
"Byłem normalnym chłopcem. Rzucałem kamieniami w przejeżdżające pociągi i dręczyłem zwierzęta" – czytamy w felietonie Andrzeja Stasiuka, który jest jednym z najbardziej znanych współczesnych pisarzy. W sieci wybuchła afera, która toczy się od kilku dni. W obronie pisarza stają jego koledzy i koleżanki po fachu (z pewnymi wyjątkami), którzy uważają, że zostało to wyrwane z kontekstu, a skandal wziął z braku przeczytania całości. Czy mają rację? Niby tak, ale nie końca.
Andrzej Stasiuk jest znanym prozaikiem, poetą i eseistą, który w 1992 roku zadebiutował książką "Mury Hebronu", a za "Jadąc do Brabag" otrzymał w 2005 nagrodę "Nike". O pisarzu znów jest głośno za sprawą tekstu "Na przekór zimnemu tchnieniu listopada" z "Tygodnika Powszechnego", w którym często publikuje swoje felietony.
Burza wokół felietonu Andrzeja Stasiuka. W obronie pisarza stają inni pisarze
Poniższy fragment został opublikowany na facebookowym profilu tygodnika. Na pisarza, ale i samą redakcję posypały się gromy. Internauci byli oburzeni tym, że zdaniem Stasiuka dręczenie zwierząt jest czymś normalnym. Za to "Tygodnik Powszechny" oberwał za promowanie tekstu tak kontrowersyjnym fragmentem.
Andrzej Stasiuk
"Na przekór zimnemu tchnieniu listopada"
"Skrótowość, czytanie leadów zamiast całego tekstu, brak zrozumienia ironii i wieloznaczności. Ostatnia afera wokół tekstu Andrzeja Stasiuka to pokazuje. (...) Może zamiast felietonów będziemy po prostu pisać tylko chwytliwe tytuły? Nawet nie trzeba będzie klikać" – napisała na InstaStory pisarka Sylwia Chutnik.
Screen przekazał dalej Jacek Dehnel. Również skrytykował osoby, które nie przeczytały całości. "Jesteśmy pisarzami. Piszemy dla czytelników. A nie dla dostrzegających tylko gruby druk u góry - ten piszą autorzy sloganów reklamowych. Jeśli kogoś dłuższe teksty przerastają, to naprawdę, niech się nie bierze za ich krytykę, tylko niech pozostanie przy krytyce sloganów z billboardów. A krytykę tekstów zostawi jednak czytelnikom" – napisał poeta i tłumacz.
Co tak naprawdę napisał Andrzej Stasiuk? Oto dalsza część felietonu.
Cała sytuacja przypomina trochę niedawną aferę z inną znaną pisarką – Olgą Tokarczuk, która powiedziała, że "literatura nie jest dla idiotów" i jej obrońcy uznawali, że została źle zrozumiana. Co było w dalszej części tekstu? Andrzej Stasiuk kontynuował, że dopiero w pisaniu znalazł to, czego potrzebował.
Andrzej Stasiuk
Co ciekawe, potem "uspokaja" czytelników za swoje wcześniejsze słowa o rzucaniu kamieniami w pociągi, ale do dręczenia zwierząt już się nie odnosi. "Rzucaliśmy głównie w towarowe. Ta liczba mnoga jest oczywiście czymś w rodzaju usprawiedliwienia. Ale cóż... Chłopcy w tamtych czasach byli podobni do kotów: reagowali tylko na rzeczy w ruchu. I podobnie jak psy reagowali stadnie" – stwierdził. Tekst ma jednak pointę dotyczącą wcześniejszych drastycznych opisów, którą znajdziemy w ostatnim akapicie. Nie wszyscy mieli okazję się z nią zapoznać, bo dostęp do artykułu na stronie "Tygodnika Powszechnego" jest płatny). Stasiuk na koniec z wrażliwością pisze o... owcach, co mamy rozumieć jako jego przemianę wewnętrzną. Nie jest już tym "normalnym chłopcem".
Andrzej Stasiuk
Dręczenie zwierząt nigdy nie było normalne. Szkoda tylko, że większość z nas nie oburza się tak na cierpnie zwierząt w przemyślne mięsnym i mlecznym
Czy zatem nieszczęsny fragment broni się po przeczytaniu całego felietonu? Moim zdaniem nie, a przynajmniej nie w takiej formie. Dostrzegam, że to miała być ironia, ale taka trochę bez głębszego sensu. Cały tekst został wrzucony na Facebooka, wiec możecie sami to ocenić.
Dręczenie zwierząt nigdy nie było, nie jest i nie będzie normalne, a tłumaczenie się, że inni też krzywdzili, jest mało dojrzałe. Owszem ludzie robili, robią i niestety dalej będą to robić, ale świadome zadawanie cierpienia czującym istotom jest złem w czystej postaci (jeżeli ten opis nie jest fikcją literacką, to pisarz raczej nie miał na myśli mrówek czy komarów). Sami dobrze wiemy, co nam sprawia ból, więc czynienie tego samego innym jest czymś, czego powinniśmy się wstydzić, a nie chwalić.
Poza tym ani ja, ani moi koledzy nie maltretowaliśmy zwierząt (choć do bicia krzaków patykami się przyznaję), a w pociągi rzucaliśmy najwyżej śnieżkami. Czy to znaczy, że ja jestem nienormalny? Wręcz przeciwnie. Do takich wniosków doszło wiele osób, w tym pisarz Jakub Żulczyk.
Myślę, że na odbiór tekstu miał wpływ nie tylko dobór słów, ale bardzo obrazowy opis o "patrzeniu w gasnące oczy" i "dotykaniu gasnącej krwi". Jak z pamiętnika psychopaty. Internauci całkiem słusznie zauważyli, że większość seryjnych morderców zaczynała właśnie od torturowania psów czy kotów. Jeffrey Dahmer kolekcjonował martwe zwierzęta, bo też był "ciekawy świata". Na szczęście Andrzej Stasiuk poszedł w stronę literatury.
Cieszy natomiast powszechne oburzenie, że na takie rzeczy nie ma już przyzwolenia, nawet jeśli kiedyś były "normalne". Szkoda tylko, że wszystko kończy się na inbach w mediach społecznościowych, a nie idą za tym czyny. Internauci napiszą komentarze, by potem stać w kolejce po kanapkę Drwala, a w niedzielę tłuc schabowego na obiad.
Zobacz także
