
Miało być szybko, komfortowo i przede wszystkim pięknie. Zamiast tego została twarda kreska nad ustami, która nie znika, mimo że od zabiegu minął już rok. Alex, jak wiele innych kobiet, chciała tylko poprawić swój wygląd. Dziś mówi wprost: – W Polsce dochodzenie swoich praw po nieudanym zabiegu to trochę jak walka z wiatrakami.
"Pomóżcie, bo jestem załamana" – tak najczęściej zaczynają się posty na jednej z grup na Facebooku. Do tego zdjęcie, które wywołuje ciarki na skórze.
Zasiniona skóra. Miejsca, które niepokojąco bieleją. Rażąca asymetria i nienaturalna, paląca czerwień. Twarz zniekształcona przez olbrzymią opuchliznę. Charakterystyczne "półeczki" nad górną wargą.
Pod spodem lawina komentarzy. "Tulę", "Bardzo mi przykro", "Co ona ci zrobiła?!"
Chciały tylko poprawić urodę: powiększyć usta, zlikwidować lwią zmarszczkę, poprawić powieki.
W gabinetach zostawiły często niemałe pieniądze. W lustrze zobaczyły efekt, który daleko odbiega od tego, na co się umawiały.
"Seplenię, usta dziwnie się układają, mam trudności z wymawianiem" – pisze jedna z nich.
Chciała powiększyć usta.
"Czuję straszne odrętwienie" – żali się kolejna.
"Powieka mi opada po botoksie, ratunku" – pisze inna.
Alex jest jedyną, która odpisuje na moją wiadomość i chce opowiedzieć swoją historię.
Ofertę znalazła w sieci. Kosmetyczka wpompowała w jej usta 2 ml kwasu hialuronowego naraz. Alex zapłaciła za to jedynie 350 złotych. Dziś mówi, że to była najdroższa "oszczędność" w jej życiu.
– To była młoda dziewczyna – opisuje kosmetyczkę. – Na początku wszystko wyglądało w porządku, dopóki nie zaczęła wkłuwać igły. Ból był dużo większy niż przy wcześniejszych zabiegach. A potem spojrzałam w lustro i od razu zobaczyłam, że coś jest nie tak – opowiada. – Taka twarda, dziwna kreska nad ustami.
Kosmetyczka machnęła rękę: "To zejdzie", "to tylko opuchlizna". Zaproponowała też korektę, ale Alex nie wróciła. Bała się, że kolejna ingerencja tylko pogorszy sprawę.
Minął rok. Kwas hialuronowy nadal się nie wchłonął.
– Ta kreska nadal tam jest. Codziennie ją widzę – mówi smutno.
W profesjonalnym gabinecie, w którym szukała ratunku, usłyszała, że konieczne będzie rozpuszczenie kwasu. To oznacza bolesny i kosztowny proces, często rozłożony na kilka wizyt.
Ale się boi. Ból znosi bardzo źle. Dobrych wspomnień też nie ma.
Alex mieszka w Anglii i – jak mówi – dopiero z tej perspektywy widzi różnicę w podejściu do klienta.
– W Anglii, jeśli coś pójdzie nie tak, często po prostu oddają pieniądze. Dbają o opinię. A w Polsce? Wszystko jest w porządku, dopóki płacisz. Kiedy zaczynasz mieć problem, nagle robi się pod górkę – irytuje się.
Zwróciła się nawet o pomoc do rzecznika praw konsumenta. Usłyszała, że może iść do sądu. Tyle że to oznacza czas, koszty i zaangażowanie. A ona nie dość, że mieszka za granicą, to jeszcze nie ma nawet paragonu za wykonany zabieg.
Dziś Alex nie ma w sobie już takich emocji, jak wtedy, kiedy pierwszy raz spojrzała na siebie w lustrze. Ale nadal cierpi. – Wiem, że to był błąd techniczny, brak doświadczenia. Po prostu źle wykonany zabieg – mówi. – Tylko że to ja zostałam oszpecona.
Usta krwawiły jeszcze kilka godzin po zabiegu
U Alex szok przyszedł natychmiast. Ale nie u wszystkich tak jest. Czasem nieudany zabieg to bomba z opóźnionym zapłonem.
Jedna z internautek początkowo była zachwycona efektem. "Opuchlizna zeszła po dwóch–trzech dniach, wszystko wyglądało dobrze" – relacjonuje.
Delikatnie poprawiła nos i usta.
Kosmetyczka zapewniła ją, że ewentualna korekta nosa jest w cenie. Wystarczy, że zgłosi się w ciągu dwóch tygodni.
I zgłosiła.
Usłyszała, że "nie ma terminów w tym miesiącu" i że "ma spróbować później". Termin znalazł się natychmiast, kiedy obiecała, że dokupi jeszcze 0,5 ml preparatu na usta.
Na miejscu okazało się, że korekta nosa nie jest już darmowa, bo minęły dwa tygodnie. Problem w tym, że właśnie w tym czasie nie mogła się zapisać.
Znów kosmetyczka kazała zapłacić jej gotówką. Kolejny raz nie dostała paragonu.
W przypadku powikłań to ogromny problem. Bez potwierdzenia wykonania usługi pacjentka praktycznie nie ma narzędzi, by dochodzić swoich praw.
A powikłania – jak pokazują wpisy – nie należą do rzadkości.
"Ból był nie do zniesienia, usta krwawiły jeszcze kilka godzin po zabiegu" – relacjonuje kobieta. – "Wyglądają nienaturalnie, z profilu wręcz komicznie. Zrobiła się twarda "półeczka" nad górną wargą".
Podobnych historii są setki. Jedna z internautek opisuje: "Tragedia. Usta są twarde, kontur odstaje".
Koniecznie czytaj dalej. To ważne!
Zobacz także
Kiedy pojawia się problem, wiele kosmetyczek – jak wynika z relacji – unika odpowiedzialności. Nie proponują pomocy, nie zwracają pieniędzy, często nie odpisują na wiadomości.
– Im większą wagę przywiązujemy do zmiany w wyglądzie, tym bardziej dotkliwa jest reakcja, gdy efekt okazuje się nieudany – zauważa psycholożka Karolina Kownacka.
Karolina Kownacka
psycholożka
Jak podkreśla, konsekwencje mogą wykraczać daleko poza sam wygląd i realnie wpływać na zdrowie psychiczne.
– Jeśli te emocje utrzymują się dłużej, mogą prowadzić do wyraźnego spadku samooceny. Taka osoba zaczyna się izolować, unika kontaktów z innymi, zamyka się w domu z obawy przed oceną. Często pojawia się też fiksacja – ciągłe sprawdzanie w lustrze, które tylko pogłębia napięcie – tłumaczy.
Ekspertka zwraca uwagę, że długotrwałe pozostawanie w takim stanie może mieć bardzo poważne konsekwencje.
– W skrajnych przypadkach, przy nieleczonej depresji, znacząco rośnie ryzyko prób sam***jczych. To temat, którego absolutnie nie wolno bagatelizować – ostrzega.
Karolina Kownacka
pycholożka
"Miałam odrętwienie i nienaturalne ułożenie ust. Modliłam się, żeby jak najszybciej puścił botoks" – to kolejna historia.
Jeszcze poważniejsze konsekwencje opisują osoby po bardziej inwazyjnych zabiegach.
"Po niciach PDO walczę z opuchlizną i powikłaniami już dwa miesiące. Były antybiotyki, sterydy – nic nie pomaga" – relacjonuje jedna z nich. Jak dodaje, wykonawczyni zabiegu "umywa ręce, a nawet wyśmiewa problem".
Niektóre historie kończą się interwencją lekarzy. "Dziś mam usuwanie nici u chirurga. Mam nadzieję, że to koniec" – pisze.
Pojawiają się też zarzuty wobec klinik.
W komentarzach nie brakuje gorzkich podsumowań:
"Polska to kiepski kraj do robienia takich zabiegów, bo pacjent zostaje z tym sam" – pisze jedna z użytkowniczek.
Brak ubezpieczenia OC
– Dlaczego pacjentki wciąż wybierają gabinety kosmetyczne zamiast lekarskich?– pytam mec. Katarzynę Przyborowską.
– Motywacja jest prosta: cena. Kosmetyczka jest zazwyczaj tańsza niż lekarz. Lekarz bierze za swoją pracę większą odpowiedzialność i wycenia ją wyżej, co oczywiście nie oznacza, że kosmetyczka czy kosmetolog nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje błędy. Odpowiedzialność cywilna istnieje zawsze, tyle że w ich przypadku droga do uzyskania odszkodowania jest znacznie bardziej wyboista – odpowiada.
Karolina Kownacka
psycholożka
Co mogą zrobić klientki w sytuacji, gdy zabieg się nie uda? Czy mogą liczyć na zwrot pieniędzy, czy pozostaje im tylko długa i kosztowna droga sądowa?
Wracam z tymi pytaniami do mec. Katarzyny Przyborowskiej.
– W każdym przypadku, gdy droga polubowna – czyli próba zawarcia ugody czy zwrotu części środków – nie przyniesie konsensusu, pozostaje droga postępowania sądowego. Niezależnie od tego, czy zabieg wykonywał lekarz, czy kosmetyczka, pacjent ma prawo żądać odszkodowania lub zadośćuczynienia, w zależności od charakteru doznanej szkody. Musimy jednak wyraźnie odróżnić powikłanie od błędu medycznego – odpowiada mecenas.
Jak mówi dalej, w praktyce ostateczna ocena niemal zawsze należy do biegłego sądowego. To on rozstrzyga, czy mamy do czynienia z naturalnym ryzykiem wpisanym w dany zabieg, czy też z trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, który wynika z niewłaściwej techniki i wymaga leczenia naprawczego.
W wielu przypadkach, gdy efekt zabiegu jest daleki od oczekiwań, droga dochodzenia roszczeń okazuje się jednak wyboista. Jak tłumaczy prawniczka, postępowania sądowe są długotrwałe i kosztowne, co skutecznie zniechęca poszkodowane osoby.
Z tego powodu na walkę przed sądem decydują się głównie pacjenci, których szkody są poważne i wiążą się z wysokimi roszczeniami finansowymi. Przy drobniejszych defektach wiele osób rezygnuje, napotykając dodatkowo na mur i brak poczucia winy ze strony wykonawcy zabiegu.
Istotnym problemem pozostaje brak obowiązkowego ubezpieczenia OC w branży kosmetycznej. – Gdyby takie ubezpieczenie istniało, sprawę można byłoby skierować bezpośrednio do ubezpieczyciela i to on oceniałby sytuację, przyznając odszkodowanie lub nie – wskazuje mec. Przyborowska.
Tymczasem w Polsce zawody kosmetyczki i kosmetologa pozostają nieregulowane, co prowadzi do niebezpiecznych sytuacji.
Prawniczka zwraca uwagę, że obecnie brakuje jednoznacznych przepisów określających, jakie zabiegi mogą wykonywać lekarze, a jakie kosmetyczki.
Stanowisko Ministerstwa Zdrowia w tej kwestii jest wprawdzie jasne – procedury z wykorzystaniem kwasu hialuronowego czy toksyny botulinowej powinny być zarezerwowane dla osób posiadających odpowiednie kwalifikacje medyczne.
– Mimo jednoznacznego stanowiska resortu nie ma ono mocy prawnej. W praktyce obowiązuje zasada: co nie jest zakazane, jest dozwolone – zauważa prawniczka.
W efekcie rynek w dużej mierze funkcjonuje poza ścisłymi regulacjami.
– Mówiąc brutalnie: dziś nawet nie trzeba kończyć szkoły kosmetycznej, by zacząć wykonywać zabiegi. Wystarczy kupić sprzęt, przejść krótkie szkolenie i można pracować – podkreśla ekspertka.
Jednym z głównych problemów pozostaje brak rzetelnego wywiadu medycznego. W natłoku klientów schodzi on często na dalszy plan – a wraz z nim informacje o stanie zdrowia, alergiach czy przyjmowanych lekach. To prosta droga do powikłań.
Jak się zabezpieczyć na przyszłość? Przede wszystkim – mieć świadomość i nie bać się wymagać.
– W profesjonalnej medycynie operujemy pojęciem świadomej zgody – wyjaśnia mec. Przyborowska. – U lekarza pacjent podpisuje dokument, w którym ryzyko zostaje mu objaśnione. Pacjent, decydując się na zabieg, musi mieć pełną wiedzę o możliwych konsekwencjach. Co więcej, lekarz zawsze przeprowadza rzetelny wywiad medyczny, pyta o wyniki badań krwi czy przyjmowane leki.
mec. Katarzyna Przyborowska
radczyni prawna
– Kto najczęściej poddaje się zabiegom upiększającym? – z tym pytaniem wracam do psycholożki Karoliny Kownackiej.
– Osoby decydujące się na poprawę urody możemy podzielić na kilka grup. Jedną z nich są osoby, które kompletnie nie akceptują swojego naturalnego wyglądu i dążą do totalnej zmiany. Widzimy to wyraźnie w mediach społecznościowych, gdzie kobiety często upodabniają się do jednego, konkretnego wzorca. Jeśli ktoś zmienia się tak drastycznie, że przestaje przypominać siebie sprzed zabiegu, jest to sygnał silnego braku akceptacji własnego "ja".
I dodaje: – Z drugiej strony – nie demonizujmy. Mamy XXI wiek i jeśli ktoś dzięki medycynie estetycznej może poczuć się lepiej w swoim ciele, ma do tego pełne prawo. Jeśli zabieg natomiast się nie uda, trzeba sięgnąć po pomoc specjalisty. Pomoże on odzyskać stabilność psychiczną, która została tak mocno zachwiana – podsumowuje.
