
W polskich mediach coraz częściej nie chodzi już o rozmowę, tylko o potwierdzanie własnych przekonań. Patrycjusz Wyżga, twórca "Didaskaliów", mówi w "Wieczorze naTemat" wprost: odbiorcy nie potrzebują dziennikarzy, którzy będą im podpowiadać, po której stronie stanąć. Potrzebują wiedzy, uczciwości i rozmów, które nie są zakładnikami algorytmów ani politycznych plemion.
W czasach, gdy media coraz częściej żyją z polaryzacji, algorytmów i szybkich emocji, Patrycjusz Wyżga idzie pod prąd i mówi: dziennikarz nie musi mówić ludziom, jak mają myśleć.
Twórca "Didaskaliów" w rozmowie z Jakubem Kralką w "Wieczorze naTemat" opowiada o tęsknocie za starym rzemiosłem, odpowiedzialności za wybór gości i o tym, dlaczego czasem warto przestać gonić algorytm, a zacząć ufać własnej ciekawości.
Patrycjusz Wyżga jest dziś jednym z tych dziennikarzy, których trudno przypisać do politycznego obozu. I właśnie to, w epoce mediów z wyraźną etykietą, staje się jego znakiem rozpoznawczym. W "Wieczorze naTemat" dziennikarz Wirtualnej Polski, autor kanału "Didaskalia" i książki pod tym samym tytułem, tłumaczy, że nie jest to ani strategia, ani marketingowy projekt.
– Nie robię nic nadzwyczajnego. Trzymam się podstawowego ABC warsztatu dziennikarskiego. Takie rzeczy, które można przeczytać na pierwszych kartach jakiegoś podręcznika dziennikarstwa i już. I to jest aż tak proste, tylko że my od bardzo wielu lat już tak zakręciliśmy się i trafiliśmy w takie miejsce, w którym obiektywizm czy próba trzymania się warsztatu jest dziwne, egzotyczne. Jest czymś trochę nowym, chociaż kiedyś było fundamentem – mówi Wyżga.
"Mamy dość Polski seniorów"
Rozmowa zaczęła się od pytania: Polska Kaczyńskiego czy Polska Tuska? Wyżga nie wszedł w ten podział. Zamiast tego powiedział o zmęczeniu polityką, która stawia obywateli pod ścianą i zmusza ich do wyboru jednej z dwóch stron.
– Mamy już dość Polski seniorów. Chcielibyśmy Polski młodszych ludzi. Myślę, że to nie tylko moja opinia, ale też bardzo wielu widzów, którzy w różnych komentarzach na różne sposoby dają wyraz temu, że trochę jesteśmy zmęczeni duopolem i też taką wizją polityki prezentowaną przez tych dwóch dżentelmenów. Coraz mniej ludzi ma ochotę dawać się łapać w tę pułapkę i coraz mniej osób chce grać w tę grę, więc myślę, że ani jednego, ani drugiego – stwierdził.
Wyżga nie ucieka od polityki, ale też nie chce jej sprowadzać do plemiennej deklaracji. W jego opowieści media nie powinny tylko wzmacniać emocji własnej publiczności. Powinny raczej dawać wiedzę, kontekst i przestrzeń do samodzielnego myślenia.
"Nie mam papierów na to, żeby mówić ludziom, jak mają myśleć"
Patrycjusz Wyżga mocno mówił o tym, czego sam nie chce robić jako dziennikarz. Nie interesuje go rola publicysty, który za odbiorcę interpretuje świat i podsuwa gotową opinię. Wprost przyznał, że wiele osób szuka w mediach potwierdzenia własnych przekonań.
– Ludzie czasami chcą usłyszeć to, co sami myślą, tylko powiedziane przez kogoś innego, kogoś może trochę na świeczniku właśnie jakiegoś lubianego publicysty. Rozumiem, natomiast mnie takie podejście nie interesuje. Ja też może to staroświeckość, może to coś zupełnie innego, ale ja też nie czuję, że ja mam papiery na to, żeby mówić ludziom, jak mają myśleć, jakby dlaczego ktoś miałby interesować się, czy brać poważnie to, co ja uważam, to, co ja myślę? – pyta retorycznie.
– Wydaje mi się, że w ogóle odbiorcy mediów w Polsce są mądrzejsi niż się wielu twórcom mediów w Polsce wydaje. I ja tak traktuję też swoich widzów. Niech oni sobie sami wyrobią zdanie. Oni są często mądrzejsi ode mnie, ci moi widzowie. Po co ja mam im mówić, co mają myśleć? – przekonuje.
Zobacz także
Algorytm jest głodny, ale nie wiadomo, co lubi
W rozmowie pojawiła się też kuchnia YouTube'a. Wyżga przyznał, że twórcy są dziś w dużej mierze niewolnikami algorytmów. Problem w tym, że nikt do końca nie wie, co dokładnie zadziała.
– On jest wiecznie głodny, ale nie do końca wiemy, jaki ma apetyt. Znaczy wiecznie ma wielki apetyt, ale nie wiemy jakie smaki lubi do końca. Czasami wstrzelisz się w jakąś falę, bo jakiś temat rośnie, jakiś dobry timing, innego razu zaprosisz gościa, który jest po prostu w tej chwili aktualnie popularny, ale czasami nie. A wydaje ci się, że to był super gość, i on musiał się kliknąć lepiej, a poszło źle – opowiada.
Jego recepta jest zaskakująco prosta: mniej kalkulacji, więcej autentyczności. – Ponieważ nie wiemy, co się podoba algorytmowi YouTube'a, a co się nie podoba, no to postawmy na człowieka, postawmy na siebie. Spójrz w siebie i poszukaj tych tematów w sobie. Tego, co ciebie kręci, co ciebie interesuje – tłumaczy Wyżga.
Dziennikarz wybiera. I za ten wybór odpowiada
Jednym z najciekawszych wątków rozmowy była odpowiedzialność za selekcję: tematów, gości, perspektyw. Wyżga przypomina, że odbiorca nie widzi wielu decyzji, które poprzedzają gotowy materiał. Widzi dopiero efekt. A za nim kryje się władza wyboru.
– To jest wpisane w pracę dziennikarza wybór, czy tematu, czy ujęcia tematu, czy człowieka, którego zaprosisz. I teraz ta selekcja, o czym to opowiesz, a z czego zrezygnujesz, jest bardzo odpowiedzialną robotą. To jest bardzo trudne dla dziennikarza – podkreśla.
Dlatego popularność, jak mówił, zwiększa nie tylko zasięg, ale też odpowiedzialność. Im więcej ludzi ufa nazwisku albo marce, tym większe znaczenie ma to, kogo dziennikarz wpuszcza do rozmowy i jak ją prowadzi.
"Didaskalia" jak wykład dla jednego studenta
Wyżga zdradza też, jak traktuje rozmowy w "Didaskaliach". Nie jako pojedynek, nie jako show, nie jako przepytywanie gościa dla samego efektu. Raczej jako wyjątkowy wykład, w którym prowadzący jest jedynym studentem na sali.
– Jestem pojedynczym studentem na sali wykładowej, do którego przychodzi najlepszy profesor, którego ten student sam sobie wybiera. I potem ten student jest jedynym słuchaczem, ale takim w ogóle słuchaczem aktywnym, bo on moderuje ten wykład. To znaczy może pogłębiać wątki, które go szczególnie zainteresują i skracać te, które interesują go trochę mniej – mówi.
Ta metafora dobrze wyjaśnia, dlaczego długie rozmowy nadal mają sens w świecie krótkich form. Jeśli są prowadzone z ciekawości, a nie z kalkulacji, mogą dać coś, czego brakuje w szybkim obiegu: wiedzę, cierpliwość i zaufanie do odbiorcy.






