"Tego nie mówiłem nikomu". Niespodziewany spadek pomógł mu w drodze do NASA. Artur Chmielewski gościem "Wieczoru naTemat"
"Tego nie mówiłem nikomu". Niespodziewany spadek pomógł mu w drodze do NASA. Artur Chmielewski gościem "Wieczoru naTemat" fot. naTemat

Przyjechał do Stanów Zjednoczonych z 20 dolarami w kieszeni. Kosił trawniki, malował domy, miał problemy z angielskim i momentami ledwo wiązał koniec z końcem. Dziś Artur B. Chmielewski kieruje kosmicznymi projektami NASA. W "Wieczorze naTemat" wraca do Warszawy z czasów Gierka, domu pełnego żartów i swojego ojca – legendarnego Papcia Chmiela.

REKLAMA

Artur B. Chmielewski, menadżer misji kosmicznych NASA i syn legendarnego Papcia Chmiela opowiada w "Wieczorze naTemat" o drodze z PRL-owskiej Warszawy do amerykańskiej agencji kosmicznej. W rozmowie wraca do biednych początków w USA, pracy fizycznej, fascynacji kosmosem i nowego "Tytusa, Romka i A'Tomka", którego stworzył po śmierci ojca.

"Ścinałem trawniki, malowałem domy". Tak wyglądał początek w Ameryce

W Polsce był nastolatkiem wychowanym na warszawskim Mokotowie. W 1975 roku wyjechał do USA. Bez pieniędzy, bez znajomości języka, ale z obsesją na punkcie nauki i kosmosu.

– To jest prawda kompletna. Miałem 20 dolarów. Od razu wylądowałem na University of Michigan. Ścinałem trawniki, malowałem domy. Miałem odparzenia pod pachami, bo w słońcu malowałem jeden dom za drugim, żeby zarobić na życie. Grałem też w piłkę, trener po kryjomu podrzucał mi trochę pieniędzy. Początek był potwornie ciężki – opowiada.

Najbardziej zaskakiwała go jednak nie bieda, ale różnica w podejściu do edukacji.

– Na pierwszy egzamin z fizyki wszyscy przyszli z otwartymi książkami. Myślałem: zaraz wszystkich wyrzucą. A profesor powiedział: open book (przyp. podczas testu można korzystać z notatek i książek). Tam chodziło o rozwiązywanie problemów, a nie o pamięciówkę. Profesor wychodził z sali, bo obowiązywał "honor code". Podpisywałeś papier, że nie będziesz oszukiwał – i tyle. Nikt nie oszukiwał – wspomina.

Historia jak z filmu. Pomógł starszej kobiecie, dostał spadek

Jedna z najbardziej niezwykłych historii, której nigdy publicznie nie opowiadał, wydarzyła się przypadkiem – podczas spaceru po Ann Arbor – mieście w Michigan, w którym był jego uniwersytet.

Chmielewski zauważył starszą kobietę, która próbowała przeciągnąć ciężką figurę Matki Boskiej do piwnicy przed zimą. Pomógł jej. Potem wracał regularnie, pomagał wynosić figurę na wiosnę, rozmawiali. Z czasem się zaprzyjaźnili. Kilka lat później zadzwonił do niego adwokat.

– Powiedział, że ta pani umarła i zostawiła mi działkę. Sprzedałem ją i dzięki temu skończyłem studia. Nigdy nikomu wcześniej o tym nie mówiłem. To była niesamowita historia – przyznaje w "Wieczorze naTemat" .

Nauka jako młodzieńczy bunt?

Choć wychował się w domu jednej z największych legend polskiego komiksu, jego buntem okazała się… matematyka.

– Ojciec zmuszał mnie do rzeźby, malarstwa, plastyki. Chodziłem na zajęcia do Pałacu Kultury. I czasami się zastanawiam, czy właśnie dlatego zacząłem tak bardzo interesować się matematyką i fizyką. Może to był mój bunt? Kazali mi malować, więc ja poszedłem w naukę – śmieje się.

Jednocześnie przyznaje, że atmosfera z domu Papcia Chmiela mocno wpłynęła na jego późniejsze zarządzanie ludźmi w NASA.

– Przy stole tylko się dowcipkowało. Mama mówiła czasem, że to aż nieznośne. Ale ojciec nauczył mnie też czegoś ważnego – żeby interesować się ludźmi. Dlatego dziś na początku każdego projektu w NASA każę ludziom opowiedzieć coś śmiesznego ze swojego życia. Wtedy zespół naprawdę zaczyna się poznawać – tłumaczy.

NASA, Mars i brutalna prawda o podróży w kosmos

Dziś Chmielewski pracuje przy najbardziej zaawansowanych projektach eksploracji kosmosu. I studzi emocje wszystkich, którzy myślą, że załogowy lot na Marsa jest tuż za rogiem.

– Z Księżyca można wrócić w dwa dni. Gdy komuś coś się stanie, a nie ma lekarza, nie ma obaw. Na Marsa leci się siedem miesięcy. Musisz siedzieć przez ten czas w kapsule wielkości ubikacji z trzema innymi osobami. A kiedy dolecisz, Ziemia jest już po drugiej stronie Słońca. Nie ma jak od razu wracać, bo lot trwałby bardzo długo. Trzeba tam zostać na półtora roku, a to już wymaga bazy i zaplecza. Jest to potwornie skomplikowane i bardzo drogie – mówi.

Jak dodaje, oczywiście znajdują się śmiałkowie, którzy chcą polecieć jako pierwsi i zaryzykować.

– Dla NASA jest to nie do zaakceptowania. Nie możemy wysłać ludzi na misję, która nie daje realnych szans bezpiecznego powrotu – podkreśla.

"Robimy wszystko, żeby Tytus nie zniknął"

Jego obecna wizyta w Polsce ma też wymiar symboliczny. Po 5 latach od śmierci Papcia Chmiela wydał nowe przygody "Tytusa, Romka i A'Tomka", w hołdzie swojemu tacie.

– Ojciec mi powiedział: synku, robimy wszystko, żeby Tytus nie zniknął – wspomina Artur Chmielewski. I choć wiedział, że część fanów uzna to za ryzykowne, zdecydował się spróbować.

– Czekałem pięć lat po śmierci ojca, bo szukałem ilustratora. To mnie najbardziej dręczyło. Nie chciałem, żeby to wyglądało jak podróbka czy szmira. Chciałem, żeby fan przeczytał ostatnią stronę i powiedział: dobra zabawa – mówi.

Nowy komiks pełen jest współczesnych motywów – pojawia się nawet sztuczna inteligencja w postaci "E'Jajka". Ale duch Papcia Chmiela pozostał ten sam: bawiąc uczyć, ucząc bawić.

Droga do NASA Artura B. Chmielewskiego robi ogromne wrażenie. Jest trochę jak komiks jego ojca – pełna humoru, ale też trudów, absurdalnych zbiegów okoliczności, wielkich marzeń i uporu, który potrafi wynieść człowieka z warszawskiego bloku aż do centrum misji kosmicznych.