
– Mnie było głupio brać od klienta detalicznego 30 zł za kilogram truskawek. Sama się z tym źle czułam, bo takiej ceny wcześniej nie było – mówi nam właścicielka sporej plantacji truskawek. To był początek sezonu. Dziś ceny są niższe, ale też jeszcze nie najniższe. – Nie pamiętam takiego rozstrzału – mówi. Tłumaczy nam, skąd te ceny i jak odróżnić polską truskawkę od zagranicznej. Ale opowiada też, jakie są dziś największe problemy z pracownikami plantacji.
Sezon na polskie truskawki rozkręcił się na dobre. Spadły ceny, sytuacja nieco się ustabilizowała. Polacy porównują, narzekają. A plantatorzy powtarzają, że ten sezon jest trudny. Raz, że truskawka jest droga przez pogodę. Dwa – z powodu przymrozków zaczęło jej brakować. Trzy – rosną koszty.
– W tej chwili dobijają nas choćby kaucje za butelki. Ja jestem zobowiązana dawać ludziom wodę na pole. W ciągu tygodnia mam kilkaset pustych butelek, które muszę gdzieś gromadzić, bo to są pieniądze, które wolałabym odzyskać. To są koszty wywozu nieczystości, czy prądu. Musieliśmy podnieść stawkę za łubiankę. Truskawka jest droższa i owszem, zarabiamy. Ale koszty ponoszone ze zbiorem są ogromne – mówi nam właścicielka jednej z plantacji truskawek w Polsce.
Ciągle słyszą też o truskawkach z Serbii czy Grecji, które wjechały do Polski. To powód nr 4.
– One psują rynek. Przyjeżdża potem do mnie klient i mówi: "Na ryneczku widziałem truskawki po 10-12 zł". A ja w detalu w tej chwili mam po 22 zł za kilogram, w hurcie 12-19 zł. Świeże, prosto z pola. A ta zagraniczna truskawka, zanim trafi do kogoś na stół, żeby zjadł ją z bitą śmietaną, to ma już 4 dni – mówi rolniczka.
Słyszała już o niejednym oszustwie z udziałem zagranicznych truskawek.
– Na przykład truskawka polska była nasypana na górze łubianki, a pod spodem była zagraniczna, która była już przejrzała. Ktoś kupił takie truskawki, myślał, że dobrze zahandluje, a nagle okazało się, że nie, bo ceny spadły. Zakupił więc trochę polskiej, domieszał i gotowe. Jako producenci potem na tym cierpimy. Bo tamten chce się pozbyć swoich truskawek i wyjść na zero. A odbija się to na nas – mówi.
Nasza rozmówczyni ma wiele hektarów gruntu, na których uprawia truskawki. Ale też ma truskawki z tunelu. Do zbiorów zatrudnia kilkadziesiąt osób.
– My handlujemy tylko truskawką, która była zerwana dzisiaj. Ona jest droższa, ale chodzi o jakość. Ta, która przyjechała z zagranicy, była mocno schłodzona. Potem zostaje wyciągnięta z chłodni. Zrosiła się, bo różnica temperatur robi swoje. Potem ją szuflują, więc puszcza sok. Potem znowu jest chłodzona. Ta truskawa przeszła tyle rodzajów temperatur, że jak przyniesiemy ją do domu, robi się dżem – mówi.
– Tylko szypułka zdradza. Ona jest jak kwiat wyciągnięty z wody. Jest przywiędnięta. Nie ma takiego zielonego koloru, jaki powinien być. Ta truskawka jest gumowata. Bo została zerwana 4-5 dni wcześniej – odpowiada.
Plantatorka truskawek: "Słyszymy od ludzi: przecież samo wam rośnie"
Rozmawiamy i o cenach truskawek, i o tym, jak żyje się dziś w Polsce z uprawy truskawek. Ile można zarobić przy zbiorze, jaki ona ma z tego zysk i jakie miała przejścia z młodymi ludźmi którzy przyjechali na zbiory. A także o tym, jak ludzie reagują na wysokie ceny truskawek. Bo sami zderzają się z różnymi opiniami. Spójrzmy więc, jak sezon truskawkowy wygląda z ich strony.
– Słyszymy: "Przecież samo wam rośnie". Otóż nie. Nie samo. Ja muszę pozbierać kamienie. Muszę zaorać, zasiać, posadzić, wyrwać zielsko. Żeby truskawka nie była opiaszczona, wszystko ścielimy słomą i trzeba za to zapłacić ludziom. My również odczuwamy wzrost emerytur, czy najniższej krajowej. Nie mogę sprzedawać truskawki za 5 zł i 5 zł płacić za jej zerwanie – mówi.
Tyle – mniej więcej – można dostać ze zebranie jednej łubianki. W pełni sezonu jedna doświadczona osoba jest w stanie zebrać dziennie 150-160 łubianek. A nowicjusz ok. 80-90. – Niektórzy zbierają w parach. Na przykład kobieta rwie, a partner nosi, ale też rwie. Są w stanie uzbierać 600 zł dniówki – opowiada.
Często słyszą też, jak ludzie twierdzą, że truskawka z tunelu jest za ładna, więc pewnie faszerują ją chemią. I że taka truskawka to jak mleko od krowy, która nigdy nie widziała słońca ani trawy.
– To jest przykre. Bo prawda jest taka, że w tunelu robimy mniej zabiegów chemicznych niż w gruncie. Truskawka wisi tam w powietrzu, jakby nie ma styczności z glebą, więc nie ma żadnych chorób. Co roku wymieniamy podłoże. Co roku przyjeżdża nowa sadzonka. Nie lejemy na nią wody w postaci deszczówki. Ona ma kroplowniki, woda jest podawana pod roślinę, która cały czas jest sucha – tłumaczy.
Opowiada o tym z ogromną pasją.
– Ludzie nie wiedzą, ile czasu i pieniędzy w to wkładamy. Że nie jeździmy na wakacje z dziećmi, bo w tym czasie siedzimy w truskawkach. Zawsze zapraszam, żeby przyjechali zobaczyć, jak to wygląda. My pracujemy od końca lutego. Wtedy musimy rozłożyć maty w tunelu. Na początku marca przyjeżdża sadzonka. Trzeba ją posadzić. Potem trzeba je przykrywać albo odkrywać, żeby się nie zagotowały. Bo np. na zewnątrz jest +10 stopni, ale jak wyjdzie słońce, to w tunelu robi się 30. Trzeba obcinać liście, kwiatki, czyścić. To bardzo żmudna praca, zanim pojawią się owoce. A ludzie myślą, że truskawki rosną same – mówi.
Ale przyznaje: – Z tego, ile zarobimy na truskawkach, tak naprawdę żyjemy cały rok.
Te z tunelu mogą zbierać do jesieni.
Jaka powinna być cena truskawek? "Żeby mieć dobrą, to minimum 15 zł za kg w detalu"
W tym roku jej upraw przymrozki akurat nie dotknęły, jak w innych regionach Polski, gdzie truskawki były już w fazie kwitnienia. Ale też odczuwa, że jest inaczej niż zwykle. Jak mówi, rozstrzał cen jest wyjątkowy. Wszystko jest opóźnione o dwa tygodnie, a pierwsze truskawki z gruntu są zniekształcone – pojawiły się zresztą dopiero tydzień temu, więc wszystkie opowieści zasłyszane z bazaru sprzed trzech tygodni, że "to truskawka z gruntu" uważa za kłamstwo.
– Uprawy były przykryte włókniną, która tarła o kwiaty, więc owoce są powykrzywiane. Ludziom się to nie podoba. Mają też mniej cukru, bo pogoda jest, jaka jest i truskawka nie jest taka słodka – opowiada.
Ale w tym roku zgłaszają się też do niej właściciele straganów i hurtownie, z którymi nigdy wcześniej nie miała kontaktu.
– Generalnie brakuje truskawek. Nie mają skąd ich brać. Pogoda zrobiła swoje. A my nie mamy jeszcze wysypu. Gdybym miała dziś bardzo dużo truskawki, to bardzo dużo bym jej sprzedała. Obserwujemy natomiast, że z powodu cen klienci detaliczni kupują mniejsze ilości niż wcześniej. Na początku sezonu było mi głupio brać od nich 30 zł za kilogram truskawek. Sama się z tym źle czułam, bo takiej ceny wcześniej nie było. I nie każdego na to stać – mówi.
Plantatorka truskawek
o tegorocznych cenach
Ile realnie powinny kosztować truskawki? – Ubiegły rok też nie był łatwy. U mnie kosztowały 20 zł za kilogram. Ale wiem, że można było ją kupić i za 15 zł. Moim zdaniem, żeby mieć dobrą truskawkę, to 15 zł za kilogram w detalu to minimum. Poniżej 10 zł, jeżeli chodzi o hurt, to już nie ma opłacalności – odpowiada plantatorka.
Ale wciąż mamy dopiero początek sezonu. Przed nimi dopiero prawdziwy wysyp. Nasza rozmówczyni zakłada więc, że cena będzie niższa: – Kończy się szklarnia, kończy się pierwszy flesz w tunelach, zaczyna się drugi flesz i zaczyna się wysyp w gruncie. To cztery rzeczy, które w tej chwili na siebie nachodzą. Cena więc spadnie.
Co to jest pierwszy flesz? To pierwsze obfite kwitnienie i owocowanie w danym sezonie: – W tunelach mamy truskawkę powtarzającą, czyli jedna roślina trzy razy kwitnie i trzy razy daje owoc. Właśnie kończymy pierwszy flesz, a drugi flesz już kwitnie. Za chwilę będzie drugi wysyp w tunelu.
Zobacz także
Rolniczka o młodych pracownikach: Mówię, żeby przyszli na piątą rano, to przychodzą na dziewiątą
Truskawki zbierają u niej pracownicy z Ukrainy. Polaków teraz nie ma. To ciekawe doświadczenie, które – przy sezonowych pracach – być może może podzielić więcej plantatorów w Polsce. I ciekawa obserwacja społeczna.
– Nagminnie przyjeżdżają rodzice. Przyprowadzają 17-latkę, czy 18-latkę i chcą ją nauczyć szacunku do pieniądza. Tylko trochę za późno. Nastolatka ma doczepione rzęsy, zrobione paznokcie, jest ładnie ubrana. Robi wrażenie, że prędzej umrze nam na tym polu, niż zarobi na bilet na autobus. Bo żeby uzbierać na dniówkę, to trzeba się trochę nawyginać – mówi.
Miała już doświadczenia z 18-letnimi pracownikami: – Mówiłam: macie wodę, macie chronić się przed słońcem. Macie mieć zwiewną koszulę, żeby się nie spalić. Nakremować się. A oni przyjeżdżają i najpierw są zdjęcia na Instagrama i objadanie się truskawkami. Ja nie żałuję im, niech jedzą, ile chcą. Ale potem trochę się powyginają, mówią, że za ciężko, odbierają pieniądze na bilet, a na drugi dzień telefon od mamy: "Spalił się/spaliła na słońcu i niestety nie przyjdzie".
Albo nagminne było coś takiego: – Mówię, żeby przyszli na piątą rano, to przychodzą na dziewiątą. W piątek pracują tylko do południa, bo jest piątek. W sobotę nie, bo jest grill. A w niedzielę idą do kościoła albo nad jezioro. I tak naprawdę, kiedy my mamy najwięcej pracy i jest największy handel – czyli piątek, sobota, niedziela – to tych ludzi nie ma. Często rezygnują po jednym dniu.
"Kiedyś dużo Polaków przychodziło, żeby sobie dorobić"
Czuje się już zmęczona takimi zachowaniami: – Jak mówię dziewczynom z tymi paznokciami, że robią dziurki w truskawkach i gniotą towar, to jest obraza majestatu. Bo ona dopiero zrobiła nowe paznokcie.
Ale pamięta, że kiedyś było dużo Polaków. Przychodzili na plantację, żeby sobie dorobić – np., żeby kupić dzieciom podręczniki.
– Przychodzili nawet, jak mieli urlopy, bo traktowali to jako dodatkowy pieniądz. Ale od kiedy powstało 500+ już nie przychodzą. Ja wiem, że Polacy narzekają na Ukraińców. Ale z mojej perspektywy, jeśli dokręcą im śrubę i nie będą chcieli przyjeżdżać do Polski, to chyba będę zmuszona sprzedać gospodarstwo i się wyprowadzić. Bo gdyby nie Ukraińcy, to ja nie istnieję – mówi.





