Idris Elba i James Bond
Fot. Shutterstock / kadr ze "Skyfall" / montaż: naTemat

Idris Elba przez lata uchodził za wymarzonego Jamesa Bonda wielu fanów. Teraz sam ucina spekulacje i mówi wprost: agent 007 nie powinien być czarnoskóry ani "woke". Brytyjski aktor idzie pod prąd dominującej narracji, ale trzeba mu przyklasnąć. Problem nie leży w samym race swappingu, ale w cynizmie, z jakim Hollywood żeruje dziś na kontrowersjach dla robienia pieniędzy.

REKLAMA

Sir Idris Elba od lat jest wymieniany przez fanów jako wymarzony James Bond. Już nim raczej nie zostanie, bo według medialnych doniesień Amazon MGM szuka młodszego odtwórcy roli agenta 007. 53-latek wyjawił jednak niedawno, że mimo krążących plotek, "nigdy nie brał udziału w wyścigu", choć czuje się zaszczycony propozycją widzów.

Idris Elba: "James Bond nie powinien być woke"

W ostatnim wywiadzie dla brytyjskiego "GQ" Elba powiedział wprost: jego zdaniem James Bond nie powinien być czarnoskóry. Jak podkreślił, jego postać "z jakiegoś powodu została napisana [przez Iana Fleminga – red.] w taki sposób, w jaki została napisana".

– Realnie rzecz biorąc, są rynki, które po prostu nie zaakceptują takiego rozwiązania. Bond jest popularny na całym świecie. Nie wszyscy [widzowie] zaakceptują czarnego mężczyznę, Afrykanina, w roli Bonda. W ich kulturze takie obsadzenie tej postaci po prostu się nie przyjmie. I tyle – powiedział z zaskakującą szczerością.

Elba dodał, że "Bond jest tak nierealistyczną postacią, że odrobina realizmu może mu tylko wyjść na dobre, ale nie próbujmy na siłę robić z niego czegoś woke". Myślę, że trzeba pozostać wiernym temu, czym Bond jest od zawsze: czystą eskapistyczną rozrywką. Nie próbujmy odpowiadać na gusta całego świata. Po prostu pozwólmy Bondowi być Bondem – podkreślił jeden z najpopularniejszych brytyjskich aktorów.

Idris Elba ma rację.Hollywood musi porzucić cyniczny race swapping i zacząć tworzyć nowe, oryginalne historie

Słowa Idrisa Elby mogą zaskoczyć w świecie, w którym wiele fikcyjnych i historycznych postaci zostaje przedstawionych na ekranie jako osoby innego koloru skóry. Samo w sobie nie jest to zjawiskiem negatywnym. Reprezentacja w popkulturze jest kluczowa – twórcy przez dekady marginalizowali na ekranach osoby o innym kolorze skóry niż biały. Zmiana rasy bohatera często tworzy zupełnie nowy, intrygujący kontekst i staje się ważnym głosem w dyskusji społecznej.

Stanowisko gwiazdy serialu "Luther" nie wpisuje się we współczesną, mainstreamową narrację, ale trzeba Elbie przyklasnąć. Problem z tzw. race swapping nie leży w samym zabiegu artystycznym, ale w tym, że Hollywood coraz częściej zmienia go w cynicznie wykalkulowaną strategię. Zamiast szczerego dążenia do różnorodności, studia filmowe celowo wywołują kontrowersje, by napędzić popularność tytułu i zwiększyć zyski. Obsadzenie aktora innej rasy niż w literackim pierwowzorze czy historii wydaje się wtedy sztuczne i puste, a najgorsze, że ostateczny hejt i tak spada na samego artystę.

Czarnoskóry Bond bez wątpienia byłby intrygującą reinterpretacją bohatera kojarzonego dotąd z tradycyjną, białą elitą i dobrze wpisywałby się w multikulturowe społeczeństwo współczesnej Wielkiej Brytanii. Osobiście nie miałam nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

Jednak, jak trafnie zauważył Elba w wywiadzie dla "GQ", Agent 007 ma być przede wszystkim rozrywką, a próby uszczęśliwiania wszystkich za wszelka cenę mijają się z celem. Czy w postać, która ma po prostu przyciągać tłumy na blockbustery, musimy wpisywać społeczno-polityczny manifest? Być może nie. Choć Bond z ery Connery'ego czy Moore'a słusznie odszedł do lamusa, a bardziej ludzki i mniej seksistowski portret w wykonaniu Daniela Craiga okazał się powiewem świeżego powietrza, to granica między ewolucją a zmienianiem świata na siłę jest cienka.

Dalsza część artykułu poniżej.

Zamiast modyfikować dotychczasowe ikony kultury (często pod dyktando algorytmów i chęć wywołania internetowej burzy) znacznie lepiej i uczciwiej jest tworzyć nowe, oryginalne postacie. Takie, które od początku będą reprezentować osoby o różnych kolorach skóry, sylwetkach czy w różnym wieku, budując własną, autentyczną legendę. To zresztą absolutnie konieczne, bo inaczej popkultura stanie się niemającą żadnego realnego znaczenia skamieliną.

Kto zostanie nowym Jamesem Bondem?

Reżyserem 26. filmu o Jamesie Bondzie będzie Denis Villeneuve, twórca "Diuny", "Blade Runnera 2049" i "Nowego początku" o spotkaniu z obcymi, a scenariusz pisze Steven Knight, twórca "Peaky Blinders".

Dodajmy, że Amazon MGM potwierdziło już, że szuka nowego Bonda – pięć lat po premierze "Nie czas umierać", ostatniego filmie z Craigiem. "Łowy" koordynuje Nina Gold, jedna z czołowych dyrektorek castingu w Hollywood, która pracowała przy filmach "Paddington", "Gwiezdne wojny" i "Mamma Mia!".

Wśród potencjalnych kandydatów do roli Bonda wymienia się Calluma Turnera, gwiazdora "Fantastycznych zwierząt" i "Władców przestworzy" (który niedawno poślubił Duę Lipę), Harrisa Dickinsona ("Bracia ze stali"), Aarona Taylora-Johnsona ("28 lat później"), Jacoba Elordiego ("Frankenstein") i Henry'ego Ashtona, znanego m.in. z "Rycerza Siedmiu Królestw" i kryminalnej perełki Netfliksa "Przewodnik po zbrodni według grzecznej dziewczynki".