
Referendum w Krakowie zakończyło krótką prezydenturę Aleksandra Miszalskiego. Ale czy to naprawdę klęska i początek końca obozu Donalda Tuska? Moim zdaniem PiS otwiera szampana zdecydowanie za wcześnie, a mieszkańcy Krakowa ukarali przede wszystkim styl rządzenia miastem, a nie samą Koalicję Obywatelską.
Aleksander Miszalski stracił urząd prezydenta Krakowa. I choć politycy PiS próbują sprzedać to jako polityczne Waterloo Donalda Tuska, rzeczywistość jest znacznie mniej efektowna. Krakowianie nie zbuntowali się przeciwko Koalicji Obywatelskiej. Teraz nawet nie są przeciw szerokiej koalicji rządowej. Niespełna 30 proc. z tych, którzy głosowali dwa lata temu, teraz wyraziło swój sprzeciw wobec działań samego Miszalskiego.
Co ciekawe, Donald Tusk – jeśli kandydat wspierany przez KO zwycięży za trzy miesiące – może nawet wyjść z referendum w Krakowie zwycięsko. Jednak Miszalski w tej walce, wbrew wcześniejszym zapowiedziom premiera, był niezwykle osamotniony. Pewne wnioski możemy jednak wyciągnąć. Jakie konkretnie?
Przedwczesna euforia w PiS. Tego zdają się nie widzieć
PiS nie dostrzega, albo udaje, że nie widzi, iż porażka Aleksandra Miszalskiego w niedzielnym referendum to nie jest ich zwycięstwo. To nawet nie znaczy, że ich popularność wzrosła, a wręcz przeciwnie. Na miejscu notabli z Prawa i Sprawiedliwości byłbym raczej smutny, bo nie zwyciężyła ani ich myśl polityczna, ani też wcale nie odbili platformerskiego bastionu. Jeszcze. I chyba jeszcze długo nie.
Jednak w PiS atmosfera zwycięstwa, korki od szampanów strzelają, panuje hurraoptymizm. Kandydat na premiera Czarnek nadał nawet ksywkę Miszalskiemu, nazywając go "krakowskim Tuskiem". Chwali się, że to PiS pogoniło "krakowskiego Tuska", ale już niedługo pogoni "Tuska ogólnopolskiego". I większej bzdury dawno nie słyszałem.
Oczywiście to woda na młyn pisowskiej propagandy sukcesu. Jednak Miszalski naprawdę sam się prosił o utracenie stołka. Po pierwsze – nietrafione decyzje, które po prostu wkurzały mieszkańców. Sondaż wykonany tuż po referendum mówi jasno – większość Krakowian stwierdziło, że rozszerzenie Strefy Czystego Transportu i wzrost opłat to główne powody jego odwołania. Dopiero na trzecim miejscu pojawiło się złe zarządzanie i nepotyzm w Radzie Miasta.
Powtórzę, Strefa Czystego Transportu, wzrost opłat komunikacyjnych oraz ogólnie kosztów życia. PiS chwali się, że niespełna 30 proc. mieszkańców Krakowa, zirytowanych nowym włodarzem, którzy odwołali go ze stanowiska to ich tryumf. Cóż za abstrakcja.
Do tego najważniejszy cios w retorykę PiS to fakt, że co prawda udało się odwołać prezydenta, ale Rada Miasta zostaje. Tam bezwględną większość posiada Koalicja Obywatelska. A to tylko potwierdza, że może i prezydent irytował, ale już nie na tyle, by oberwało się partii, której lider jest teraz premierem.
PiS więc jeszcze nic nie wygrało, a za trzy miesiące może się okazać, że z Krakowa wyjadą z podkulonym ogonem. Tym bardziej, że ostatnie sondaże wskazują wręcz na odwrotny trend – KO przed PiS o grubo ponad 10 pkt w skali ogólnopolskiej.
Zobacz także
Głos ludu
Tak to już jest w demokracji, że mniejszość z reguły układa życie większości, a większość z reguły jest niezadowolona. To wynika ze statystyki. Słyszałem już głosy oburzenia, że jak to jest, iż niespełna 30 proc. mieszkańców układa życie całej reszcie. Ale tak działa demokracja właśnie.
By referendum w ogóle było ważne potrzeba było 3/5 głosujących z II tury sprzed dwóch lat. Wyszło, że do odwołania prezydenta wystarczyła frekwencja na poziomie niespełna 27 proc. Tylko tyle i aż tyle.
Dwa lata temu Aleksander Miszalski wygrał z Łukaszem Gibałą różnicą około 5 tysięcy głosów. Doliczając tych, którzy głosowali na innych kandydatów w I turze lub tych, którzy zostali w domach – tu też mniejszość wybrała za większość. I tak dalej.
Aż dotrzemy do 2003 roku. Przypomnę, że to dzięki obecności w Unii Europejskiej rozwój Polski znacznie przyspieszył, a obecnie możemy rozpychać się i starać na stałe wkroczyć do grona 20 największych gospodarek świata. A w 2003 roku niejako też mniejszość zdecydowała za większość.
Aż dotrzemy do 2003 roku. Przypomnę, że to właśnie dzięki obecności w Unii Europejskiej Polska zyskała miliardy dzięki UE, a rozwój kraju znacznie przyspieszył. Obecnie możemy rozpychać się i starać na stałe wkroczyć do grona 20 największych gospodarek świata. A w 2003 roku niejako też mniejszość zdecydowała za większość.
Wtedy frekwencja wyniosła 58,85 proc., a na "tak" za wejście do UE było 77,45 proc. głosujących. Referendum trwało aż dwa dni, a jakby policzyć tych, co byli na "nie" oraz zostali w domu – to było ich więcej niż tych, co byli za.
Demokracja nie jest doskonała. Zawsze jest jakaś część niezadowolonych, często zsumowana nawet większa niż tych, którzy przechylili szalę zwycięstwa.
Na naszym kanale YouTube zobacz cały komentarz na temat referendum ws. odwołania Aleksandra Miszalskiego. W komentarzach daj znać, co o tym sądzisz. Czy to początek końca Donalda Tuska? A może jednak zgadzasz się, że euforia w PiS jest przedwczesna?
