ceny pączków
Groszowe ceny pączków powinny nas zaniepokoić, a nie podekscytować Fot. Shutterstock / montaż: naTemat

Są pączki za 5 groszy. Są za 9. Są za darmo, jeśli dorzucisz do koszyka papier toaletowy, pomidory i żel do czyszczenia toalet za stówę. W tłusty czwartek dyskonty prześcigają się w cenowych absurdach, a my – jak co roku – robimy wielkie oczy i… wrzucamy do koszyka dwadzieścia cztery pączki, bo przecież szkoda nie wziąć. Tylko że to nie jest już "tani pączek", tylko sygnał alarmowy.

REKLAMA

Promocje na pączki w dyskontach są w tym roku jak mem. W jednej sieci pączek kosztuje 55 groszy, ale już przy dwunastu sztukach spada do dziewięciu groszy. Przy dwudziestu czterech – do pięciu. W innej za pięć groszy dostaniesz ich dwanaście. Gdzie indziej – gratis, o ile wcześniej wydasz sto złotych. To już nie jest święto łasuchów, tylko olimpiada dumpingowych cen.

Można się z tego śmiać, robić rolki na Instagramie i liczyć, ile pączków da się zjeść za złotówkę. Tylko że w tym wszystkim kompletnie gubi się jedna refleksja i to dość istotna – co my właściwie jemy?

Tanie pączki z dyskontów wcale nie są fajne. Pestycydy to dopiero początek

Umówmy się: jeśli coś, co ma w składzie mąkę, tłuszcz, cukier i nadzienie – a do tego dochodzą jeszcze energia, woda, transport i czyjaś praca – kosztuje pięć groszy, to pytanie nie brzmi już: "jak to możliwe?", tylko: "co to właściwie jest za syf?".

Pączek za kilka groszy to nie po prostu "gorszy pączek" – to jest produkt przemysłowy w najczystszej postaci. Robiony hurtowo, smażony w tłuszczu, który ma wytrzymać tysiące sztuk, z nadzieniem, które musi być stabilne miesiącami, z ciastem, które nie może się starzeć ani psuć. Smak jest drugorzędny. Liczy się trwałość, powtarzalność i koszt.

I teraz dochodzimy do rzeczy, o których w reklamach "mega okazji" nikt nie mówi. Niezależny niemiecki magazyn "Öko-Test", który przerowadza testy produktów, poprosił ekspertów o analizę składu pączków z popularnych sieci handlowych. Badano m.in. obecność pestycydów, pozostałości olejów mineralnych (MOSH/MOAH), tłuszcze trans, dodatki technologiczne, aromaty, fosforany, karboksymetylocelulozę.

Efekt? Żaden z badanych wypieków nie dostał oceny wyższej niż "zadowalająca". W części próbek wykryto kilka rodzajów pestycydów naraz. W innych – pozostałości olejów mineralnych, które w ogóle nie powinny trafiać do żywności. Były dodatki poprawiające konsystencję, aromaty udające smak, stabilizatory, których zadaniem jest jedno: sprawić, żeby ten pączek przetrwał wszystko, łącznie z apokalipsą.

Co ciekawe – jeden z najdroższych badanych pączków wypadł najgorzej. Cena wcale nie uratowała składu. Ale groszowe "okazje" wypadły… dokładnie tak, jak można się było spodziewać.

Nikt nie umrze od jednego taniego pączka w Tłusty Czwartek, ale może nie jedz ich 20

Nie chodzi o straszenie, bo nikt nie umrze od jednego pączka. Problem leży gdzie indziej: normalizujemy jedzenie, które nie ma prawa być tak tanie. Przyzwyczajamy się, że słodycz za grosze to "spryt", a nie czerwona lampka. Skoro w czasach powszechnej drożyzny coś kosztuje kilka groszy, to trzeba brać, nie? Najlepiej hurtowo i nawalić pół koszyka pączków za 5 groszy.

Niestety tanio nie znaczy bezkosztowo i najważniejsze pytanie brzmi: jaką cenę tak naprawdę płacimy za pączki "za dara"?

Pączek z dobrej cukierni kosztuje kilka, kilkanaście złotych (nie musicie od razu kupować ich u Gessler) nie dlatego, że ktoś chce nas oskubać, ale dlatego, że używa prawdziwego masła, świeżych jaj, normalnego tłuszczu. Robi tego pączka dla ludzi, a nie pod tabelkę zysków w Excelu. Pewnie, są wyjątki, bo nie brakuje cwaniaków, ale większa szansa, że zjesz porządnego pączka z porządnej cukierni niż z dyskontu.

To jest różnica między jedzeniem a produktem spożywczym – między czymś, co ma dawać przyjemność, a czymś, co ma się po prostu sprzedać.

Od jednego pączka nic się nie stanie, ale problem zaczyna się wtedy, gdy takie "okazje" przestają być wyjątkiem, a stają się normą. Gdy przyzwyczajamy się do żywności pełnej tanich tłuszczów, dodatków, stabilizatorów i aromatów, bo jest tanio. Konsekwencje nie działają od razu, ale zbierają się latami: obciążają organizm, metabolizm, zdrowie. Po cichu i bez alarmów.

Tłusty Czwartek to dziś festiwal kupowania jak najtaniej

Tłusty Czwartek miał być świętem przyjemności i czymś, na co się czeka. Jednym pączkiem, dwoma, trzema. Tymczasem zamienił się w festiwal hurtowego obżarstwa, gdzie liczy się ilość, nie jakość, a duma polega na tym, że "wyszło najtaniej". Czyli zjedzmy jak najwięcej byle czego, zamiast naprawdę delektować się jednym pysznym pączkiem, który faktycznie nam smakuje.

Więc nie – nikt ci nie zabrania kupić pączka za pięć groszy. Ale może zamiast brać dwadzieścia cztery w "super ekstra mega promocji", lepiej wziąć jednego porządnego. Zjeść go bez wyrzutów sumienia i bez składu, który zawiera całą tablicę Mendelejewa. Wiem, że psuję humory, ale pączek za grosze to wcale nie okazja – to sygnał ostrzegawczy.