Jak na kraj, w którym się nie czyta, mamy zadziwiająco duży respekt w stosunku do książek jako takich. Tym sposobem pod choinkami rok rocznie lądują tony zadrukowanych stron, które trudno nazwać literaturą piękną. Księgarnie już dawno znalazły wytrych, pozwalający na wciskanie szukającym prezentów gniotów pierwszej wody.
"Święta to czas, który każdy chce spędzić z najbliższą rodziną. Każdy, ale nie on. Mikołaj Dębski nienawidzi tego okresu w roku. Zazwyczaj spędza go z pierwszą lepszą długonogą blondynką, skupiając się na jednej konkretnej parze bombek. Sara, seksowna pani doktor pracująca w szpitalu, który mężczyzna od lat sponsoruje, idealnie wpisuje się w jego wyobrażenie świątecznego prezentu. Dębski postanawia go sobie sprawić, by później długo i powoli rozpakowywać. Niestety szybko się okazuje, że pani doktor jakimś cudem jest odporna na jego urok"
To opis powieści, którą z całą pewnością co najmniej kilka osób dostało w tym roku na Gwiazdkę. Jednak zalew książek miałkich i "szybkich" (jak Mikołaj Dębski) to na polskim rynku wydawniczym zjawisko nienowe. Nowością jest za to fakt, że niegdysiejsze czytadła z kiosków nie tylko trafiły do największych księgarń, ale już nawet zaczęły wypierać literaturę w klasycznym tego słowa rozumieniu.
Ale od początku
Że kiedyś to były czasy, a dziś nie ma czasów, wie każdy, kto przekroczył pewien (choć wciąż niedookreślony) wiek. Bo i kiedyś to dzieci po podwórkach biegały, a nie z nosem w telefonach, chleb inaczej smakował, w telewizji głupot nie było, a pralki się tak nie psuły.
I choć można, a nawet powinno się, wyśmiewać tego typu dziadowskie sarkania, są aspekty rzeczywistości, w których większość z nas może zasępić się, albo przynajmniej zadumać nad tym, co se ne vrati.
Dla mnie od paru lat są to głównie półki sieciowych księgarń. Może bez nazwisk - ale pewnie wiecie, o kogo chodzi. I nie mam tu nawet na myśli tego, że coraz więcej sklepów ma w sprzedaży tzw. mydło i powidło - niby księgarnia, a i ścierki kuchenne dostaniesz i czekoladki i sól do kąpieli. Normalna sprawa - mało kto kupuje dziś płyty CD czy DVD, a półki czymś trzeba zapełnić.
No ale książki wciąż jeszcze są - czyż nie? Ano są, tylko że to zupełnie inny sort książek, niż te, które pamiętam jeszcze sprzed siedmiu czy ośmiu lat. Diety selerowo-porowe, poradniki jak zmienić swoje życie w 30 dni, podręczniki do nauki niderlandzkiego i przewodniki po Paryżu wciąż trzymają się mocno. Poezja wciąż nieobecna, ale w sieciówkach nie było jej już przed dekadą.
Piękno sobie, obyczaj sobie
Na wymarciu jest za to dział, który jeszcze nie tak dawno temu był jednym z największych właściwie w każdej księgarni: Literatura piękna. Brzmi to dumnie, ale przy okazji trąci nabzdyczeniem à la nawiedzona polonistka. I może dlatego w sklepach zaczęły pojawiać się działy o enigmatycznej nazwie "literatura obyczajowa".
Podobnie, więc początkowo mało kto widział, że coś się zmienia. Literatura piękna w końcu też jest zazwyczaj obyczajowa.
Czym więc jest literatura obyczajowa - z - działu - "Literatura obyczajowa"? Kiedyś na takie książki mówiło się po prostu "czytadła". Miały zabijać czas - w pociągu, w samolocie, albo i na plaży. Słowem w miejscach, w których być może będziemy się nudzić, więc najdzie nas na czytanie "byle czego".
Od czytadeł wymagało się kiedyś mniej więcej tego, czego dziś od serialu oglądanego po całym dniu w pracy jako tło do składania prania - byle w miarę wciągało i nie wymagało za dużego skupienia. Dodatkowymi atutami będą zaś nieoczekiwane zwroty akcji.
Dobre czytadło było czymś na kształt powieści dla nastolatek, z tą drobną różnicą, że nie dla nastolatek - wyraziści bohaterowie, emocje, ale bez rozkmin o naturze wszechrzeczy (i nawet "czym jest miłość" to za dużo). Dziś ten nastolatkowy vibe pozostał, tyle że wyraziści bohaterowie gdzieś się po drodze zgubili.
Czytanie głupio-mądre
Z czytadeł udających literaturę piękną (w stylu "Jedz, módl się, kochaj") początkowo nikt się za bardzo nie śmiał, bo i funkcyjność była jasna. Już bardziej obrywało się gatunkowi książek głupio-inteligentnych czy może bardziej płytko-mądrościowych a la Coelho czy Osho.
Tymczasem w porównaniu do tego, co można dziś znaleźć w dziale "literatura obyczajowa" zarówno old-schoolowe czytadła, jak i pop-filozofowanie wypada znakomicie. Wystarczy przejrzeć pięć (dosłownie) opisów wydawniczych, by znaleźć się w innym wymiarze rozumienia słowa literatura (pal sześć jaki przymiotnik się jej doda).
Przede wszystkim: książka ma być "pełna ciepła", "dająca nadzieję" i "przypominająca o tym, co ważne" (spoiler: nie jest to oryginalność). Do tego obowiązkowy lekki dramatyzm - że tam "mężczyzna skrywa sekret" czy "jej życie legło w gruzach" (oczywiście, żeby z gruzów bohatersko powstać i - jak wyżej - zrozumieć, co ważne).
Powieść obyczajowa w jakichś 9 na 10 przypadków jest o miłości, ale jeśli szuka się w pakiecie dreszczy i orgazmów - to nie tutaj. W książkach dla nastolatek na żadne wilgotniejące łona (fujka!) i twardniejące krocza (ihihihihi) nie ma miejsca. Nawet jeśli nastolatki są już trochę podstarzałe.
Istnieje oczywiście odłam powieści obyczajowo-erotycznej, ale to już kolejne uniwersum. Co zabawne - z opisami w stylu starych, dobrych pieprznych romansideł z lat 90. z ich "napierającą męskością u wrót kobiecości".
Skrzaty i starszaki
Powieść obyczajową dobiera się prawdopodobnie do własnego wieku, żeby łatwiej się było utożsamić. Mamy ambitne dwudziestolatki rozpoczynające pracę w wymarzonej branży, 30-letnie singielki (wcześniej jest się chyba po prostu staromodną panną na wydaniu), ale też kobiety "po przejściach" (tu: rozwodzie, no bo przecież nie molestowaniu seksualnym czy przemocy domowej - średnio da się pożenić takie doświadczenia z programowym ciepełkiem).
Dla kobiet starszych zostają już tylko bohaterki, które nie sądziły, że "w tym wieku czeka je jeszcze miłość", a tu proszę - kulturalny wdowiec z kółka czytelniczego w nadmorskiej miejscowości.
Poza tym obyczajówki to schemat na schemacie (schematami poganiane). Mężczyźni są najczęściej przystojni i ambitni, bohaterki zjawiskowo piękne być nie mogą (patrz: utożsamienie), ale mają w sobie "to coś", albo chociaż lśniące, długie, czarne włosy czy tam "nienaganny styl".
Oczywiście mają przyjaciółki, hobby (raczej pieczenie ciast niż nurkowanie głębinowe), są miłymi dziewczynami i dobrymi osobami. Czasem zdarzają się i tzw. karierowiczki - oczywiście takie, które "zapomniały, co jest w życiu najważniejsze".
Imiona i miejsce akcji się zmieniają, ale intryga pozostaje zazwyczaj podobna. On i ona poznają się przypadkiem, bo wtedy wiadomo, że "to przeznaczenie" oraz wpisuje się w programowe "dawanie nadziei" (miłość czeka na każdego tuż za rogiem).
Im przypadek bardziej przypadkowy, tym lepiej (wtedy śmiechu, jak w "Chwili dla Ciebie", jest co niemiara) - pomylone bagaże na lotnisku, wzięcie mężczyzny swojego życia za domokrążcę, a nawet nieudany skok ze spadochronem prosto na posesję przyszłej miłości (nie wymyśliłam tego przykładu). Są i klątwy vide (opis jednego z wydawnictw):
"Zosia szerokim łukiem omija pewien typ mężczyzny, który zauroczył każdą kobietę w jej rodzinie. Zarówno jej babcia, matka, jak i siostra zakochały się w atrakcyjnych, charyzmatycznych brunetach. Sęk w tym, że wszyscy trzej okazali się zimnymi draniami, którzy prędzej czy później porzucili partnerki. Zosia nie chce skończyć jak jej krewne, dlatego stara się walczyć z własnymi uczuciami i nie zwracać uwagi na takich mężczyzn. To zmienia się jednak w momencie, gdy w jej życiu pojawia się pewien tajemniczy brunet."
A że poruszamy się w imaginarium à la nastoletnim, zazwyczaj nasze serdeńka na początku nie pałają do siebie sympatią. Taka tam "Duma i uprzedzenie" dla ubogich intelektualnie.
"W wyniku nieporozumienia Harper ląduje w jednym mieszkaniu z wrednym i – niech to szlag – pociągającym Amerykaninem. Holden przyjeżdża do Londynu w interesach. Ma tu zostać przez miesiąc, a później wrócić do spokojnego życia w Nowym Jorku, gdzie spędzi święta z rodziną. Wszystko jednak nieco się komplikuje, gdy na jego drodze staje pyskata Brytyjka, która uznaje go za włamywacza i wymierza mu cios parasolem. Między tą dwójką rodzi się niechęć, która szybko zmienia się w pożądanie."
Misiowaty jak Don Juan
Jeśli zaś bohaterowie czymś już do siebie zapałają, zazwyczaj nie jest to sympatia, ale "pociągająca tajemniczość". Kolejna wersja rozwoju fabuły to coś na kształt "jestem takim Don Juanem, a ona mnie nie chce, więc muszę ją mieć".
W tym drugim przypadku Don Juan zaczyna być potulnym misiem wiernym do grobowej deski - w życiu raczej marzenia ściętej (damskiej) głowy. Może i powieść "daje nadzieję", ale raczej z gatunku tych, które są matkami głupich.
"Literatura obyczajowa" wygląda jak stworzona przez generator AI lub w najlepszym przypadku wedle ściśle ustalonego przepisu na para-powieść (nominowana do para-Nobla z para-literatury).
No i generalnie okej - twój czas, twoje pieniądze, twój regał - czytaj se babo, co tam chcesz. Bardziej zastanawia niespodziewany wzrost czytelnictwa typu miałkiego, w kraju w którym - jak trąbią co roku media - nie czyta.
A że wzrost zapotrzebowania na "literaturę obyczajową" jest realny - jestem przekonana, mimo braku twardych danych. Wszak wielkie korporacje w tańcu się nie pierd*lą - nie będą poświęcały przestrzeni w jednych z najdroższych przestrzeni handlowych w Polsce na coś, co się nie sprzedaje.
Jeszcze lepiej trend widać w małych miasteczkach (największa księgarnia sieciowa w Polsce ma około 300 punktów sprzedaży). Półka z "literaturą piękną" (polską) - still standing - na niej zaś: Szczepan Twardoch, więcej Szczepana Twardocha, Olga Tokarczuk, więcej Olgi Tokarczuk, przypadkowy Orbitowski i jakieś starocie w stylu Żeromskiego czy tam Gretkowskiej. Literatura obyczajowa - do wyboru, do koloru.
Powoli miejsca, które wciąż uważamy za księgarnie, zaczynają mieć wybór książek porównywalny z Biedronkami, mimo że te ostatnie były jeszcze nie tak dawno temu wyśmiewane za sprzedaż powieści dużych nazwisk (gdzie Żulczyk, a gdzie piwo Tatra!).
Miłość w rytmie jingle bells
Szczyt kuriozalności całej "literatury obyczajowej" pokazuje zaś najpełniej sezon świąteczny. Bo i nagle półki zaczynają zapełniać się pozycjami jak wyżej, tyle że podlanymi choinkowym sosem.
Gdyby jakimś cudem miłośniczki gatunku znudziły się już powtarzalnością motywów, dostają produkt sezonowy jak bikini - powieść obyczajową pełną świątecznej magii, świątecznego ciepełka i - jakżeby inaczej - przypominania sobie o tym, co najważniejsze.
A przecież ten ostatni postulat to wypisz wymaluj to, co dyskursywnie kojarzymy z Bożym Narodzeniem - i to niezależnie od tego, czy narracja płynie z ambony, czy z reklamy Allegro. W pewnym sensie nie ma więc nic bardziej pasującego do założeń powieści obyczajowej niż właśnie święta.
Powieść à la Kevin
W tym przypadku literatura jest zaś kalką tego, co od dawna możemy obserwować w branży filmowej. Co do popularności i kultowości "Kevina" nikogo przekonywać nie trzeba.
Jednak, że produkcje świąteczne to żyła złota, branża filmowa załapała mniej więcej wtedy, kiedy literatura obyczajowa zaczęła walczyć o pole position z piękną. Najpierw było skromnie - brytyjskie "Love Actually" i "Holiday", polskie "Listy do M." (pierwsze wyszły w 2011 roku).
Z kolei od kilku lat serwisy streamingowe przeżywają przedświąteczny wylew. Czasem i do mózgu widzów, żeby wspomnieć choćby oszałamiający sukces "Świątecznego księcia" - netflixowego gniota nad gniotami.
Bożonarodzeniowy merch
Może i tak książki, jak i filmy są tu tworem sezonowym (co jest sporą nowością w kulturze jako takiej), ale ze względu na umiarkowaną konkurencję, dość opłacalnym. Zwykłych komedii romantycznych są wszak setki tysięcy (o ile nie miliony) - tych świątecznych może promil. Analogicznie sprawa ma się w przypadku świątecznych powieści obyczajowych, które wciąż są względną rynkową nowością.
I tak jak sam gatunek stanowi rodzaj wtargnięcia kapitalizmu z butami w dziedzinę pierwotnie dość nieopłacalną, tak powieści stricte świąteczne to nic innego, jak ciąg dalszy w komercjalizacji świąt.
Ot, bożonarodzeniowy merch nieróżniący się za szczególnie od świątecznych skarpet, świeczek zapachowych i domowych durnostojek. I ciekawe, czy oburzeni Gwiazdką rozpoczynającą się w sklepach od kilku dobrych lat tuż po 2 listopada, oburzałoby i to zakamuflowane sprzedawanie "świątecznego klimatu".
“Kilka tygodni przed Wigilią świat pokrywa się białym puchem, wyjątkowo smakuje szarlotka z cynamonem, a uśmiech na twarzy wywołuje widok ukochanej osoby i girlandy świateł. W Świeradowie-Zdroju nie wszyscy jednak cieszą się na nadchodzące święta, a codzienne troski zaprzątają myśli mieszkańców. Czy ten szczególny czas otuli osamotnionych, pomoże pogodzić zwaśnionych i otworzy serca zamkniętych na miłość?” - czytam w jednym z opisów powieści z rodzaju.
Czytelniczki recenzujące powieść cieszą się, że mogą mieć w ten sposób białe święta, bo w Polsce - wiadomo - a tu tyle opisów białego puchu.
Swoją drogą internetowe recenzje czytelników literatury obyczajowej znacząco różnią się od tego, co można przeczytać a propos poważniejszych pozycji. Tutaj zaletą staje się nagle tempo czytania - "skończyłam w jeden wieczór" to w ogóle święty graal. Poza tym, ma być jak w prawidłach gatunkowych - przede wszystkim pozytywnie i żeby dało się jakoś przyłożyć własne życie do tego, co przeżywa bohaterka (rzadziej: bohater).
Wyraz egoizmu? Prędzej wąskiej perspektywy niepozwalającej tak wejść w cudze buty, jak sięgnąć po coś, co sprawiłoby jakikolwiek dyskomfort intelektualny czy emocjonalny.
Początków tego typu nastawienia należałoby szukać nie gdzie indziej, jak w polskim systemie edukacji. Lekcje polskiego wywierają silne piętno. I częściej niż umiłowaniem powieści pozytywistycznej kończą się przekonaniem, że czytanie wymagające wysiłku to w gruncie rzeczy trud na marne, bo i do czego niby prowadzi? W wielu przypadkach do wniosku, że "i tak się nie zrozumiało" (jest przecież klucz maturalny, gwóźdź do trumny czytelnictwa).
Aczkolwiek przebijając się przez kolejne fragmenty i opisy coraz to nowych powieści obyczajowych, od czasu do czasu przychodziło mi jednaka do głowy, że nie taka daleka od prawdy była Olga Tokarczuk, twierdząc, że czytanie literatury pięknej nie jest dla wszystkich.


