Do tragedii doszło przy ul. Małachowskiego w opolskiej dzielnicy Czarnowąsy.
Do tragedii doszło przy ul. Małachowskiego w opolskiej dzielnicy Czarnowąsy. Fot. Google Maps/Street View

– Łączymy się w bólu z rodziną – mówi radna z opolskiej dzielnicy Czarnowąsy. Tam rozegrał się dramat, który wstrząsnął Polską. Matka dwójki zamordowanych dzieci usłyszała już zarzut podwójnego zabójstwa. – Pamiętam te dzieci, one były przyklejone do mamy. W mojej ocenie była dobrą mamą. Starsza, 9-letnia córka z pierwszego małżeństwa, w chwili tragedii była u biologicznego ojca. Mieli psa – wspomina Małgorzata Kozak z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Opolu.

REKLAMA
  • Do tragedii doszło 29 sierpnia przy ul. Małachowskiego w opolskiej dzielnicy Czarnowąsy
  • Ciała dwójki dzieci w wieku 3 i 4 lat mieli znaleźć dziadkowie. Matka miała rany kłute
  • 31 sierpnia prokuratura postawiła matce zarzuty zabójstwa
  • Ostatni raz Małgorzata Kozak widziała tę rodzinę 31 marca 2023 roku. Podkreśla, że nie była to rodzina patologiczna, nie miała też problemów finansowych i nie korzystała z opieki społecznej. – Oni nawet nie kwalifikowali się do pomocy finansowej – mówi. Ale po tragedii, która wydarzyła się we wtorek w Opolu Czarnowąsach, wicedyrektor MOPR dostała już kilka maili i telefonów, po których – jak mówi – nie może spać.

    – To jest bardzo przykre. Ludzie dzwonią do mnie i pytają, czemu wyrzuciłam tę rodzinę. Pytają: "Coście zrobili dla tej rodziny? Dlaczego nie dopilnowaliście?". Nawet zadzwonił do mnie dziennikarz z innego miasta i zapytał, czy ja zainteresowałam tym, czy w tej rodzinie była miłość. A to nie jest rodzina, która korzystała z opieki społecznej. To jest rodzina, która jednorazowo skorzystała z naszej pomocy z powodu zdarzenia losowego – mówi Małgorzata Kozak.

    Wspomina, że wcześniej, rodzina wzięła kredyt, byli na innym etapie życia. – Kupili strych, który zaadaptowali na mieszkanie. Cieszyli się z tego, ale niedługo. Po raz pierwszy zetknęłam się z tą rodziną 22 lutego 2022 roku, gdy w ich mieszkaniu wybuchł pożar. Wcześniej rodzina ta nigdy nie korzystała z pomocy społecznej – zaznacza.

    Takie wsparcie otrzymali po pożarze

    To ważny wątek w historii ludzi, których tragedią żyje dziś cała Polska. Po pożarze rodzina dwukrotnie zmieniała miejsce zamieszkania. I jakkolwiek to nie zabrzmi, dzięki temu więcej dziś o niej wiadomo.

    – W związku z pożarem rodzina zwróciła się z prośbą o pomoc w formie lokalu zastępczego, bo nie mieli gdzie się podziać. Ze względu na zdarzenie losowe otrzymali wtedy od nas jednorazową pomoc w postaci schronienia i jednorazowy zasiłek w wysokości 5 tys. zł, który przy zdarzeniu losowym daje się bez względu na sytuację życiową, żeby ludzie mogli sobie kupić najpotrzebniejsze rzeczy – mówi Małgorzata Kozak.

    Pamięta to dobrze. Wcześniej był pożar w całym pionie wieżowca na dużym osiedla w Opolu i ośrodek interwencji kryzysowej, gdzie normalnie udzielają pomocy potrzebującym, był już przepełniony.

    Pamięta też, że lokalna społeczność bardzo zaangażowała się wtedy w pomoc tej rodzinie, w akcję włączyli się też pracownicy MOPR. – To był odruch serca. Była zorganizowana zbiórka pieniężna, ludzie przywozili dla nich dary – wspomina.

    Rodzina trafiła do mieszkania interwencyjnego, przystosowanego dla 5-osobowej rodziny, w którym mieszkała przez 13 miesięcy. To, jak słyszymy, bardzo długo, bo na ogół takie schronienie udzielane jest na trzy miesiące. W ich przypadku miały się jednak przedłużać sprawy z remontem mieszkania. Wyprowadzili się 31 marca 2023 roku.

    – Wtedy widziałam ich po raz ostatni. Pani poinformowała nas, że wynajmie sobie mieszkanie albo tymczasowo zamieszka z pierwszym mężem. Proponowaliśmy jej nawet, żeby zamieszkała w ośrodku, bo były już miejsca, ale nie chciała – mówi Małgorzata Kozak.

    "Wydaje mi się, że była bardzo samotna"

    Jakie wrażenie matka dzieci robiła w tamtym czasie?

    – Ona była skupiona na dzieciach. Jej światem były dzieci. One były do niej przyklejone. W mojej ocenie była dobrą mamą. Potrafiła im organizować normalne życie, bawić się z nimi. Natomiast wydaje mi się, że była bardzo samotna. Nie rozmawiałam z nią o tym. Moje wrażenie było takie, że jeśli być może miała jakieś problemy w relacjach, to z dorosłymi. Bardzo namawialiśmy ją, żeby dała dzieci do przedszkola, żeby poszła do pracy. Było z tym różnie. Podejmowała pracę, pracowała jako ekspedientka w różnych sklepach, ale umowy miała na krótko – odpowiada wiceszefowa MOPR.

    Rozmawiamy tylko o okresie, gdy rodzina przebywała w mieszkaniu interwencyjnym.

    A ojciec? – Szedł do pracy, więc go nie było. Dzieci miały więź z tatą, cieszyły się, jak wracał z pracy. A co było między dorosłymi, to nie wiemy. Wielu rzeczy w tej sprawie nie wiemy.

    Do tragedii doszło w wynajmowanym mieszkaniu przy ul. Małachowskiego blisko dworca PKP.

    Przypomnijmy, we wtorek 29 sierpnia dziadkowie znaleźli ciała dwojga swoich dwojga wnucząt: 4-letniej dziewczynki i o rok młodszego chłopca. Jak podał "Fakt", dziadkowie to rodzice partnera matki dzieci, którzy chcieli dostać się do mieszkania, ale było ono zabarykadowane.

    Matka z ranami kłutymi trafiła do szpitala. W czwartek 34-letnia Krystyna Sz. została doprowadzona do prokuratury rejonowej w Opolu.

    – Celem przedstawienia jej dwóch zarzutów zbrodni zabójstwa, pozbawienia życia swoich dzieci. W zarzucie przyjęto, że kobieta działała z zamiarem bezpośrednim, że chciała pozbawić życia dzieci, a posłużyła się w tym celu nożem tapicerskim, zadając dzieciom rany cięte szyi, które były dla nich śmiertelne. Te czynności trwają. Po wykonaniu czynności zostanie podjęta decyzja o skierowaniu wniosku o tymczasowym aresztowaniu kobiety – przekazał nam prokurator Stanisław Bar, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Opolu.

    Dzień wcześniej ojciec dzieci złożył obszerne zeznania, w których opisał relacje rodzinne.

    "To bardzo spokojna okolica"

    Z relacji sąsiadów, jakie pojawiały się w lokalnych mediach, wynikało, że właściwie nikt tej rodziny nie znał.

    "Cisi, mili, spokojni, dzieci grzeczne… Żadnych tam awantur, alkoholu… Nie wyglądało, żeby mieli mieć jakieś problemy. Straszny dramat" – relacjonował jeden z nich Opolska300.pl.

    – Tam kiedyś był hotel robotniczy elektrowni Opole. Potem go odbudowano, powstały mieszkania. One są bardzo małe, dużo jest 2-pokojowych mieszkań o powierzchni 34 metry. Często jest rotacja mieszkańców. Tam mieszkają albo starsze osoby, albo młodzi, którzy np. budują swoje domy i się wyprowadzają. Taki ma charakter ten blok – mówi Edyta Wenzel–Borkowska, radna dzielnicowa, która mieszka w pobliżu.

    Podkreśla, że jest to bardzo spokojna okolica. – Są tu domki jednorodzinne. Mieszkają młode małżeństwa z dziećmi. Ludzie spacerują z wózkami, z rowerkami. Nie zdarzają się żadne sytuacje patologiczne. Nic nie wskazywało, że może dojść tu do takiej tragedii – dodaje.

    Czarnowąsy to w ogóle wyjątkowa dzielnica Opola. Jeszcze kilka lat temu odrębna miejscowość należąca do zupełnie innej gminy, ale wobec nacisków politycznych włączona – wbrew woli mieszkańców – do Opola.

    – Bardzo smutna wiadomość. To jest tragedia całej tej rodziny – słyszymy.

    Edyta Wenzel–Borkowska: – Jeżeli ktoś zrobił taki krok to albo była to duża desperacja, albo być może były jakieś zmiany chorobowe podyktowane różnymi przyczynami. To, że człowiek różne rzeczy robi, to nie znaczy, że on chciałby tak zrobić. Są różne przyczyny. Szkoda, że już ludzie w komentarzach już zlinczowali tę kobietę. Jest to duża tragedia dla całej społeczności mieszkańców. Łączymy się w bólu z tą rodziną. 

    Choć trzeba przyznać, w komentarzach internetowych pojawiają się także takie głosy: "Coraz słabsza psychika ludzi prowadzi do tragedii! Tak kobiet, jak i mężczyzn", "Matki nie mają wsparcia", "Na jaką pomoc mogła liczyć? Zabraliby dzieci, a ją zamknęli w szpitalu", itd.

    A także pytania, dlaczego to już kolejna w ostatnim czasie podobna tragedia w Polsce.

    "Wszyscy powinniśmy być czujni i reagować"

    Kwestia pomocy społecznej to dodatkowa sprawa, ale tu znów wracamy do punktu wyjścia. Małgorzata Kozak podkreśla, że pracownik socjalny nie chodzi od domu do domu. Wsparcie udzielane jest albo na wniosek, albo jak ktoś poinformuje ośrodek o sytuacji w danej rodzinie.

    – Jako ośrodek sprawdzamy każdą informację, nawet anonimową. Często są to nieuzasadnione przypuszczenia, np. jest autystyczne dziecko, które zachowuje się głośno i jeśli sąsiad o tym nie wie, często może odnieść wrażenie, że matka je krzywdzi. Ale zdarza się też, że po anonimowym telefonie odkrywamy, że rodzice są niewydolni opiekuńczo-wychowawczo – mówi.

    Ale wiadomo też, że zdarza się tak, że ludzie nie mówią nic: – Często sąsiedzi nam mówią: dlaczego wcześniej nie przyszliście? Bo nie wiedzieliśmy. A dlaczego nikt do nas nie zadzwonił? Zawsze jest polowanie na czarownice. A o nas zawsze się mówi, gdy dzieje się coś złego. Nigdy, jak zrobimy coś dobrego.

    Dlaczego uczula i apeluje o więcej zaufania do pracowników socjalnych: – My wszyscy powinniśmy być czujni i reagować. Są ludzie, którzy nie chcą przyjąć pomocy. I często jest tak, że dopóki nie wydarzy się jakieś nieszczęście, nie ma podstaw, żeby sąd wydał jakieś postanowienie. Może my wszyscy jesteśmy winni, gdy nie reagujemy.

    Podkreśla też, że nie można utożsamiać jednorazowej pomocy z patologią. I nie oznacza to, że ośrodek będzie taką rodzinę monitorować. – Oni od nas nic nie chcieli, nie potrzebowali innej pomocy. Potrzebowali schronienia i je dostali – mówi.

    Czytaj także: