
Ukraińca z zagłuszarką zatrzymano na lotnisku Chopina dopiero wtedy, gdy urządzenie rozpoznała AI. Przed tym przez kilka dni siedział bezkarnie na terminalu.
Świąteczne zatrzymanie Ukraińca na lotnisku Chopina przedstawiano jako dowód sprawności państwa. W pierwszych dniach nowego roku opinia publiczna usłyszała, że służby szybko namierzyły mężczyznę ze sprzętem do zakłócania elektroniki i potraktowały sprawę z należytą powagą. Z ustaleń dziennikarskich redakcji "Onet" wynika jednak, że za kulisami wyglądało to zupełnie inaczej. System zawiódł, a sytuację uratował upór kilku funkcjonariuszy i algorytm sztucznej inteligencji.
Ukrainiec Illia S. miał pojawić się w hali ogólnodostępnej lotniska co najmniej 17 grudnia. Przez kolejne dni zmieniał miejsca, przesiadywał w lokalach i na ławkach, nie próbując nawet przejść do strefy z kontrolą bezpieczeństwa. W międzyczasie na terenie portu miało dochodzić do kilku awarii systemów. Mimo że mówimy o obiekcie zaliczanym do infrastruktury krytycznej państwa, mężczyzna przez długi czas pozostawał jedynie "dziwnym pasażerem", którym nikt nie chciał się zająć.
Patrol zauważa pasażera widmo, a w identyfikacji urządzeń pomaga AI
Według relacji z lotniska pierwszy raz zainteresowała się nim Straż Ochrony Lotniska. Funkcjonariuszy zaniepokoiło, że ten sam człowiek od wielu godzin krąży po terminalu, a potem wraca w te same miejsca. Po krótkiej rozmowie nie udało się jednak ustalić jasnego celu jego pobytu w Warszawie.
Kiedy sprawdzono bagaż, uwagę zwróciło nietypowe urządzenie elektroniczne. Nie przypominało zwykłego sprzętu konsumenckiego, ale też nie wyglądało jak klasyczna wojskowa zagłuszarka. Funkcjonariusze mieli przed sobą człowieka, który od ponad tygodnia praktycznie mieszkał na lotnisku i nosił ze sobą tajemniczy moduł z anteną. W normalnie działającym systemie w tym momencie rusza cała procedura bezpieczeństwa. Tutaj zaczęło się wielogodzinne przerzucanie odpowiedzialności.
Nikt z obecnych na miejscu nie miał przeszkolenia, by od ręki rozpoznać specjalistyczny sprzęt do zakłócania sygnałów. Sięgnięto więc po narzędzie wykorzystujące algorytmy sztucznej inteligencji.
Po wykonaniu zdjęć i wprowadzeniu parametrów system zasugerował jednoznaczną odpowiedź: urządzenie wygląda jak zagłuszarka przeznaczona do zakłócania systemów elektronicznych, w tym łączności i sygnałów nawigacyjnych. Dopiero wtedy skala potencjalnego zagrożenia stała się oczywista. AI zadziałała szybciej niż ludzkie procedury: w kilka chwil podsunęła diagnozę, do której służby nie mogły dojść przez wiele godzin.
To moment, który najlepiej pokazuje słabość całego systemu. W kraju leżącym na froncie wojny hybrydowej funkcjonariusze na jednym z najważniejszych lotnisk muszą ratować się algorytmem, bo nikt wcześniej nie zadbał o wiedzę i szkolenia w tak wrażliwym obszarze.
Policja, ABW, SKW – wszyscy zajęci
Ustalenie, że w bagażu nieznanego mężczyzny leży zagłuszarka, nie sprawiło jednak, że służby od razu wszystko rzuciły i przyjechały na miejsce. Z relacji świadków wynika, że przez kolejne godziny patrolujący lotnisko funkcjonariusze próbowali zainteresować sprawą kolejne instytucje – od policji po służby specjalne.
To zwykli, liniowi funkcjonariusze – ci, którzy jako pierwsi zobaczyli podejrzanego – mieli w końcu wymóc działania na swoich przełożonych. Bez ich determinacji cała historia mogłaby zakończyć się tym, że mężczyzna po prostu opuszcza lotnisko, a ślad po wydarzeniu znika w raportach jako "niepotwierdzone zgłoszenie".
Sprawa Illii S. pokazuje, jak szybko najsłabszym ogniwem w systemie bezpieczeństwa może stać się rutyna. Lotnisko Chopina to obiekt, w którym spotykają się tysiące pasażerów dziennie, działają dziesiątki systemów elektronicznych, sieci łączności i nawigacji. W realiach wojny w Ukrainie czy chociażby sabotaży na kolei, sprzęt do zakłócania sygnałów w rękach nieznanej osoby powinien być traktowany jak czerwony alarm, a nie kłopotliwy przypadek, który wszyscy próbują odepchnąć od siebie.
Zobacz także
