
To może być pierwszy taki przypadek w historii: pokolenie dzisiejszych dzieci może żyć krócej niż ich rodzice. Choć mamy ogromne możliwości, kondycja najmłodszych Polaków jest w stanie regresu. – Niechęć do dyscypliny, lęk przed rywalizacją i brak podstawowych umiejętności ruchowych sprawiają, że każde kolejne pokolenie jest mniej sprawne od poprzedniego – ostrzega dr hab. Michał Lenartowicz, socjolog sportu z AWF Warszawa. U młodych ludzi słabną nie tylko mięśnie, ale także też funkcje poznawcze. Słynny efekt Flynna stanął w miejscu i mamy się czym martwić.
Wyobraź sobie zwykłą szkolną klasę. Co trzeci chłopiec i co czwarta dziewczynka siedzący w ławkach to kandydaci na pacjentów oddziałów kardiologicznych. W tych ławkach dorasta właśnie pokolenie najbardziej zagrożone głównym zabójcą Polaków – chorobami układu krążenia.
To nie czarnowidztwo. To rachunek prawdopodobieństwa w kraju, w którym choroby układu krążenia od lat niezmiennie trzymają podium jako główny zabójca Polaków.
Różnica polega na tym, że kiedyś na serce chorowali dziadkowie.
A teraz na własne życzenie wychowujemy pokolenie, które może żyć krócej niż ich rodzice. Bo Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie.
Nie jest źle. Jest dramatycznie. Do tego stopnia, że polskie władze zdecydowały się na krok bezprecedensowy. Resorty: zdrowia, edukacji oraz sportu i turystyki łączą siły, by wspólnie zapanować nad narastającym kryzysem.
Efektem tej współpracy jest startujący we wrześniu program WOBASZ (Wieloośrodkowe Ogólnopolskie Badanie Stanu Zdrowia Ludności) pierwsze w historii na tak ogromną skalę, reprezentatywne badanie kondycji uczniów w wieku od 7 do 18 lat. Eksperci z Narodowego Instytutu Kardiologii wejdą do szkół, by przebadać 3,5 tysiąca dzieci.
Sport był państwowy, teraz jest prywatny
Dodatkowo badania warszawskiej AWF dowodzą, że niemal całe pokolenie polskich uczniów (94 proc.) cierpi na deficyt elementarnych umiejętności motorycznych. Jesteśmy świadkami zaniku kompetencji, które trzydzieści lat temu były standardem na każdym podwórku. Dziś przewrót w przód czy złapanie lecącej piłki urastają do rangi wyzwania ponad siły.
Aż 89 proc. dzieci ma problem, żeby skakać przez skakankę.
W Polsce zaledwie 20 proc. dzieci spełnia wytyczne WHO dotyczące minimum aktywności.
Jak to możliwe, że jest aż tak źle? Pytam o to wprost dr hab. Michała Lenartowicza, socjologa sportu z AWF Warszawa.
– Przez lata żyliśmy w przekonaniu o nieustającym, liniowym postępie. Wierzyliśmy, że każde kolejne pokolenie będzie wyższe, silniejsze i sprawniejsze, co wpisywało się w olimpijską ideologię: szybciej, wyżej, mocniej – odpowiada.
Jak mówi dalej, to myślenie się zdezaktualizowało.
– Jako socjolog sportu patrzę na to z perspektywy makro. Dziś widzimy, że pozytywne myślenie o nieustannym rozwoju się zaciera. Obserwujemy zjawiska, które trudno wyjaśnić prostym dążeniem do postępu. To raczej system naczyń połączonych, w którym z jednej strony mamy infrastrukturalne sukcesy, a z drugiej – głęboki regres sprawnościowy – tłumaczy profesor.
Rzeczywiście, infrastruktura sportowa w Polsce poprawiła się radykalnie. Mamy tysiące nowoczesnych obiektów, o których wcześniejsze pokolenia mogły tylko marzyć. – Otylia Jędrzejczak wspominała ostatnio, że gdy ona zdobywała medale, pływalni w Polsce było bardzo niewiele. W tej chwili jest ich mnóstwo, polskie pływanie stoi nieźle, ale takich sukcesów jak jej po prostu nie mamy – zauważa Lenartowicz.
Gdzie więc leży błąd? Zdaniem eksperta problemem jest model funkcjonowania dziedziny, którą w Polsce nazywamy "kulturą fizyczną". Choć pojęcie to widnieje w konstytucji, przez lata resorty zajmowały się jedynie swoimi "wycinkami" rzeczywistości, a sport rekreacyjny został niemal całkowicie zepchnięty w stronę wolnego rynku.
To pokłosie transformacji ustrojowej.
– Po 1989 roku uznaliśmy, że sferę czasu wolnego i rekreacji należy "uwolnić". W przeciwieństwie do Skandynawii, Belgii czy Niemiec, u nas to głównie rodzice finansują aktywność dzieci, a nie państwo. Wszystko stało się kosztem portfela rodziny. Stawiam też tezę, że osiągnęliśmy punkt nasycenia. Samym wysiłkiem finansowym rodziców nie jesteśmy w stanie dalej zwiększać uczestnictwa dzieci w sporcie – podkreśla socjolog.
Lęk przed oceną i analfabetyzm ruchowy
Bariera ekonomiczna to według eksperta jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Równie niebezpieczne są zmiany w mentalności młodych ludzi. Rozwój postaw hedonistycznych, konsumpcjonizm i indywidualizacja stylów życia sprawiają, że ruch zaczyna być postrzegany jako nieatrakcyjny obowiązek.
dr hab. Michał Lenartowicz
socjolog sportu
Weźmy chociażby taki WF – najczęściej "omijany" przedmiot w planie lekcji.
"Kamil ma dziś po szkole dodatkowy angielski i programowanie. Jak pójdzie na WF, to się spoci, zmęczy. W domu weźmie prysznic, a potem przewieje go na przystanku i tydzień z głowy. Po co mu to?" – tak Monika, internautka, tłumaczy na jednym z rodzicielskich forów powód, dla którego synowi wypisuje zwolnienie z WF-u za każdym razem, kiedy o to poprosi.
Z kolei dla Agnieszki, mamy dwunastoletniej Zuzi, każde wspomnienie szkolnej sali gimnastycznej przyprawia o dreszcze.
– Gdy tylko słyszę słowo "kozioł", czuję ścisk w żołądku – wyznaje. – Do dziś pamiętam to upokorzenie: cała klasa patrzy, nauczyciel dmucha w gwizdek, a ty stoisz przed tą wielką, skórzaną bryłą i wiesz, że zaraz albo w nią uderzysz, albo z niej spadniesz. To był czysty sadyzm, a nie sport.
Agnieszka nie chce, żeby jej córka cierpiała tak, jak ona przed laty. – Po co mam zmuszać córkę do czegoś, co sama wspominam jako największy koszmar dzieciństwa? Świat poszedł do przodu, a szkoła dalej chce, żeby dzieci skakały przez przeszkody jak na poligonie. To przeżytek – ucina.
I równie chętnie zwalnia Zuzię z WF-u, kiedy ta ma na to ochotę. Niewykluczone, że "załatwi" zwolnienie na cały rok.
W tym kontekście wychowanie fizyczne w szkole, zamiast być fundamentem zdrowia, zostaje zepchnięte na daleki margines. Jak jednak podkreśla dr hab. Michał Lenartowicz, winy nie ponoszą tu nauczyciele ani rzekomo przestarzała podstawa programowa. Ta ostatnia daje dziś pedagogom ogromną swobodę.
– Wychowanie fizyczne nie jest przeżytkiem, jest niezbędnym elementem kultury fizycznej – podkreśla dr hab. Michał Lenartowicz. – Ale bardzo często, zwłaszcza w szkołach średnich, WF jest traktowany jako zajęcia zabawowe i niepoważne.
Socjolog zaznacza, że polskie szkoły są dobrze przygotowane do prowadzenia tych zajęć, a nauczyciele mają odpowiednie kompetencje. Co więcej, obecne przepisy pozwalają na dużą swobodę w prowadzeniu lekcji. Jak tłumaczy dalej, podstawa programowa "daje bardzo duże pole manewru i pozwala wprowadzać innowacje, zróżnicowanie zajęć", a same lekcje "to nie muszą być tylko sporty drużynowe".
dr hab. Michał Lenartowicz
socjolog sportu
Ekspert porównuje kompetencje ruchowe do nauki języka polskiego. – Tak jak w szkole uczymy się łączyć litery w wyrazy, czytać zdania i interpretować teksty, tak na WF-ie powinniśmy nabywać kompetencje w relacji z własnym ciałem. Dziś mamy do czynienia z "analfabetyzmem ruchowym". Gdybyśmy teraz zrezygnowali z tych zajęć, trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądałoby młode pokolenie za kilkanaście lat.
Czy program WOBASZ DZIECI i zjednoczenie sił trzech ministerstw to ostatnia szansa na zmianę kursu? Zdaniem profesora Lenartowicza sam fakt, że państwo dostrzegło współzależności między sportem, edukacją a zdrowiem, jest sygnałem przełomowym.
– Jesteśmy w dobrym punkcie, jeśli chodzi o inicjatywę państwa. Co ważne, jest to akcja ponadpolityczna – problem dostrzegł poprzedni rząd, a obecny te działania kontynuuje. To dowodzi, że sprawa jest zbyt poważna na partyjne spory. Jeżeli rzeczywiście podejmiemy tak intensywne i wspólne działania, to mamy szansę coś zmienić. W przeciwnym razie, stojąc w miejscu w pędzącym świecie, będziemy się tylko cofać.
Dalsza część tekstu poniżej
Zobacz także
Koniec ery mądrzejszych dzieci? Efekt Flynna stanął w miejscu
Regres, o którym mówi dr hab. Michał Lenartowicz, nie kończy się jednak na sali gimnastycznej. Naukowcy coraz głośniej alarmują: potencjał intelektualny najmłodszych również się osłabia.
Przez niemal cały ubiegły wiek ludzkość karmiła się optymistyczną wizją nieustannego rozwoju intelektualnego. Zjawisko to, nazwane efektem Flynna, zakładało, że każde kolejne pokolenie osiąga w testach IQ wyniki średnio o 3 punkty wyższe niż ich rodzice. James Flynn, który opisał ten trend w latach 80., upatrywał jego przyczyn w cywilizacyjnym skoku: lepszej diecie, powszechnej edukacji i mniejszych rodzinach, które mogły poświęcić więcej uwagi jedynakom.
Niestety, od lat 90. XX wieku naukowcy z niepokojem obserwują tzw. odwrócony efekt Flynna. Średnie wyniki IQ, zamiast rosnąć, zaczęły gwałtownie spadać, co potwierdzają najnowsze analizy przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych.
Wnioski są bezlitosne: sprawność umysłowa młodych ludzi dramatycznie spada. U przedstawicieli Generacji Z obserwuje się deficyty w kluczowych obszarach: od głębokiej koncentracji i pamięci (zarówno operacyjnej, jak i długotrwałej), przez logiczne wnioskowanie, aż po elementarne umiejętności czytania, liczenia i sprawnego rozwiązywania problemów.
Naukowcy wskazują winnego: toksyczne uzależnienie od ekranów. To nie tylko kwestia tego, że dzieci czytają mniej książek. Problem sięga głębiej – przestaliśmy zmuszać mózg do wysiłku. Zamiast aktywnego poszukiwania informacji, wybieramy bezmyślne scrollowanie. Zamiast lektury wymagającej skupienia, karmimy się krótkimi filmikami, które nie zostawiają miejsca na refleksję.
Ten trend widać wyraźnie na uczelniach. Studenci, zamiast notować, nagrywają wykłady. Zamiast czytać literaturę przedmiotu – sięgają po gotowe streszczenia.
Wybierając drogę na skróty, zapominamy, że wiedza to nie tylko zbiór faktów, ale przede wszystkim ich zrozumienie i kontekst. Bez nich prawdziwe poznanie nie istnieje.
Biologia jest tu nieubłagana: nasz mózg nie jest przystosowany do ciągłego zalewu krótkich, intensywnych bodźców. Potrzebuje czasu i ciszy, by pracować wydajnie. Tymczasem "szybki kontent" po prostu go przeciąża.
– Zmienia się kultura komunikacji – coraz częściej polega ona na obrazach i skrótach, co rozleniwia i przyzwyczaja do innego rodzaju przekazu. Gdy trzeba przeczytać dłuższy tekst, by zdobyć ważną informację, jest to dla wielu trudne – mówiła w niedawnym wywiadzie dr Katarzyna Chyl-Tanaś, neurobiolożka z Instytutu Badań Edukacyjnych – Państwowego Instytutu Badawczego.
Istotnym aspektem jest także umiejętność utrzymania koncentracji podczas czytania tekstu. Szybki przekaz mówiony jest łatwiejszy do przyswojenia, ale jeśli trzeba poświęcić więcej czasu na analizę pisemną, nawet prostego tekstu, dla wielu jest to wyzwanie.
Aneta Krakowińska, psycholożka, socjolożka i ekonomistka, w rozmowie z naTemat dzieli się natomiast optymistycznym spojrzeniem na zmiany pokoleniowe. Z perspektywy swojej praktyki psychologicznej obserwuje ona zjawisko odmienne od często formułowanych obaw dotyczących rzekomego spadku kompetencji poznawczych młodych ludzi.
Pracując głównie z osobami neuroróżnorodnymi, ekspertka widzi wyraźnie, że w warunkach dostosowanych do ich sposobu funkcjonowania, osoby te wykazują wysokie kompetencje w zakresie filtrowania i przetwarzania informacji. Jak dodaje, posiadają one umiejętność szybkiego przełączania kontekstu oraz potrafią efektywnie pracować na wielu projektach jednocześnie.
– Mają bardzo wnikliwe i ciekawe analizy. Jestem pod dużym wrażeniem ich poziomu samoświadomości i refleksyjności – podkreśla z uznaniem Krakowińska.
Zauważa jednak przy tym, że te cenne zasoby nie zawsze są adekwatnie rozpoznawane i wspierane – ani na rynku pracy, a tym bardziej w systemie edukacji. Według psycholożki wciąż dominuje tendencja do oceniania kompetencji przez pryzmat "starego świata i starych kompetencji poznawczych", zamiast uwzględniania tego, w jaki sposób młodzi ludzie adaptują się do nowych warunków poznawczych i społecznych.
– Robią to z konieczności, a nie z wyboru – podkreśla ekspertka.
Jej zdaniem bardziej trafne jest rozumienie obserwowanych zmian nie jako spadku zdolności poznawczych, lecz jako efektu funkcjonowania w odmiennym środowisku, rosnącej widoczności neuroróżnorodności oraz niedostosowania systemu edukacji do współczesnych realiów.
