Henryk R. ps. "Łomiarz" po aresztowaniu
Henryk R. ps. "Łomiarz" wyszedł na wolność. Czy społeczeństwo ma się czego obawiać? Fot. policja / canva

Strach, oburzenie i nawoływania do zaostrzenia prawa – tak wygląda dziś reakcja na wyjście Henryka R. na wolność. – Ludzie się boją, bo się ich straszy. Wzniecanie paniki jest nieuczciwe wobec ludzi, którzy pracują nad tym, by skazani po wyjściu potrafili funkcjonować w społeczeństwie. Wielu z nich żyje dziś obok nas i nie wraca do przestępstwa – mówi naTemat.pl prof. Monika Płatek, prawniczka i wykładowczyni Uniwersytetu Warszawskiego.

REKLAMA

– Chciałam porozmawiać o "Łomiarzu", który po wieloletniej karze pozbawienia wolności opuścił zakład karny pod dozorem elektronicznym – zaczynam rozmowę z prof. Moniką Płatek, prawniczką i wykładowczynią Uniwersytetu Warszawskiego.

– A dlaczego używa pani pseudonimu "Łomiarz", a nie inicjałów tego człowieka? – reaguje natychmiast, niemal odruchowo, prawniczka. – To jest groźne, ponieważ wyłącza myślenie, a uruchamia prymitywne instynkty związane z lękiem i odrazą. Takie pojęcia przekreślają kilkanaście lat pracy ludzi w zakładach karnych oraz szansę człowieka na normalne funkcjonowanie.

Tłumaczę się pośpiechem, skrótowością. Ale prawda jest taka, że w głowie mam też dziesiątki krzykliwych nagłówków, które od dni zalewają sieć: "Łomiarz wychodzi na wolność", "Łomiarz opuszcza więzienie". 

Tak jak inni dziennikarze chcę porozmawiać o mężczyźnie, który po 10 latach opuścił mury więzienia – o Henryku R. To jednak tylko ostatni rozdział historii, która zaczęła się ponad trzy dekady temu.

Spłacony dług czy tykająca bomba?

Czarna seria rozpoczęła się w 1992 roku. Wtedy to Henryk R. po raz pierwszy zaatakował kobietę, zadając jej brutalne ciosy w głowę. Przez kolejne półtora roku Śródmieście Warszawy stało się miejscem kolejnych ataków.

Policja powołała specjalną grupę operacyjną o kryptonimie "Amnezja". Nazwa nie była przypadkowa – uderzenia w tył głowy były tak silne, że ofiary, które przeżyły, często nie pamiętały przebiegu zdarzenia.

Pseudonim "Łomiarz" przylgnął do sprawcy na stałe, choć – jak ustalono – narzędziem ataku nie był łom, lecz metalowy przedmiot przypominający rurkę lub sprężynę. Schemat działania był jednak niezmienny: atak z zaskoczenia, brutalny cios i kradzież torebki. Jego ofiarami padały zarówno młode kobiety, jak i seniorki.

Zatrzymany we wrześniu 1993 roku usłyszał zarzuty dotyczące ataków na 29 kobiet. Pięć z nich zmarło w wyniku obrażeń. Początkowo został skazany na 25 lat więzienia, jednak po apelacji kara została obniżona do 15 lat.

Gdy w 2008 roku Henryk R. wyszedł na wolność, system wierzył w jego resocjalizację. Nadzieje te pękły już rok później, gdy zaatakował ponownie. To właśnie podczas przesłuchań w 2009 roku padły słowa, które do dziś mrożą krew w żyłach:

"Nienawidzę kobiet, to silniejsze ode mnie. Jak widzę kobietę, to myślę: jest do eliminacji".

Dziś Henryk R. ponownie jest na wolności.

Podczas gdy jedni na to reagują oburzeniem ("W jakim kraju my żyjemy?") lub pomstują ("Przywrócić karę śmierci"), u innych uruchamia się strach przed tym, że ktoś taki może wrócić do sąsiedztwa, że znów pojawi się na ulicy, że znów zaatakuje. 

Ludzie mówią, że system nie daje żadnej gwarancji bezpieczeństwa. 

Ale prof. Płatek tonuje te emocje. Mówi wprost, że wyjście na wolność Henryka R. nie jest błędem systemu, lecz jego naturalną konsekwencją. Karę więzienia porównuje do długu, który w pewnym momencie zostaje spłacony.

– Kara więzienia nie jest karą śmierci ani dożywotnim odosobnieniem – przypomina. – Więzienie nie służy do przetrzymywania ludzi w nieskończoność na koszt podatników. Jeśli ktoś nie został skazany na dożywocie, oznacza to, że jego kara po prostu dobiegła końca – i to stanowi podstawę wyjścia. Dług zostaje spłacony: człowiek ma czyste konto i odzyskuje wolność.

Ale dlaczego wolność, jaka wolność? Część opinii publicznej uważa, że 63-latek resztę życia powinien spędzić w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie. 

Jak wyjaśnia prawniczka, decyzję w takich sprawach podejmuje sąd cywilny. Jednocześnie podkreśla, że sam ośrodek w Gostyninie od początku budzi poważne wątpliwości prawne.

– Gostynin od początku jest instytucją, która narusza podstawowe zasady prawa karnego i Konstytucji – mówi. – W praktyce prowadzi do sytuacji, w której dochodzi do ponownego karania za czyn, za który kara została już odbyta. Co więcej, jest to kara surowsza, bo bezterminowa.

Jej zdaniem takie rozwiązanie wypacza sens kary pozbawienia wolności. 

– Więzienie nie powinno być "magazynem" dla ludzi, lecz miejscem pracy nad ich powrotem do społeczeństwa. Zgodnie z art. 67 Kodeksu karnego wykonawczego chodzi o to, by wzbudzić w skazanym wolę przestrzegania zasad życia społecznego – wyjaśnia.

Izolowanie kogoś, kto odsiedział wyrok co do dnia, to w opinii profesor nie środek bezpieczeństwa, lecz prawne bezprawie – dopychanie sprawiedliwości kolanem. Karze się tu człowieka nie za to, co zrobił, ale za to, co moglibyśmy poczuć, gdyby znów stanął obok nas. A takie mechanizmy, jak przypomina Płatek, mają w polskiej historii swoje najczarniejsze karty.

– Mamy przerażającą skłonność do skazywania ludzi bez wyroku. Proszę nie zapominać, w jakim kraju żyjemy. To kraj Tomasza Komendy – rzuca twardo prawniczka, a w jej głosie słychać ostrzeżenie przed społecznym linczem, który z prawem nie ma nic wspólnego. 

Po wyjściu na wolność Henryk R. zostanie objęty dozorem elektronicznym – jego miejsce pobytu będzie monitorowane za pomocą bransoletki cały czas, minuta po minucie, 24 godziny na dobę. 

A co jeśli zawiedzie? Jeśli Henryk R. przetnie bransoletkę lub złamie zakaz zbliżania się? Tu prof. Płatek ucina wszelkie spekulacje chłodnym, proceduralnym konkretem.

– Konsekwencje są precyzyjnie zapisane w warunkach dozoru, które wyznaczył sąd. Jeśli złamie prawo, zostanie osądzony. Kropka – mówi stanowczo. – Jako prawniczka nie zamierzam wydawać wyroku przed faktem. W państwie prawa, po odbyciu kary, człowiek podlega dokładnie tym samym regułom, co każdy inny obywatel. Ani lżejszym, ani surowszym.

Dla profesor recydywa to jednak nie tylko policyjna statystyka, ale bolesne świadectwo wystawione nam wszystkim.

– Recydywa to nie jest wyłącznie błąd jednostki. To przede wszystkim wskaźnik tego, na ile my jako społeczeństwo jesteśmy w ogóle zdolni przyjąć z powrotem kogoś, kto zapłacił za swoje winy – zaznacza. – Jeśli od progu witamy go wyłącznie nienawiścią i izolacją, to sami domykamy to błędne koło.

– A co z rodzinami ofiar? Czy ich poczucie bezpieczeństwa nie jest tu kluczowe? – dopytuję, próbując przebić się przez chłodny, prawniczy mur.

Prof. Płatek nie daje się sprowokować do emocjonalnych deklaracji. Wykłada na stół systemowe narzędzia ochrony.

– Prawo przewiduje bardzo konkretne mechanizmy: ofiary są informowane o tym, że sprawca opuszcza zakład karny, a dozór elektroniczny pozwala na nałożenie zakazu zbliżania się – wylicza.

Zwraca też uwagę na mechanizm, który w polskiej debacie publicznej niemal nie istnieje: mediację po wyroku. 

– W mediacji wcale nie chodzi o to, żeby doprowadzać do wybaczania, bo nie na tym rzecz polega – zaznacza profesor. – Jej celem jest obniżenie poczucia zagrożenia u ofiar. To ma im po prostu pozwolić ruszyć do przodu i zacząć znowu żyć normalnie. 

Na koniec profesor uderza w czuły punkt debaty – całkowitą niewidzialność tych, którzy ze skazanymi pracują na co dzień. 

– Wzniecanie paniki jest nieuczciwe wobec ludzi, którzy pracują nad tym, by skazani po wyjściu potrafili funkcjonować w społeczeństwie. Wielu z nich żyje dziś obok nas i nie wraca do przestępstwa – zauważa.– Tyle że o takich historiach mówi się znacznie rzadziej.

– Ale jednak ludzie się boją – nie odpuszczam. 

– Ludzie się boją, bo się ich straszy. Strach społeczny jest często wzmacniany przez sposób, w jaki mówi się o takich sprawach – kwituje. 

Dalsza część tekstu poniżej

Gdy prawnicy i specjaliści od resocjalizacji mówią o "czystym koncie" i "nowej szansie", medycyna patrzy na te założenia znacznie bardziej chłodno.

Pytam dr. n. med. Sławomira Murawca, psychiatrę i psychoterapeutę, czy umysł człowieka, który dekady temu dopuszczał się brutalnych ataków, może rzeczywiście ulec przemianie.

– Osobowość traktujemy jako względnie trwałą predyspozycję – tłumaczy prof. Murawiec. – To nie jest typowy epizod chorobowy, jak choćby depresja, z której po odpowiednim leczeniu pacjent może wrócić do normy. Zaburzenia osobowości to coś innego: to trwała cecha struktury człowieka, sposobu, w jaki funkcjonuje i reguluje emocje.

Psychiatra porównuje ludzką psychikę do architektury – jest jak konstrukcja, szkielet budynku. Jak dodaje, tego "szkieletu", szczególnie po sześćdziesiątce, nie da się już wymienić.

Terapia? W tym wieku to raczej trening kontroli

W powszechnym przekonaniu wiek łagodzi obyczaje. W psychiatrii nie jest to takie oczywiste.

Wiek może pewne cechy wręcz zaostrzać. To powszechnie znana obserwacja kliniczna: wraz z postępującym wiekiem charakter częściej się wyostrza, niż łagodnieje – podkreśla psychiatra.

Zwraca też uwagę, że zmiany organiczne zachodzące w mózgu wraz z wiekiem rzadko sprzyjają samokontroli. Jest wręcz przeciwnie.

– Zachowania, które wcześniej były hamowane, mogą pod wpływem zmian biologicznych po prostu wymykać się spod kontroli – ostrzega.

Henryk R. na wolności ma zostać poddany terapii. Jak zaznacza dr n. med. Sławomir Murawiec, jej znaczenie w takich przypadkach bywa ograniczone.

– Terapia w zaburzeniach osobowości jest potrzebna, ale jej celem jest raczej trening kontroli zachowań i funkcjonowania społecznego. Natomiast w wieku 63 lat głęboka przemiana osobowościowa pod wpływem terapii jest, mówiąc wprost, mało prawdopodobna – mówi wprost.

– Nie jestem jednym z tych psychologów społecznych, którzy uważają, że każdemu należy dawać nieograniczoną liczbę nowych szans. Ten człowiek swoją szansę już miał – podsumowuje.