może wywrzeć istotny wpływ na nasz sposób komunikowania. W USA, o czym pisał Francis Fukuyama w "Końcu człowieka", kwestia ta jest silnie spolityzowana. Tzn. w siłę edukacji wierzy lewica, a prawica uważa, że o naszym sposobie bycia w decydującej mierze rozstrzyga garnitur genów. Oba stanowiska mają wady i zalety. Podejście prawicowe niewątpliwie sprzyja myśleniu, w świetle którego poprawa demokracji poprzez wychowanie to mrzonka, więc nie należy zanadto skupiać się na reformie systemu edukacyjnego. Takie stanowisko może utrwalać podziały społeczne i zaprzepaszczać szanse na rozwój kooperacji. Podejście lewicowe grozi nadmierną swobodą eksperymentatorską i wdrażaniem nieudanych projektów edukacyjnych, na czym ucierpieliby przede wszystkim uczniowie. Ponadto za zbytnią wiarą w edukację czai się niebezpieczeństwo silnego profilowania społecznego, forsowania dalece posuniętych standardów wychowawczych, ingerencji w prywatność.
Mamy problem z argumentowaniem poglądów? Powtarzamy zasłyszane myśli nie mając na nie poparcia i niewiele o nich wiedząc?
Niektórzy mają takie problemy. Wszystko zależy tu od kompetencji komunikacyjnej jednostek, a te – oczywiście są bardzo różnorodne. Niebezpieczeństwem uniwersalnym jest natomiast np. tabloidyzacja mediów. Chodzi bowiem o to, że twórcze myślenie i argumentowanie samo w sobie nie jest wartością. Prowadzi ono do sensownych wniosków i w konsekwencji do przyrostu wiedzy o świecie, o ile oparte jest na ważkich i prawdziwych danych. Większość przesłanek natomiast czerpie się współcześnie przede wszystkim z telewizji, internetu, prasy, radia (kolejność nieprzypadkowa). W rezultacie – tabloidyzujące się media, które dostarczają wiedzy barwnej, lecz z reguły nieistotnej, a często i fałszywej, uniemożliwiają adekwatny ogląd rzeczywistości. Kwestia dotyczy – wypada podkreślić – nie tylko tabloidów. Tabloidyzacja obejmuje cały rynek medialny, ma tysiąc odmian i aspektów.
Jest jeszcze drugi niepokojący proces – standaryzacja. Standardów, szablonów, skal, mierników jest coraz więcej. Liczbowe postrzeganie świata, które tak bardzo zachwalał Galileusz, wkracza w coraz to nowe sfery. Często tam, gdzie wkraczać nie powinno. Szczególnie boleśnie ten proces odczuwany jest w naukach społecznych i humanistycznych, które z zasady nie powinny być prowadzone tylko i wyłącznie, a nawet głównie przy pomocy metod ilościowych. Efektem uliczbowienia zwłaszcza humanistyki jest zanik twórczego podejścia do procesu badawczego. Nikną śmiałe hipotezy, odważne teorie. Kurczy się liczba pogłębionych, opartych o wyrafinowane argumentacje, monografii. W pewnym sensie ziszcza się prawo marksowskiej dialektyki, w świetle którego ilość jest ściśle powiązana z jakością.
Czy młodzi (z pokolenia internetu) mają większy problem z prowadzeniem rozmowy? Mają problem z rozmową w "realu", bo większość rozmów czy dyskusji poglądowych prowadzą w sieci, gdzie jest zupełnie inny rodzaj emocji?
Te pytania dotyczą tematu godnego bardzo długiej rozmowy. Wiele napisano m.in. o wpływie komórek, a zwłaszcza sms-a, a także Facebooka czy Twittera na kompetencje komunikacyjne młodego pokolenia. Wielu badaczy podkreśla, że wraz z pojawieniem się mediów zachęcających do generowania licznych, lecz krótkich przekazów następuje zwrot od języka wyrażającego emocje, ku językowi informacyjno-nakazowemu. Innymi słowy, ludzie – nie tylko młodzi – pochłonięci komunikacją cyfrową skłaniają się ku sprawnemu przekazywaniu wiadomości oraz rozmaitemu instruowaniu odbiorców. Brakuje natomiast mediów cyfrowych, które stymulowałyby rozwój wyrafinowanej debaty publicznej. Funkcji tej z pewnością nie spełniają fora internetowe, nie tak znów często jest ona realizowana przez blogerów.
Na cały, olbrzymi kompleks w sferze medialnej warto być może spojrzeć przez pryzmat tzw. determinizmu społecznego. W świetle założeń tej teorii ludzkie społeczeństwa zmieniają się diametralnie wraz z pojawieniem się nowych środków przekazu. Skoro zatem pojawia się i rozwija sieć internetowa, możemy spodziewać się i codziennie doświadczamy przemian mentalnych, kulturowych, społecznych urzeczywistnianych przez użytkowników Internetu, a w szczególności przez użytkowników mediów społecznościowych.