komedie romantyczne
Na Netfliksie kryją się świetne komedie romantyczne Fot. Kadr z "Kocha, lubi, szanuje"

Nie są oryginalnymi produkcjami Netflixa, nie wyskakują na głównej stronie co pięć minut i nie powstały według algorytmu. A jednak to właśnie do nich najchętniej wracam. Te trzy komedie romantyczne to klasyki gatunku – mądre, zabawne i z chemią, której dziś coraz trudniej szukać.

REKLAMA

Choć Netflix wciąż produkuje własne rom-comy, trudno nie odnieść wrażenia, że złota era komedii romantycznej jest już za nami. Lata 90. i początek XXI wieku były czasem, gdy gatunek miał gwiazdy, charakter i odwagę, by mówić o relacjach w sposób jednocześnie lekki i zaskakująco przenikliwy.

Dziś komedie romantyczne częściej spełniają funkcję comfort movie niż filmowych wydarzeń – odpalamy je w tle albo wieczorem po ciężkim dniu i... tyle. I nic w tym złego, ale może właśnie dlatego tak chętnie wracamy do starszych tytułów? Do historii, które znamy na pamięć, bohaterów, którzy byli niedoskonali i dialogów, które naprawdę śmieszyły.

3 bardzo dobre komedie romantyczne na Netflix

Oto trzy kultowe komedie romantyczne, które bez problemu znajdziesz na Netflixie. Wszystkie są klasykami gatunku, które powinien znać każdy fan rom-comów.

1. Kocha, lubi, szanuje (2011)

logo
Fot. Kadr z "Kocha, lubi, szanuje"

Na pierwszy rzut oka "Kocha, lubi, szanuje" wygląda jak klasyczna komedia romantyczna z gwiazdorską obsadą. W praktyce to jedna z najbystrzejszych i najbardziej samoświadomych opowieści o miłości ostatnich kilkunastu lat.

Film splata ze sobą kilka wątków – od kryzysu małżeńskiego, przez randkowy chaos, po miłosne rozczarowania – pokazując relacje na różnych etapach życia. I robi to bez moralizowania, za to z dużą dawką ironii i humoru.

Steve Carell, Ryan Gosling, Julianne Moore i Emma Stone błyszczą w gwiazdorskiej obsadzie, a chemia Goslinga i Stone jest absolutnie kosmiczna. "Kocha, lubi, szanuje" to rom-com dla widzów, którzy chcą się pośmiać, ale też dowiedzieć się czegoś i o związkach, i o ludziach. To film, który starzeje się zaskakująco dobrze, chociaż z biegiem lat zdajesz sobie sprawę... ile wad mają główni bohaterowie.

2. Mój chłopak się żeni (1997)

logo
Fot. Kadr z "Mój chłopak się żeni"

To jeden z tych filmów, które świadomie podważają reguły gatunku. Julia Roberts nie gra tu "tej jedynej", tylko kobietę, która orientuje się, że jest zakochana w swoim przyjacielu. I to zdecydowanie za późno, bo jej ukochany... właśnie bierze ślub. Jej bohaterka jest impulsywna, egoistyczna i momentami irytująca – nie każdy ją polubi, ale dzięki temu Julianne jest tak bardzo ludzka.

"Mój chłopak się żeni" zadaje pytanie rzadko zadawane przez komedie romantyczne: czy miłość zawsze wystarczy, by wszystko usprawiedliwić? Film zapisał się w historii gatunku także dzięki drugoplanowym rolom – Cameron Diaz jako uosobienie idealnej (i nieco naiwnej) narzeczonej oraz Rupert Everett w kultowej, charyzmatycznej roli przyjaciela bohaterki.

To rom-com, który pozwala sobie na gorzką puentę, nie oferując łatwego happy endu. I właśnie dlatego wciąż działa – jako opowieść o dojrzewaniu, stracie i pogodzeniu się z tym, że nie każda historia miłosna jest "tą właściwą" i "tą jedyną". Seans obowiązkowy dla widzów, którzy mają alergię na przesłodzone komedie romantyczne.

3. Dziennik Bridget Jones (2001)

logo
Fot. Kadr z "Dziennika Bridget Jones"

Bridget Jones to jedna z najbardziej ikonicznych bohaterek komedii romantycznych – nie bez powodu. Film Sharon Maguire, oparty na bestsellerowej powieści Helen Fielding, odczarował wizerunek filmowej singielki, pokazując ją jako osobę nieidealną i pełną kompleksów, ale też autentyczną i zabawną.

Nominowana do Oscara Renée Zellweger stworzyła postać, z którą łatwo się utożsamić – niezależnie od wieku i doświadczeń. "Dziennik Bridget Jones" to także popis obsady: Colin Firth jako powściągliwy, chłodny Mark Darcy i Hugh Grant w roli czarującego, ale toksycznego uwodziciela tworzą z Zellweger jeden z najbardziej klasycznych miłosnych trójkątów w historii gatunku.

Kultowy film, który doczekał się aż trzech kontynuacji, świetnie balansuje między humorem a emocjami, łącząc brytyjską ironię z romantyczną konwencją. Nie tylko bawi, ale też trafnie punktuje presję społeczną, oczekiwania wobec kobiet i chaos współczesnych relacji.

Może dlatego – mimo że od premiery minęło 25 lat – "Dziennik Bridget Jones" w ogóle się nie nudzi? Choć trzeba przyznać, że nieco się zestarzał, szczególnie w kwestii podejścia do kobiecego ciała. W latach 2000. body shaming miał się niestety świetnie – dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwałby Bridget "grubą".