
– Tę nominację należy potraktować jako próbę zgniecenia obu Konfederacji, odebrania im tlenu i zmniejszenia ich poparcia – mówi o wyborze Przemysława Czarnka na kandydata PiS na premiera prof. Marek Migalski, politolog i były europoseł PiS. Rozmawiamy o tym, dlaczego Jarosław Kaczyński postawił właśnie na niego. I czego się po nim spodziewać?
Jest pan zaskoczony? W szoku?
Nie. Przemysław Czarnek był jednak brany pod uwagę.
Ale cały czas dochodziły do nas głosy z PiS, że Przemysław Czarnek nie będzie kandydatem na premiera, bo to ma to być osoba, która łączy, a nie dzieli. To miała być nowa twarz. "Nie Czarnek. On ma wielu krytyków, ma negatywny elektorat" – słyszeliśmy.
Okazało się, że nie. Ja tłumaczę to jednym sformułowaniem: w prawo zwrot.
O co więc chodziło Jarosławowi Kaczyńskiemu?
W moim przekonaniu nominację Przemysława Czarnka należy potraktować jako próbę zgniecenia obu Konfederacji, odebrania im tlenu i zmniejszenia ich poparcia. Czyli żadne działanie do środka. Żadne umizgi do centrowego elektoratu. To ma być po prostu twardy, prawicowy, konfederacki de facto kandydat na premiera.
I celem tej nominacji jest właśnie to, czyli odebranie tlenu obu Konfederacjom, tak żeby PiS mogło odzyskać tytuł absolutnego lidera po prawej stronie, bo dzisiaj to tak nie wygląda.
Od dłuższego czasu wyniki sondażowe obu Konfederacji przewyższają wynik PiS. I to ma się po prostu odwrócić. To znaczy – Czarnek ma to odwrócić. Czarnek ma mówić językiem Konfederacji. Ma mówić językiem brutalnym, żeby nie powiedzieć brunatnym.
Ma być tym, który dla wyborcy prawicowego będzie podobnie wiarygodny jak Sławomir Mentzen czy Grzegorz Braun.
Czyli PiS trochę nas w ostatnich tygodniach zwodził? Gdyby przeanalizować przekaz z ostatnich tygodni, to miał być kandydat, który pogodzi zwaśnione frakcje.
Nie do końca. Ale jest w tym trochę prawdy, dlatego że Czarnek rzeczywiście jest akceptowany przez dużą część aparatu, przez dużą część wyborców. On oczywiście jest człowiekiem jednej z frakcji. Natomiast myślę, że on może się odnaleźć jako ten, który postara się jednoczyć.
Zwłaszcza że dzisiaj z ust prezesa Kaczyńskiego padły bardzo miłe słowa wobec Morawieckiego.
Podczas konwencji był taki moment, kiedy po tym, jak mówił o dokonaniach rządu Szydło i Morawieckiego, sala zaczęła skandować imię "Beata, Beata". I specjalnie Kaczyński powiedział: "Ale również Mateusz".
Chodzi o to, żeby Morawiecki, który jest z frakcji antyczarnkowej nie pomyślał, że to jest moment na wyjście z PiS. I żeby uspokoić frakcję harcerzy, czyli zwolenników Morawieckiego. Pokazać, że co prawda ich lider nie zostanie premierem, natomiast ich miejsce jest w szerokim obozie PiS.
Tak czytam wypowiedź Kaczyńskiego.
Z jego ust padły też słowa: "Musimy iść razem, wszyscy".
Kaczyński mówi to na zupełnie poważne. On rozumie, że rozpad PiS teraz, a już zwłaszcza przed wyborami, może po prostu pozbawić Kaczyńskiego i jego partię władzy. Dlatego dla niego rzeczywiście w tej chwili absolutnie kluczowe jest utrzymanie spójności partii i zwrot w prawo w kierunku wyborców obok Konfederacji.
Jak strategicznie ocenia pan jego ruch z Przemysławem Czarnkiem?
To nie był zły ruch.
Mianowanie Lucjusza Nadbereżnego, nieznanego samorządowca, być może byłoby do zaakceptowania przez dużą część wyborców, ale on nie byłby zaakceptowany przez działaczy. Natomiast cokolwiek myśleć o Czarnku, on potrafi się rozepchać w partii i daje pewną powagę.
Ja osobiście nie podzielam jego poglądów, negatywnie oceniam jego rolę jako ministra nauki i szkolnictwa, natomiast rozumiem, że dla dużej części wyborców jest on politykiem poważnym. Jest profesorem uniwersytetu, prawnikiem, więc myślę, że może być atrakcyjny dla dużej części wyborców, którzy dzisiaj jeszcze nie są skłonni zagłosować na PiS.
Ale powtarzam: to nie są wyborcy centrowi. To nie jest pomysł na wyborców centrowych. Ja nawet mam taką ogólną teorię, że wyborców centrowych w ogóle już nie ma. Oni po prostu zniknęli i partie, które próbują budować na nich, znikają. Ostatnim przykładem jest Polska 2050.
Czarnek ma po prostu zrobić 35-37 proc. dla PiS. I zrobi to nie dlatego, że zwróci się do środka, tylko dlatego, że pójdzie na prawo. To 37 proc. będzie kosztem zdławienia obu Konfederacji tak, żeby przy ewentualnym tworzeniu rządu byli dla PiS naprawdę junior partnerami, czyli o wiele słabsi niż w tej chwili są w sondażach.
Dziś, gdy PiS ma 25 proc., jedna Konfederacja 15 proc., a druga 10 proc., są właściwie prawie równi. Natomiast w sytuacji, gdy PiS – kosztem obu Konfederacji – ma 35-37 proc., a one po 7, 10, czy 12 proc., jest zupełnie inna rozmowa na temat tworzenia rządu. Oczywiście o wiele korzystniejsza dla PiS.
Zobacz także
Według pana Kaczyński tym ruchem osiągnie swój cel?
Nie jestem w stanie przewidzieć, czy PiS wygra wybory i czy Czarnek będzie premierem. Jest za wcześnie. Natomiast Kaczyński zrobił dobry, duży krok w tym kierunku.
Czego możemy się teraz spodziewać po Czarnku?
Jeśli chodzi o sytuację wewnętrzną, to prognozuję ciepłe gesty wobec Morawieckiego i jego frakcji. Po to właśnie, żeby Morawiecki nie czuł się wypchnięty, żeby miał powód do tego, żeby zostać w PiS. Moim zdaniem to pierwsza rzecz, która zostanie zrobiona. Reszta to będzie wprowadzanie do obiegu publicznego języka obu Konfederacji i zawłaszczenie.
W polityce jest tak, że duży przychodzi do piaskownicy i bierze zabawki małym. I w sensie programowym, i w sensie ludzi, bo być może będą transfery, tego też nie wykluczam. Ale przede wszystkim chodzi o program.
On będzie jeszcze bardziej prawicowy niż był do tej pory. To straszenie gender, uchodźcami, Ukraińcami. Niestety trzeba się spodziewać takiego języka.
Mogą być też pewne ukłony w stronę wolnorynkowych postulatów ekonomicznych, żeby przyciągnąć wyborców Menztena. Będzie więc prawicowo, wolnorynkowo, antyukraińsko, antyuchdźczo, antyimigrancko i antygenderowo.
I wyborca zaraz się pogubi, kto jest z PiS, a kto od Brauna.
I o to chodzi. Gdy przyjdzie do wyborów, to wyborca postawi na największego, najważniejszego, który ma największe środki do dyspozycji. I jeśli wszystkie trzy partie będą mówić właściwie to samo, obstawia się najsilniejszego.
Czyli zakłada pan, że PiS przy Czarnku zabierze te zabawki mniejszym w piaskownicy?
Tak.
Poskleja PiS od środka?
Będzie próbował. Nie wiem, czy mu się to uda, natomiast będzie to robił.
Zobaczymy, że słupki sondażowe PiS skoczą do góry?
Nie. Tak to nie działa. To jest jednak za słaba rzecz, żeby w tej chwili przekonała ludzi. Czarnek dlatego został mianowany teraz, a nie na pół roku przed wyborami, żeby mieć prawie półtora roku na przeprowadzenie tego planu.
To musi być ciężka praca w terenie, ale też programowa, o tym zresztą mówił prezes. Żeby wyborcy właściwie nie byli w stanie odróżnić programu PiS od programu obu Konfederacji.
Ruch z Czarnkiem to była desperacja Kaczyńskiego?
On został od tego zmuszony. To na pewno nie jest tak, że on planował to sobie pół roku temu. Skłoniły go do tego dwie rzeczy. Po pierwsze, narastające konflikty wewnątrz partii, co za chwilę mogło skończyć się jakąś sensacją. Po drugie, rosnące notowania obu Konfederacji. Czarnek jest odpowiedzią na oba te zagrożenia. Czy mu się uda? To jest inna sprawa.
Myśli pan, że to była trudna decyzja dla Jarosława Kaczyńskiego? Że miało być: Czarnek albo nikt?
Kaczyński sam publicznie mówił, że miał kandydata in pectore – w sercu. I chyba rzeczywiście tak to wyglądało: pozwolił mu się tym trochę nacieszyć, rzucić kilka nazwisk na giełdę, trochę się tym politycznie pobawić. Ale wydaje mi się, że od momentu, w którym uznał, iż potrzebny jest ktoś taki jak Czarnek, to właśnie on był jedynym kandydatem poważnie branym pod uwagę. Oczywiście, nie siedzimy w głowie Kaczyńskiego.
Dla Czarnka to jest ogromny skok.
Oczywiście. Kilka lat temu był wojewodą lubelskim. Później bardzo szybko awansował na stanowisko ministra nauki. I teraz nagle jest kandydatem na premiera. Dla niego to jest winda.
Dlaczego mimo wszystko Jarosław Kaczyński nie postawił na nową twarz?
Bo nie potrzebuje 50 proc. głosów. On potrzebuje 35-37 proc., więc nie potrzebuje kandydata, który będzie się podobał większości Polakom. On ma się podobać wyborcom prawicowym i skrajnie prawicowym.
I jednym z najlepiej nadających się na to, a być może najlepszym z giełdy nazwisk, był właśnie Czarnek. Gdyby postawili na przykład na Bocheńskiego, to on walczyłby o wyborcę centrowego, czyli kompletnie bezsensownie. A tu chodziło o coś innego.
Załóżmy taki scenariusz: PiS wygrywa wybory. Czarnek faktycznie zostaje premierem? Nawet z PiS dochodziły głosy, że teraz chodzi o kandydata na czas wyborów. Potem wszystko może się zmienić i premierem mógłby zostać nawet Morawiecki.
Oczywiście Kaczyński wielokrotnie zmieniał zdanie. Wszyscy przypominają, że on nie przywiązuje się do własnych słów. Natomiast jeśli ten rząd miałby być robiony z obiema Konfederacjami, a na to wygląda, to Czarnek by pasował.
Morawiecki nie pasowałby programowo. Natomiast Czarnek może się zbudować tak, że obietnica prezesa będzie utrzymana po wyborach. Nie widzę powodu, dla którego ewentualny zwycięski PiS miałby jej nie spełnić. Czarnek jest poważnym kandydatem na tle części innych konkurentów.
Podczas konwencji PiS wiele razy padały słowa o Kaczyńskim: "Architekt naszych kolejnych zwycięstw". Po Szydło, Dudzie, czy Nawrockim mamy kolejny taki moment w PiS?
Prezes potrafił zarządzać, kierować i nie brać odpowiedzialności, a jednocześnie posługiwać się ludźmi, których świadomie promował. Jednocześnie utrzymywał ich na pewnej uwięzi. Na razie nikt mu się z tego nie wyrwał. Zobaczymy czy będzie potrafił kontrolować Czarnka.
A pan jak myśli?
Czarnek chyba wygląda na takiego, który ma ogromne ambicje, ale jednocześnie to człowiek, który rozumie, że on jest silny siłą PiS i poparcia Kaczyńskiego. On rozumie, że ta winda, która go teraz wiezie, to jednak jest winda pisowska. To nie jest jego osobista popularność, to nie są jego osobiste zalety. On po prostu okazał się osobą, na którą – z punktu widzenia Kaczyńskiego – warto postawić.
Myślę, że on będzie bardzo długo lojalny wobec Kaczyńskiego. Na pewno do dnia wyborów. Ale później – chyba też. On rozumie, że jest istotny w tej konfiguracji, a nie w jakiejś innej, tworząc własny projekt polityczny.
Jak na wybór Czarnka powinna zareagować KO?
Nie odpowiem na pytanie, co powinni zrobić, ale spróbuję odpowiedzieć, co zrobią. Myślę, że z ich strony będzie to ignorowanie, wyśmiewanie albo będą kpiny, czy przypominanie jakichś wypowiedzi Czarnka. Reakcja obecnego rządu nie ma tutaj żadnego znaczenia. Chyba nie zareagują, bo wtedy oznacza to nadawanie temu wagi.
Czy z ich strony powinno to przyspieszyć kampanię wyborczą?
Nie. Muszą dać mu też parę razy się potknąć. Dziennikarze się do niego dobiorą, będzie jeszcze bardziej na świeczniku. Stare przysłowie mówi, żeby usiąść na brzegu rzeki i czekać na wpłynięcie trupa naszego nieprzyjaciela. Myślę, że przez przynajmniej pół roku będą to robili. Oczywiście później, w kampanii wyborczej, trzeba będzie się do tego ustosunkować.
Jak ogólnie ocenia cały spektakl związany z wyborem kandydata PiS na premiera, który ciągnął się tygodniami?
To oczywiście ma trochę odwracać uwagę od niskich notowań PiS, ale to nie był zły pomysł, żeby to trwało, żebyśmy spekulowali i rozmawiali o tym. Każdy program publicystyczny musiał być o tym, portale musiały o tym pisać, wyborcy mogli o tym rozmawiać w domach. To nie był źle zaplanowany spektakl. I ostatecznie nie jest to źle wybrany kandydat.
