Donald Trump, Maciej Bąk
Obietnica Trumpa to sukces Nawrockiego? Po części na pewno, ale zaczekajmy na realizację Fot. Shutterstock / canva

Decyzja Donalda Trumpa o wysłaniu do Polski 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy to niewątpliwy sukces Karola Nawrockiego. Oczywiście, jeśli tym razem uwierzymy w słowa prezydenta USA, który jest mistrzem świata w rzucaniu ich na wiatr. Zwłaszcza że Trump twierdzi, iż zrobił to z uwagi na... wyborcze zwycięstwo popieranego przez siebie Nawrockiego. Nie brzmi to jak realizacja jakiejkolwiek strategii poważnego militarnego mocarstwa.

REKLAMA

Oby tym razem nie były to słowa rzucone na wiatr

Bardzo chciałbym – i wy pewnie też – wierzyć w to, że kiedy Donald Trump pisze w czwartkowy wieczór o tym, że do Polski trafi 5 tysięcy żołnierzy z USA, to akurat tym razem naprawdę ma to na myśli. Lokator Białego Domu w ostatnich dniach mówił przecież, chociażby o tym, że może zostać w przyszłości premierem Izraela, deklarował, że de facto zniszczył już Iran i że Stany Zjednoczone sprawują już całkowitą kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Zatem stan "wierzyć na słowo" jest dla każdego słuchającego Trumpa prawdziwym testem na wyrozumiałość i cierpliwość.

Deklaracja prezydenta USA ma jednak dość solidne podstawy. Po pierwsze dlatego, że w przeciwieństwie choćby do sytuacji na Bliskim Wschodzie jest to kwestia wewnętrznej decyzji amerykańskich władz, które mogą w dość dynamiczny sposób decydować o zmianie liczebności swoich kontyngentów.

Po drugie – Trump robi to w sporej mierze dlatego, że znalazł się pod niespodziewaną presją ze strony części polityków republikańskich, którzy z dezaprobatą przyjęli informację o redukcji amerykańskich sił w Europie, a zwłaszcza w Polsce.

W tle są oczywiście też wybory połówkowe, w których Polonia amerykańska – podobnie jak w przypadku ostatnich wyborów prezydenckich – może odegrać istotną rolę.

Cała Polska pracowała nad tą sprawą pełną parą

Nie zmienia to faktu, że po pierwszych medialnych doniesieniach o zawieszeniu rotacji 4 tysięcy żołnierzy do Polski, a także po podkręcającej niepokój niejasnej odpowiedzi J.D. Vance'a na pytanie Marka Wałkuskiego na konferencji prasowej, machina dyplomatyczna polskich władz ruszyła z kopyta.

Oczywiście na zewnątrz głównie mieliśmy wzajemnie obrzucanie się winą (w czym jak zwykle przodował Pałac Prezydencki), ale jednocześnie natychmiast uruchomiono kluczowe kanały komunikacyjne choćby pomiędzy Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem a Petem Hegsethem czy na linii nowy szef BBN Bartosz Grodecki-podsekretarz wojny Elbridge Colby.

Dodajmy do tego wizytę dwóch wiceministrów obrony narodowej Polski w USA, spotkanie z dowódcą sił USA w Europie generała Wiesława Kukuły oraz – co ujawnił dzisiaj Newsweek – SMS-y, jakie pisał do Donalda Trumpa wyposażony w jego numer Karol Nawrocki.

I jakkolwiek kuriozalnie to nie brzmi, to w obecnej sytuacji nie jest wcale wykluczone, że był to jeden z kluczowych kroków do tego, by Trump zrobił krok w tył. Nawet jeśli głównie skłoniła go do tego krajowa polityka, to ruch został sprzedany jako efekt bliskiej, dobrej relacji z Karolem Nawrockim. Za co głowie państwa chwała, bo w jakiejś mierze właśnie po to wielu wyborców wybrało go w ubiegłym roku na urząd Prezydenta RP.

Co dokładnie kryje się za tą obietnicą?

Pozostaje zastanowić się co kryje się za deklaracją Donalda Trumpa o wysłaniu do Polski dodatkowych 5 tysięcy żołnierzy. Czy oznacza to dodatkowy tysiąc dodany do tych rotacyjnych, którzy jednak nad Wisłę dotrą? Co byłoby umiarkowanym sukcesem, bo oznaczałoby w sporej mierze po prostu zatrzymanie niepokojących planów redukcji obecności wojsk USA w naszym kraju.

Czy te pięć tysięcy to będą wojska "podebrane" Niemcom? Jeśli tak, polityczny problem będzie miał z tą sprawą Donald Tusk, a Karol Nawrocki zrobi z tego leitmotiv najbliższych miesięcy.

Warto też dodać tutaj dość chłodną reakcję na deklarację Donalda Trumpa ze strony Sekretarza Generalnego NATO. Mark Rutte pytany o to dziś w Helsingborgu wyraził swoje zadowolenie tym faktem, ale jednocześnie trzeźwo zaznaczył: trajektoria jest niezmienna, musimy być coraz silniejsi jako Europa, i mniej zależni tylko od jednego sojusznika, tak jak przez lata było to w USA. Ostatecznie bowiem kierunek "America First" zakłada zmianę wektorów i to się nie zmieni co najmniej do 2028 roku.

Czas na koniec dziecięcych przepychanek

Wracając na nasze krajowe poletko, jednego sobie polscy politycy na pewno nie odpuszczą. Trwającego od wielu miesięcy festiwalu przypisywania sobie pełni zasług za doprowadzenie do danego ruchu Trumpa bądź obrzucania rywali winą za działanie Białego Domu wbrew interesom bezpieczeństwa Polski.

W piątek od rana ów festiwal wybuchł na nowo, choć warto zwrócić uwagę na to, że tym razem premier Donald Tusk w swoich podziękowaniach za załatwienie tej sprawy w pierwszej kolejności wymienił Karola Nawrockiego. Zapewne uznając, że nie ma co dyskutować z faktem wymienienia z nazwiska jego osoby w tak kluczowej dla Polski deklaracji.

Pozostaje zatem mieć nadzieję, że w okresie pomiędzy czwartkową deklaracją Trumpa a faktycznym dotarciem pięciu tysięcy żołnierzy USA do Polski, nie wydarzy się coś, co ten proces zakłóci (a wojna z Iranem pokazała, że lojalność sojuszników może być wystawiona na próbę w przeciągu raptem kilku niespodziewanych tygodni).

To też czas, by w kręgach rządowych może jednak powstrzymać się od żartów w stylu "Not my fault", rzucone do George'a Clooney'a przez Tuska, przedstawiającego się jako Donald. Małostkowe? Tak. Ale pamiętajmy, że być może kluczowa dla naszej najbliższej przyszłości decyzja mogła zapaść w Białym Domu po SMS-ie od Karola Nawrockiego. I co z tego, że ponoć nie odpisał. Grunt, że odczytał.