Myśleli, że to magiczny brokat. To był śmiercionośny cez. Zobacz najnowszy odcinek "Prawdziwych historii"
Myśleli, że to magiczny brokat. To był śmiercionośny cez. Zobacz najnowszy odcinek "Prawdziwych historii" fot. Helena Yoshioka/Netflix

Serial Netfliksa "Radioaktywny kryzys" przypomina jedną z najbardziej wstrząsających katastrof radiologicznych XX wieku. W Goiânii zabójczy cez trafił do domów, autobusów i na skórę dzieci, bo ktoś uznał go za piękny, świecący proszek. W tym odcinku "Prawdziwych historii" sprawdzamy, co w serialu jest prawdą, a co fikcją.

REKLAMA

Pięcioodcinkowy miniserial "Radioaktywny kryzys" ukazuje historię dwóch złomiarzy, którzy rozkręcają pozostawiony w opuszczonym instytucie sprzęt medyczny, nie wiedząc, że uwalniają tym samym śmiertelnie niebezpieczny, radioaktywny chlorek cezu.

Wkrótce kolorowy proszek świecący w ciemności zostaje rozprowadzony po ubraniach i domach mieszkańców brazylijskiego miasta Goiany. I dopiero, gdy osoby mające z nim kontakt zaczynają chorować, do ludzi powoli dociera, że z tym magicznym brokatem jest coś nie tak.

Brzmi to niewiarygodnie, ale tak właśnie wyglądały początki prawdziwego radioaktywnego skażenia, którego przebieg jest osią fabuły nowego serialu na platformie Netflix.

W tym odcinku przyglądamy się prawdziwej historii incydentu w Goianie z 1987 i sprawdzimy, co twórcy opowiedzieli zgodnie z prawdą, a kiedy zaserwowali nam fikcję.

"Magiczny brokat", który zabijał

Po rozmontowaniu kapsuły pojawił się proszek świecący niebieskim blaskiem. Właściciel złomowiska Devair Alves Ferreira uznał go za coś niezwykłego. Pokazywał rodzinie i znajomym, rozdawał ziarenka "na szczęście". Radioaktywny pył trafiał na ubrania, podłogi, dłonie, twarze.

Najbardziej poruszająca jest historia sześcioletniej Leide das Neves Ferreira. Dziewczynka bawiła się kolorowym proszkiem, nałożyła go na ciało, a potem jadła jajko, siedząc na skażonej podłodze. Zmarła 23 października 1987 roku. Jej ciało pochowano w ołowianej trumnie zalanej betonem.

Kobieta, która przerwała łańcuch śmierci

Przez wiele dni lekarze podejrzewali zatrucie pokarmowe. Objawy – wymioty, biegunka, zawroty głowy – nie wskazywały od razu na promieniowanie. Dopiero Maria Gabriela Ferreira zauważyła, że choruje zbyt wiele osób związanych z jednym przedmiotem.

Włożyła pozostałości kapsuły do plastikowego worka, zawiązała go i pojechała zatłoczonym autobusem do Departamentu Zdrowia. Worek trzymała na kolanach. Tam powiedziała, że to, co przyniosła, zabija jej rodzinę.

To był moment przełomu. Gdy fizyk Walter Mendz Ferreira przyjechał z detektorem promieniowania, urządzenie zaczęło wariować już po drodze. Zrozumiał, że nie jedzie do zagrożenia. On już w nim był.

Miasto na liczniku Geigera

Władze rozpoczęły jedną z największych operacji radiologicznych w historii Brazylii. Przebadano ponad 212 tysięcy mieszkańców. U około tysiąca osób wykryto podwyższone skażenie, 249 miało znaczące ilości materiału radioaktywnego na skórze lub w organizmie, a 20 wymagało intensywnego leczenia.

Burzono domy, zdzierano asfalt, wycinano drzewa. Do metalowych beczek trafiały meble, ubrania, zabawki i rodzinne pamiątki. Radioaktywny proszek wykryto w domach, samochodach, autobusach, a nawet na zwierzętach.

Bezpośrednio zmarły cztery osoby: sześcioletnia Leide, Maria Gabriela oraz dwaj młodzi pracownicy złomowiska. Ci, którzy wynieśli głowicę z instytutu, przeżyli, ale jeden stracił palce, drugi przedramię.

Najmocniejsze w tej historii jest to, że nikt nie chciał nikogo zabić. Katastrofa była skutkiem biedy, chaosu, braku zabezpieczeń i urzędniczej bezradności. Radioaktywna "bomba cezowa" przez dwa lata leżała w opuszczonym budynku, choć instytucje wiedziały o zagrożeniu.

Lubisz filmy i seriale na faktach i interesuje cię, na ile fabuła oddaje rzeczywistość? W cyklu "Prawdziwa historia" opowiadałem między innymi o tym, co jest prawdą a co fikcją w hicie "Niebo". Prawdziwa historia polskiej sekty przeraża bardziej niż serial. W innym odcinku mówiłem o brutalnej prawdzie o słynnym gangu "Peaky Blinders", pominiętej w produkcji. Mam też coś dla fanów fantasy, bo także w takich historiach jest ziarno prawdy – "Gra o Tron" to nie czysta fikcja. Marin inspirował się wieloma prawdziwymi postaciami i wydarzeniami.