Dzieci na lekcji w szkole
W polskich szkołach jest coraz więcej dzieci z różnymi orzeczeniami Fot. Shutterstock / canva

– Widzę uczniów z orzeczeniami, którzy sami się z nich śmieją. Radzą sobie świetnie, a figurują jako dyslektycy czy dysgraficy. Miałem uczennicę, która miała same piątki i szóstki – pismo czyste, zero błędów, a w dokumentach dysleksja. Chodziło oczywiście o dodatkowy czas na egzaminie. Kiedyś uczeń sami mi się pochwalił: "mam załatwiony papier z poradni, będę miał pół godziny więcej na maturze" – opowiada nauczyciel matematyki i fizyki w szkole średniej i wykładowca. W szczerej rozmowie z naTemat mówi o tym, jak rodzice zmienili się w adwokatów swoich dzieci i co z tego wynika.

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska: Zdarza się, że wstawia pan o 15:00 dwójkę do Librusa, a o 15:05 ma pan już wiadomość od rodzica z pretensjami?

Marek (imię zmienione), nauczyciel: O tak. Szczególnie jeden raz utkwił mi w głowie. To było po bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Uczeń stwierdził na innej lekcji, że on trójki z matematyki mieć nie będzie, bo "ten (tu nieprzyjemny epitet określający mnie) mu jej nie wystawi". Nauczycielka wpisała mu uwagę, której ja jeszcze nawet nie zdążyłem przeczytać. 

Tak się złożyło, że ten chłopak – skądinąd całkiem niezły z matematyki – dostał u mnie jedynkę. Wstawiłem ją do systemu i natychmiast dostałem SMS-a od matki: "Dlaczego mści się Pan na moim synu?".

Zadzwoniłem do niej, mówię, że nie rozumiem, o co chodzi. Matka dostała słowotoku. To był czysty atak: że się mszczę, że ona tego tak nie zostawi, że pójdzie na skargę. 

Zaprosiłem ich na spotkanie. Przyszli, ale ani razu nie padło słowo "przepraszam". Ani od chłopaka, ani od matki. Udało się ich uspokoić, ale do nich w ogóle nie dotarło, że stało się coś skandalicznego.

Zostałem oskarżony o zemstę, zanim w ogóle zdążyłem o niej pomyśleć.

Ja nie mam numeru do żadnego z nauczycieli mojej córki. Komunikujemy się tylko przez Librusa albo na zebraniach.

Kiedyś byłem ogromnym przeciwnikiem podawania prywatnego numeru, ale pokonała mnie bezsilność. Nie wszyscy rodzice czytają Librusa. Ta mama akurat czytała, bo powiadomienie przyszło jej od razu, ale wielu tam nie zagląda. Żeby mieć pewność, że informacja dotarła, zacząłem pisać SMS-y i dzwonić.

Teraz mam numery wszystkich rodziców swoich wychowanków wklepane w telefon. W "razie W" dzwonię. Na początku roku podaję swój numer i przyzwalam na kontakt w ciągu dnia. Mówię tylko: "Weekendy mi darujcie". Czasem to dobre wyjście – gdy dziecko nagle zachoruje albo wydarzy się coś w rodzinie, rodzic informuje mnie na bieżąco. 

To jest okej.

A co nie jest okej?

Kiedy uczeń ucieka z ostatniej lekcji, a ja od razu dostaję wiadomość od rodzica: "Proszę to usprawiedliwić".

Albo inna scena: mam godzinę wychowawczą, mówię chłopcom, że przez nieobecności będą mieli obniżone oceny z zachowania. Nie mija godzina, a w Librusie mam już komplet usprawiedliwień bez podania przyczyny. Jak pytam o powód, słyszę, że rodzic "nie musi podawać". 

To są często pojedyncze godziny w środku dnia. Rodzic daje przyzwolenie na wagary, a potem, gdy pojawia się zagrożenie jedynką na koniec roku, idzie po rozum do głowy i pyta, co z tym zrobić. Staram się wówczas tłumaczyć rodzicowi, że dziecko narobiło sobie zaległości przez liczne nieobecności, które były bezrefleksyjnie usprawiedliwiane, ale z reguły jest już wtedy po prostu za późno na cokolwiek.

Czy zdarza się, że rodzice podważają sens nauki matematyki czy fizyki, mówiąc, że "to i tak się w życiu nie przyda"?

Miałem taką sytuację: matka, jeszcze gdy córka była w czwartej klasie, stwierdziła, że skoro sama ma wyższe wykształcenie i nie zna tabliczki mnożenia, to nie będzie tego wymagała od własnego dziecka. Kiedy uczeń słyszy coś takiego od autorytetu, utwierdza się w przekonaniu, że uczyć się nie musi. 

Ale w szkole tego wymagają. Powstaje dysonans, dziecko się gubi i nie wie, po której stronie stanąć.

Dziś tego dziecka w szkole częściej nie ma, niż jest. A do matki powoli dociera, że jest współwinna temu, co się dzieje, więc próbuje teraz w poradniach diagnozować u córki fobię szkolną.

Tyle że ta fobia nie wzięła się znikąd. Nie spadła na to dziecko jak łaska Boża, nie została nim naznaczona przy chrzcie. Według mnie to w dużej mierze wina rodzica.

Zamiast zaangażować się w pomoc, gdy pojawiły się pierwsze problemy, mama to bagatelizowała. 

Moja żona w podstawówce ma podobny problem – ma uczennicę, którą matka chroni od czwartej klasy, bagatelizując każde niepowodzenie szkolne. W efekcie dziewczynki więcej nie ma w szkole, niż jest. 

Da się naprawić te błędy?

Z niektórych źle obranych dróg bardzo trudno jest zawrócić. Rodzicielstwo to długotrwały, przemyślany proces. Nie można po prostu powołać młodego człowieka na świat i pozwolić mu, by "jakoś to było". 

Trzeba przy dziecku być i wychwytywać trudne momenty. Mnie jest o tyle łatwiej, że oboje z żoną jesteśmy nauczycielami. Nasze dzieci zawsze były pod tym względem zaopiekowane. Gdy pojawiał się problem, reagowaliśmy natychmiast. Nigdy nie umniejszaliśmy rangi żadnego przedmiotu. Nawet plastyka czy technika, często traktowane po macoszemu, u nas były ważne.

Choć sami z żoną mieliśmy mnóstwo uwag – bo na własne środowisko patrzy się surowiej – nasze dzieci nigdy nie usłyszały od nas złego słowa o swoich nauczycielach. 

A jeśli dziecko słyszy taką krytykę w domu, to potem mamy to, co mamy. Dziś rodzice często wyrzucają z siebie żale z czasów, gdy sami nie radzili sobie w szkole.

Jakie są matki, a jacy ojcowie w relacji ze szkołą?

Mamy często chronią i wybielają. Mam ucznia z orzeczeniem, który powinien chodzić na zajęcia indywidualne, ale na nie nie dociera. Naopowiadał mamie, że rzekomo mówię o nim niestworzone rzeczy – że niby się do tej szkoły nie nadaje. 

Mama oczywiście natychmiast się na mnie obraziła i zupełnie przestała się odzywać. Zaprowadziła nawet syna do psychologa, bo nagle pojawiło się podejrzenie fobii szkolnej. A przecież przez rok była z placówki bardzo zadowolona. Chłopiec ma problemy emocjonalne, otoczyliśmy go opieką, dostał promocję. Ale teraz szkoła jest "be", bo poskarżyłem się, że wagaruje.

Kiedy mam problem z chłopakiem – a mam teraz klasę samych chłopców – i wiem, że jest w domu ojciec, to dzwonię zawsze do niego, nigdy do matki. Bo matka powie: "to nieprawda" albo "porozmawiam z nim" i nic się nie zmienia. 

A jak dziecko jest po rozmowie z ojcem, to widzę szansę na zmianę.

Ojcowie teraz się bardziej angażują. Ostatnio jeden z nich nawet trochę mnie wzruszył, bo przyznał mi wprost, że nie radzi sobie z synem w domu. Powiedział: "Wie pan, ja wiem, że on w szkole zachowuje się źle, ale naprawdę nie wiem, co z tym zrobić". To była naprawdę fajna, merytoryczna rozmowa z człowiekiem, który po prostu przyznał, że jest bezsilny.

Łatwiej rozmawiać z uczniem niż z rodzicem?

Tak, prędzej dogadam się z nastolatkiem. Obecnie mam dosyć problematyczną klasę, ale staramy się rozwiązywać konflikty wewnątrz grupy. 

Czasem śmieję się na godzinie wychowawczej: "Słuchajcie chłopaki, macie tyle uwag, a przecież każdy z was był kiedyś słodkim trzylatkiem w piaskownicy. Nic nie zapowiadało, że będziecie dokuczać pani od angielskiego, lekceważyć nauczycieli czy chodzić sobie po klasie". Kiedy rozmawia się z nimi szczerze, często przyznają mi rację. 

Wymyśliliśmy nawet w szkole projekt "Dama i dżentelmen". Uczymy w nim kultury osobistej. Program trwa cały rok i widzimy świetne efekty. Te dzieci zaczynają rozumieć, że ich życie zależy od nich, a rodzic nie będzie zawsze ich tarczą. 

Dziś rodzice idą na skargę do dyrektora albo kuratora. U nas zdarzył się wypadek autokarowy podczas wycieczki. Nikomu nic się nie stało, a mimo to rodzic napisał skargę do kuratorium. 

Zamiast przyjść, porozmawiać, wylał złość na papierze, twierdząc, że wyjazd był źle zorganizowany. A przecież wypadek może się zdarzyć zawsze, wszędzie. Ruch drogowy jest nieprzewidywalny, ktoś zajedzie drogę kierowcy i gotowe. To mogło się stać w każdych okolicznościach.

Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, powiedział pan, że w 2022 roku powrócił do szkoły po ośmiu latach przerwy.

W szkole pracowałem od 2002 roku. W 2014 poszedłem na roczny urlop zdrowotny i po nim już nie wróciłem, bo wystartowałem w konkursie na dyrektora Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Wygrałem go. Przez pięć lat pełniłem tę funkcję, a później dostałem ofertę z firmy VULCAN – to fiński gigant edukacyjny Sanoma.

Zajmowałem się kontaktami z samorządami. To był akurat okres pandemii. Po około trzech latach dostałem propozycję powrotu do szkoły. Myślałem nad tym pół roku i stwierdziłem: "Czemu nie?". 

Praca w korporacji była męcząca. Jako menedżer średniego szczebla musiałem bardzo często jeździć do Wrocławia i te podróże po prostu mnie wyczerpały. 

I tak znów pracuję w szkole ponadpodstawowej.

Zastał pan jakąś nową rzeczywistość po tej przerwie?

Tak. Pierwsza rzecz, która mnie bardzo zaskoczyła, to skala biurokracji. Odchodziłem ze szkoły z wielu powodów, ale "papierologia" była głównym. Dziś cały proces edukacyjny to morze dokumentów. 

Przybyło dzieci z opiniami i orzeczeniami. Do tego dochodzi strach przed kuratorium. Myślę, że niemałe znaczenie miały tu rządy poprzedniej ekipy – przez te lata niemal każdy dyrektor zaczął zabezpieczać się z każdej strony dokumentem.

Prowadzę zajęcia projektowe i muszę to dokumentować podwójnie: dla Urzędu Marszałkowskiego i w systemie szkolnym, żeby pozostał ślad, tak na wszelki wypadek.

Rodzicom musimy wysyłać tzw. wymagania edukacyjne, co jest kompletną bzdurą.

Dlaczego?

Nie wiem, czy rodzice się z tym dokumentem zapoznają. Myślę, że nie. To dziesięć stron branżowego słownictwa z każdego przedmiotu. Według mnie spora grupa rodziców nie rozumie, w jakim celu otrzymuje te wymagania edukacyjne i ich po prostu nie czyta. My jednak musimy zebrać potwierdzenie, że przyjęli dokument. Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że to potwierdzeni nie jest zgodne ze stanem faktycznym.

Jeśli uczeń ma opinię lub orzeczenie, rodziców trzeba kilka razy w roku zaprosić na spotkanie. Od czterech lat "przerabiam" takie dzieci i w tym czasie zdarzyło mi się tylko jedno spotkanie, na które rodzic faktycznie przyszedł, bo tego chciał. 

Ich interesuje tylko – to moja opinia – święty spokój. Mam wrażenie, że gdy już zdobędą "papier", problem dla nich znika. To szkoła musi zrobić wszystko, by wywiązać się z zaleceń. 

Jeśli mam zalecenie, że uczeń ma mieć np. kartkówkę wydłużoną o pięć minut, siedzieć w pierwszej ławce czy dostawać test napisany większą czcionką, to muszę to wszystko skrupulatnie dokumentować.

Wszystko po to, by w razie, gdy uczeń mimo tych dostosowań sobie nie poradzi i otrzyma ocenę niedostateczną na koniec roku, mieć twarde dowody, że z mojej strony dopełniłem każdego obowiązku i wywiązałem się z zaleceń, a uczeń po prostu nie opanował materiału.

A orzeczeń jest coraz więcej. 

Chciałby pan powiedzieć, że rodzice nadużywają tych przywilejów?

Część na pewno tak. Widzę uczniów z opiniami, którzy sami się z nich śmieją. Radzą sobie świetnie, a figurują jako dyslektycy czy dysgraficy.

Miałem uczennicę, która miała same piątki i szóstki – pismo czyste, zero błędów, a w dokumentach dysleksja.

Po co jej ta opinia?

Chodziło oczywiście o dodatkowy czas na egzaminie. Z reguły to pół godziny. Myślę, że wielu rodziców po prostu to wykorzystuje. 

Kiedyś uczeń sami mi się pochwalił: "mam załatwiony papier z poradni, będę miał pół godziny więcej na maturze".

Co pan wtedy czuje? Złość?

Utwierdzam się w przekonaniu, że jako naród cenimy sobie źle rozumiany spryt. Uważamy, że bycie cwaniakiem jest fajne. Kiedyś czułem wściekłość, teraz jest mi to obojętne. Z mojego doświadczenia wynika, że jak uczeń ma zdać, to zda. Te pół godziny niewiele zmieni, daje jedynie komfort psychiczny.

Jako przewodniczący komisji egzaminacyjnych widzę, że niemal nikt z tego czasu nie korzysta. Na matematyce 180 minut to naprawdę wystarczająco. Zauważam wręcz odwrotny problem – w dniu matury niemal wszyscy wychodzą przed czasem. 

Ci najzdolniejsi nawet godzinę przed dzwonkiem. Słabsi siedzą prawie do końca, ale nigdy do samego końca. Robią to, co im radzę: "Rozwiąż, co umiesz, nad resztą się zastanów, nie zostawiaj pustej kartki". Sprawdzają i wychodzą.

Dlatego uważam, że ten czas jest wystarczający. Rozumiem potrzeby uczniów chorych, np. na cukrzycę – oni muszą mieć bufor bezpieczeństwa. Ale nie potrafię się pogodzić z masowym "załatwianiem" lewych opinii tylko po to, by mieć fory.

Co jeszcze rodzice potrafią "załatwić"?

Mógłbym o tym napisać książkę. Z jednej strony mam sporą grupę rodziców, których zainteresowanie dzieckiem nazwałbym wzorowym. Ta relacja jest w porządku: rodzic trzyma rękę na pulsie, kontroluje frekwencję i oceny. Po prostu współpracujemy. Kiedy informuję, że uczeń wagaruje, spóźnia się czy ma słabsze stopnie, po dwóch tygodniach widzę zmianę. Rodzice reagują, podejmują w domu działania – wtedy jest super. 

Niestety nie zawsze tak to wygląda. Niektórzy rodzice sami nie wiedzą, czego chcą.

Miałem przypadek matki, która wychowywała dzieci samotnie. Miała syna i młodszą córkę. Poprosiła mnie o rozmowę z chłopakiem, bo byłem dla niego autorytetem. Chłopiec wagarował, oceny leciały w dół. Porozmawialiśmy konkretnie, nakreśliłem mu skutki takich działań. Mama była zadowolona, dziękowała mi.

I tak żyliśmy rok, aż ten chłopiec podpadł – na jednej z lekcji rzucił się z pięściami na nauczyciela. Skończyło się na naganie wychowawcy.

A kiedy ja dodatkowo wystąpiłem o naganę dyrektora, matka nagle całkowicie zmieniła front. Zarzuciła mi, że uwziąłem się na jej syna. Twierdziła, że wykorzystuję znajomość ich sytuacji domowej i że w ogóle nie powinienem z nim rozmawiać. 

Źródła agresji syna upatrywała w... naszej wcześniejszej rozmowie. Uznała, że on się po niej rzekomo załamał i stąd ten wybuch. Nagle wszystko stało się moją winą.

Rodzice zawsze bronią dzieci za wszelką cenę?

Rodzice po prostu tacy bywają: jak jest dobrze, kochają szkołę. Jak coś zgrzyta – szkoła staje się wrogiem. Są święcie przekonani, że dziecko mówi prawdę. Dopiero z czasem wychodzi na jaw, że młody człowiek po prostu nimi manipuluje. Ale rodzic się do tego nie przyzna. Będzie bronił tezy, że w domu jest okej, a zło dzieje się w szkole.

Dlaczego tak jest?

Nie mam pojęcia. Sam mam już dorosłe dzieci, ale nigdy nie przychodziło mi do głowy twierdzić, że moje dziecko jest "do rany przyłóż", jeśli w szkole nagle dostaje rogów. Młodzi ludzie często prowadzą podwójne życie. W klasie chcą zaimponować kolegom, a w domu zostają sami z rodzicami i tam nie ma miejsca na wygłupy. Rodzice przestali akceptować fakt, że ich dziecko ma tę drugą twarz.

Często słyszę: "Ależ w domu syn jest taki grzeczniutki!". Miałem kiedyś ucznia, który wiecznie się spóźniał. Matka twierdziła, że to nauczyciele źle sprawdzają obecność, bo syn przysiągł, że jest punktualny. Wziąłem go na rozmowę: "Jak to jest? Albo ja i wszyscy moi koledzy jesteśmy kłamcami, albo ty kręcisz". Przyznał, że kręci. 

Marek (imię zmienione)

nauczyciel matematyki i fizyki

Zapytałem, dlaczego okłamuje matkę. Odpowiedział brutalnie szczerze: "Mówię mamie to, co chce usłyszeć, żeby się nie czepiała". To dla mnie zagadka, dlaczego rodzice biorą to za pewnik.

Kiedyś mówiło się, że dziecko jest lustrem domu – że wynosi z niego kulturę, zachowanie i słownictwo. Dziś rodzic nie przyjmuje takiej narracji. Woli twierdzić, że szkoła i nauczyciele kłamią, oszukują i z jakiegoś złośliwego powodu oskarżają mu dziecko. To jest dla nich sytuacja nie do zaakceptowania.

Ostatnio dużo piszę o tym, że wszystko nagle stało się "traumą". Specjaliści, z którymi rozmawiam, mówią, że żyjemy w banieczkach dobrostanu i chronimy dzieci przed dyskomfortem. Czy pan też to widzi w szkole?

Tak jest. Prawo oświatowe mówi o ocenianiu bieżącym. Tymczasem rodzice bronią swoich dzieci jak Zawisza niepodległości. "Moje dziecko nie może dzisiaj, nie może jutro". I z oceniania bieżącego robi się w szkołach "sesja egzaminacyjna" w styczniu i czerwcu. Bo proszę okazać empatię... A potem w czerwcu jest wielkie zdziwienie.

Wczoraj dziewczynka pytała, kiedy może napisać sprawdzian. Mówię: "Dzisiaj". A ona: "No, niby mogę, ale i tak nic nie umiem, to przyjdę po świętach".

Takie sytuacje to norma.

Kiedyś matka błagała mnie, bym nie brał córki do tablicy, bo ona ma fobię szkolną z matematyki. Po trzech miesiącach przyniosła orzeczenie na nauczanie indywidualne. Po roku nauki, w czerwcu, uczennica przyszła zapytać, czy może zrezygnować z indywidualnych, bo "u pana jest inaczej".

Wróciła na zajęcia z klasą. Radzi sobie znakomicie, a śladów fobii nie widać. Myślę, że to matka miała fobię szkolną i roztoczyła nad córką parasol ochronny.

Rodzice bardzo się zmienili przez te 24 lata pana kariery?

Zdecydowanie. Większość tych, którzy sami nie radzili w szkole, nie potrafi pomóc swoim dzieciom. Frustracja przechodzi na dziecko. Pamiętam, jak w 2002 roku mówiłem uczniom: "Nauczcie się ułamków, bo nie pomożecie swoim dzieciom". I dziś, gdy pytam ucznia: "Mama nie może ci pomóc?", słyszę: "Mama sama tego nie potrafi". To ma ogromne znaczenie. 

Miałem w klasie syna mojej byłej uczennicy. Chłopak w podstawówce był agresywny, rzucał krzesłami, a matka długo broniła się przed badaniami, nie przyjmując do wiadomości tego, że syn może potrzebować specjalistycznej pomocy.

Dopiero w pod koniec szkoły podstawowej zdecydowała się na badania i u chłopaka zdiagnozowano zespół Aspergera i autyzm, a kobieta przeszła ogromną zmianę, zrozumiała swoje błędy i przez lata nasza współpraca była czystą przyjemnością. Chłopak był najzdolniejszy w klasie.

Niestety tacy rodzice to wyjątki. 

Miasto, w którym pan mieszka i pracuje, to nie metropolia. Czy zdarza się, że rodzic pana zaczepia na ulicy o jedynkę?

Nie, na szczęście to się nie zdarza. Wydaje mi się, że mam dość dobrą opinię. Jestem wymagający i surowy, ale uczniowie mnie akceptują. Niedaleko mojego bloku, w sklepie, w którym codziennie robię zakupy, pracuje mama mojego byłego ucznia. Nigdy, przenigdy nie zdarzyło się, żeby zareagowała źle, choć jej syn aniołkiem nie był.

Raz to ja ją zagadałem przy kasie, gdy nie było innych ludzi. 

Dalsza część wywiadu poniżej

Zgodził się pan porozmawiać, choć nie mówi o rzeczach łatwych i przyjemnych. Dlaczego?

Bo taka jest moja opinia. Ja uważam, że moje zdanie nikogo nie krzywdzi. Tak po prostu jest. Ludzie dzielą się na dobrych i złych, mądrych i głupich. Pośrodku nie ma nikogo, bo nie można być "trochę mądrym".

Boli mnie to, że kiedyś mogliśmy bez oporów powiedzieć komuś: "Jesteś głupi" i nie było w tym złośliwości, tylko stwierdzenie faktu. Pamiętam kolegę z czwartej klasy, który odpisywał ode mnie ułamki. Mówię: "pisz 1/4, a on zaczął pisać słownie: "j-e-d-n-a...". Powiedziałem mu: "Człowieku, jesteś głupi". Przyznał mi rację, nie było afery. Dziś to nie do pomyślenia. 

Dzisiaj uciekamy w narrację o "specjalnych potrzebach edukacyjnych" i obiecujemy, że jakoś pomożemy. Obawiam się, że przymykanie oka na pewne ułomności zemści się w dłuższej perspektywie.

Marek (imię zmienione)

nauczyciel matematyki i fizyki, wykładowca

Trzeba mówić wprost: nie poradzisz sobie w technikum czy liceum, jeśli po ośmiu latach podstawówki masz problem z ułamkami. Żadne orzeczenie tego nie zmieni.

Gdyby wiedział pan, co pana czeka w nowej szkolnej rzeczywistości, wróciłby pan do zawodu?

Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie. Szkoła mnie nie przeraża, zajmowałem się w życiu wieloma rzeczami. Byłem przez kilkanaście lat społecznym kuratorem sądowym – tego na przykład nie chciałbym już robić, to było znacznie bardziej obciążające psychicznie.

Ma pan nadzieję na zmianę rodziców po lekturze tego wywiadu?

Nie, nie mam ani cienia nadziei. Wszyscy w szkole "jedziemy już na oparach". Liczymy dni. Jesteśmy potwornie zmęczeni. W marcu miałem 70 nadgodzin – to tak, jakbym pracował na dwóch etatach. Za każdą godziną stoi wycieńczenie emocjonalne.

Nie ma już klasy, w której nikt by się nie spóźniał. Powody są różne: jeden utknął w toalecie, drugi ma fobię i boi się wejść do sali z resztą grupy, trzeci wymyśla jeszcze coś innego. Nie ma praktycznie lekcji, na której przynajmniej jeden uczeń by nie spał. Kiedyś byłby z tego raban, dziś to norma.

I ja z tymi jej emocjami zostaję sam.

W internecie możemy się wzajemnie "nakręcać", ale to niczego nie zmieni. Na zarobki już nawet nie narzekam – po prostu je zaakceptowałem. Żeby coś się zmieniło, musielibyśmy jak górnicy pojechać pod Sejm i spalić te wszystkie monitory interaktywne, tablice i kredy. Ale nasze środowisko jest zbyt podzielone.

I tak będziemy pchać ten wózek. Bo my zawsze robimy to, co trzeba. Jak trzeba będzie, to nawet zmartwychwstaniemy. 

I nikogo to nie wzruszy.