Donald Trump i zatrzymany Nicolas Maduro
Amerykanista o akcji USA w Wenezueli i jej skutkach Fot. The White House / X / Shutterstock; montaż: naTemat.pl

– Wygląda na to, że operacja miała stworzyć podstawy pod medialny spektakl. Jej głównym celem było pokazanie republikańskim wyborcom, że Trump ma sprawczość i potrafi działać. To jest główny efekt tej operacji, ponieważ więcej realnych rezultatów na razie nie przyniosła – ocenia w rozmowie naTemat.pl prof. Tomasz Płudowski, amerykanista, dr socjologii, dr hab. nauk o polityce i administracji, profesor Uniwersytetu Vizja w Warszawie.

REKLAMA

Rozmowa z profesorem odbyła się przed sobotnią konferencją Donalda Trumpa.

Aleksandra Tchórzewska, naTemat.pl: Jak pan ocenia ten atak? Czy było to zaskakujące, czy raczej spodziewane?

Prof. Tomasz Płudowski, amerykanista: Można było spodziewać się pewnej formy presji w związku z obecnością okrętów amerykańskich wokół Wenezueli, ale szczegóły samej operacji nie są znane. Dopiero po konferencji w Mar-a-Lago będziemy mogli mówić z większą pewnością, co dokładnie się wydarzyło.

Na tę chwilę wygląda na to, że nic więcej się nie wydarzyło, przynajmniej nie ma potwierdzonych informacji, że Amerykanie przejęli władzę. Nie mamy dowodów na to, że Amerykanie faktycznie zatrzymali Maduro, ale skoro władze Wenezueli same nie wiedzą, gdzie znajduje się ich prezydent, jest to bardzo prawdopodobne (rozmawialiśmy przed tym, jak Donald Trump ogłosił, że Nicolás Maduro i jego żona mają zostać przetransportowani do Nowego Jorku – przyp. red.).

Spodziewano się jednak, że działania mogą być szersze niż tylko porwanie prezydenta. Do nas docierają sprzeczne informacje. Z jednej strony słyszeliśmy o negocjacjach, co sugerowałoby, że Maduro zgodził się na pewne warunki. Dokładny przebieg operacji pozostaje nieznany i być może nigdy nie poznamy wszystkich szczegółów, bo w takich sytuacjach informacje rzadko są ujawniane w całości. Nie wiadomo także, jak wyglądały warunki "nie do odrzucenia" postawione przez Amerykanów.

Z posiadanych informacji wynika, że Amerykanie mogli postawić Maduro w sytuacji, w której nie miał wyboru, i wycofali się z Wenezueli. Można to powiązać z przepisami amerykańskimi, które przewidują, że prezydent może wydać rozkaz użycia siły za granicą, ale musi albo uzyskać zgodę Kongresu, albo przynajmniej powiadomić o tym w ciągu 48 godzin. Być może dlatego operacja była tak szybka. Trump raczej nie chciał też angażować się w długotrwały konflikt, który mógłby negatywnie wpłynąć na jego popularność, a zmiana władzy wymagałaby znacznie więcej czasu.

Maduro ma zostać postawiony przed sądem amerykańskim, co jest bardzo nietypowe, ale nie jest niezgodne z Doktryną Monroe (ogłoszona w 1823 r. przez prezydenta USA Jamesa Monroe – głosiła, że Europa nie powinna ingerować w sprawy obu Ameryk, a wszelkie próby kolonizacji lub wpływu politycznego będą traktowane jako zagrożenie dla USA. W zamian Stany Zjednoczone deklarowały nieingerencję w sprawy europejskie przyp. red.)

Przedstawiono mu zarzuty związane z terroryzmem oraz dystrybucją narkotyków. Amerykańskie władze zdecydowały, że proces odbędzie się w Nowym Jorku, zamiast poddawać go jurysdykcji międzynarodowej.

Dlaczego?

Można wnioskować, że decyzja ta została wydana przez Trumpa w celu medialnego spektaklu – stosunkowo długotrwałego, który odwróci uwagę od innych kwestii i pomoże mu częściowo odzyskać popularność, budując wizerunek skutecznego przywódcy, aczkolwiek większość Amerykanów była przeciwna interwencji. Zwłaszcza że w kwestii wojny na Ukrainie jego sprawczość jest ograniczona, a popularność spada m.in. w związku ze sprawą Epsteina.

To jaki był cel tego ataku?

Wydaje się, że głównym celem operacji było pokazanie działania. Kwestia narkotyków w praktyce nie została rozwiązana – po pierwsze, większość narkotyków trafia do USA z Kolumbii, poprzez Meksyk, a nie z Wenezueli, fentanyl z Chin. Władze wenezuelskie, jeśli pozostaną u władzy, mogą więc nadal prowadzić dotychczasowe działania.

Nie chodzi tu o sprawiedliwość międzynarodową ani o prawo, bo oczywiście porwanie prezydenta innego kraju narusza przepisy międzynarodowe. 

Wydaje się, że celem Trumpa było udowodnienie, że Maduro popełnił przestępstwa na terenie Stanów Zjednoczonych, co zrobi przed amerykańskim sądem.

Wygląda jednak na to, że operacja miała stworzyć podstawy pod medialny spektakl. Jej głównym celem było pokazanie republikańskim wyborcom, że Trump ma sprawczość i potrafi działać. To jest główny efekt tej operacji, ponieważ więcej realnych rezultatów na razie nie przyniosła.

prof. Tomasz Płudowski

amerykanista

Wątpliwe jednak, by Ameryka Trumpa chciała w dłuższej perspektywie zrezygnować z wenezuelskich złóż ropy.

Nie podjęto żadnych dalszych działań na terenie Wenezueli, a można było spodziewać się większej operacji – w końcu Amerykanie wcześniej interweniowali w innych krajach Ameryki Łacińskiej. Jeśli jednak nic więcej się nie wydarzyło, pozostaje nam jedynie cierpliwie czekać.

Czy Trump liczy na to, że ludzie w Wenezueli przestraszą się władzy, że wybuchną społeczne niepokoje, zmieni się rząd, albo że opozycja i społeczeństwo odważniej wystąpią przeciw obecnej władzy? Na razie nic takiego nie widać.

Wygląda na to, że Trump starał się balansować między długotrwałym, kosztownym i niepopularnym konfliktem a potrzebą pokazania sprawczości, choć przepisy prawdopodobnie go nie powstrzymują. Ta sprawczość będzie w dużej mierze symboliczna, bo nie jest typowe porywać prezydenta innego kraju i stawiać go przed własnym sądem.

Prof. Migalski napisał w swoich mediach społecznościowych: "Jeśli USA mogą zaatakować Wenezuelę i porwać jej prezydenta (bo, rzekomo, ich interesy narodowe tego wymagają), to dlaczego niby Putin nie miałby najeżdżać Ukrainę, a Chiny zająć Tajwan?"

No tak, ale to nie jest nowość. Stany Zjednoczone od dawna mają pozycję "gliniarza świata" i w przeszłości ich działania spotykały się z niewielkim oporem, poza krajami Ameryki Łacińskiej czy dawnym Związkiem Radzieckim, a dziś – Rosją.

Jednak sytuacja nie jest do końca porównywalna. W przypadku Ukrainy kraj niedemokratyczny – Rosja – zaatakował demokratyczną Ukrainę. Tutaj natomiast mamy sytuację odwrotną: demokratyczne mimo Trumpa Stany Zjednoczone ingerują w kraj niedemokratyczny stanowiący zagrożenie. Metody mogą nie być legalistyczne, ale cel jest bardziej "szczytny". Trump pokazuje sprawność i sprawczość, ale potwierdza w niechętnych mu regionach amerykański imperializm.

Jednocześnie, gdy raz się zacznie, trudno będzie powstrzymać dalszy rozwój wydarzeń. 

Może Trump teraz zaatakować Meksyk?

Wątpię, by Meksyk został zaatakowany. W Wenezueli chodziło głównie o ropę, a poza tym była niedemokratyczna. 

Jeśli szukać racjonalności w tym wszystkim, pojawia się ryzyko tworzenia podziału stref wpływów. Efekt może być taki, że Putin przymknie oko – formalnie zaprotestuje, ale w praktyce pozwoli Trumpowi działać w kraju, który popiera, podobnie jak wcześniej w Syrii. Ceną za to mogłaby być Ukraina.

Teoretycznie Chiny również mogą wyciągnąć wniosek: jeśli Amerykanie mogą działać w ten sposób, to dlaczego my nie? Na przykład w Stanach Zjednoczonych powstają fabryki czipów oparte na tajwańskiej technologii.

Może się to skończyć tym, że Rosja poczuje się asertywna w naszym regionie, a Chiny spróbują przejąć Tajwan. Skutki długofalowe mogłyby być wówczas niebezpieczne dla naszej części świata.

Aczkolwiek Amerykanie nadal inwestują w bezpieczeństwo Polski – włożyli ostatnio kilkaset milionów dolarów w bazy, m.in. w Łasku, a także utrzymują inne bazy w Polsce. Na razie możemy więc czuć się względnie bezpieczni, choć precedens został ustanowiony.