Kobieta na niebieskim tle z serduszkami wokół twarzy
AI randkuje za nas Fot. Shutterstock

– Jestem pięć lat po rozwodzie, mam dziecko w wieku szkolnym i bardzo wymagającą pracę. Marzę o miłości, ale szukanie partnera na Tinderze przypomina drugi etat. Zanim w ogóle dojdzie do spotkania, trzeba spędzić długie godziny na rozmowach. A ja zwyczajnie nie mam na to czasu. Dlatego korzystam z czata AI – przyznaje z rozbrajającą szczerością 41-letnia Emilia.

REKLAMA

Konia z rzędem temu, kto już za pierwszym podejściem znalazł w aplikacji randkowej swojego partnera. Poszukiwanie miłości online to ciężka praca, która coraz częściej zwyczajnie nas wyczerpuje. Żeby utrzymać uwagę osoby po drugiej stronie, trzeba mieć czas, pomysł i odrobinę lekkości w pisaniu. Skoro nie możemy liczyć na mowę ciała, ton głosu czy spojrzenie, wszystko rozgrywa się w wiadomościach. To od nich zależy, czy w ogóle będzie kolejny etap. 

A przecież nigdy nie wiadomo, z kim ostatecznie przyjdzie nam stanąć na ślubnym kobiercu. Dlatego często ciągniemy kilka srok za ogon.

Pyk, i już

Emilia trzy razy usuwała Tindera i trzy razy instalowała aplikację na nowo. Jak sama mówi, za każdym razem wracała z nadzieją, że tym razem będzie inaczej. Bardzo chce kochać i być kochaną. Nie ma gdzie poznać mężczyzny, z którym zacznie wszystko od nowa. Na imprezy nie chodzi, w pracy wszyscy są w związkach. Po pracy biegnie do szkoły po synka. Popołudniami ogarnia dom i robi z synem szlaczki. Ostatnio noce zarywała na pisanie na Tinderze.

– Był czas, kiedy nie miałam aplikacji. Wieczorami uczyłam się języka, czytałam książki, jeździłam na orbitreku. Jak ją zainstalowałam, całkowicie pochłonęły mnie rozmowy. To koleżanka podpowiedziała mi, że warto poprosić czata o pomoc. Sama szuka partnera i wspomaga się czatem. Człowiek godzinami zastanawia się, co mądrego napisać, a tu pyk i już.

Nie jest w tym odosobniona. Single przyznają, że szukanie miłości w aplikacjach randkowych coraz częściej ich wykańcza. Zmęczeni są tzw. talking stage, czyli etapem niekończących się wstępnych rozmów. To zabiera czas i energię i nie daje żadnej gwarancji, że z tego wyjdzie związek.

Emilia miłości jeszcze nie znalazła, ale odzyskała wieczory dla siebie.

Weronika ma 23 lata i też korzysta z czata, ale z zupełnie innego powodu:

– Zawsze miałam wrażenie, że jestem beznadziejna w pisaniu z ludźmi. Kiedy na Tinderze trafiałam na fajnego faceta, od razu łapał mnie stres, że napiszę coś głupiego i on po prostu przestanie się odzywać – tłumaczy. – Dlatego teraz piszę prompta z tym, co chcę powiedzieć, a on ubiera to w bardziej błyskotliwe słowa.

Kaśka, 25-latka, robi podobnie:

Kiedy jakiś chłopak pyta mnie o ulubiony film, bot nie tylko podaje tytuł, ale dorzuca jeszcze inteligentną analizę. Chłopak jest pod wrażeniem. Potem dostaję wiadomości w stylu: "Wow, ale jesteś ciekawą osobą".

Kaśka

szuka miłości na Tinderze

Niektórzy idą o krok dalej: proszą bota, żeby pokierował ich relacją. Pytają, czy jest szansa na związek, co druga strona ma na myśli i czy warto inwestować w nią czas i emocje. Wklejają do czata całe rozmowy i proszą o interpretację słów potencjalnego partnera czy partnerki.

AI coraz częściej pełni rolę nie tylko ghostwritera, ale i terapeuty od spraw sercowych.

– Facet, z którym się zmatchowałam i z którym pisałam już dość długo, napisał jakoś dziwnie o swoich planach na weekend. Zrobiłam zrzut ekranu naszej rozmowy i wrzuciłam go do czata. Wpisałam prompt: "Przeanalizuj ton jego wypowiedzi. Czy on ze mną flirtuje, czy jest po prostu miły? Czy ta relacja ma w ogóle potencjał na coś więcej?" – przyznaje Emilia, która, jak widać, nie tylko zyskała wolne wieczory, ale też darmowego doradcę.

Bot w kilka sekund przeanalizował sytuację i wskazał, co mogło być jej przyczyną. Według niego mężczyzna użył konstrukcji sugerujących dystans, ale emotikon na końcu może świadczyć o próbie jego skrócenia.

Teraz, zanim Emilia w ogóle pójdzie z kimś na kawę, pyta bota, czy ten facet "rokuje". Jeśli chat dość słabo oceni powodzenie tej relacji, po prostu odpuszcza.

Tomasz, 28 lat:

– Nie mam czasu ani siły na wymyślanie błyskotliwych tekstów do każdej dziewczyny. Kiedyś spędzałem godziny na Tinderze i rzadko kiedy coś z tego wychodziło. Teraz kopiuję opis z profilu dziewczyny, która mi się podoba, i wklejam go do czata z poleceniem: "Napisz zabawny, nienachalny i oryginalny tekst na podryw nawiązujący do jej pasji". AI generuje mi trzy opcje. Wybieram najlepszą, robię "kopiuj–wklej" i wysyłam.

Gdzie ta autentyczność?

Prosimy bota o wygenerowanie idealnej odpowiedzi albo podrzucamy mu screeny od potencjalnego partnera z pytaniem: "Co on miał na myśli?". Co tak naprawdę kryje się za tą potrzebą? Zapytałam o to Bartłomieja Borysa, psychoterapeutę, psychologa i terapeutę relacji.

Ekspert przyznaje, że patrzy na rozwój sztucznej inteligencji z dużą ostrożnością, ale nie widzi w niej wyłącznie zagrożenia.

– Nie demonizowałbym jej w kontekście randkowania – podkreśla Bartłomiej Borys. – W pewnych sytuacjach technologia może nam po prostu pomóc. Szczególnie wtedy, gdy ktoś ma trudności z płynnym formułowaniem myśli, bardzo stresuje się randkowaniem albo po prostu chce napisać wiadomość w bardziej spokojny i dojrzały sposób.

Jak dodaje, za wszystkim bardzo często nie stoi ciekawość technologii, ale emocje.

– Mierzymy się na co dzień z różnymi rzeczami – często czujemy się niewystarczający, doświadczamy stanów lękowych, a randkowanie bardzo nas stresuje i wywołuje poczucie niezręczności – tłumaczy.

Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy – jak zauważa psycholog – narzędzie, które miało pomagać, zaczyna zastępować użytkownika.

– Randkowanie powinno opierać się na autentyczności, zaufaniu i prawdzie – podkreśla psychoterapeuta.

Jak wyjaśnia dalej, bardzo łatwo wtedy wpaść w mechanizm nadinterpretacji.

– Jeśli każdą otrzymaną wiadomość wrzucamy do bota, żeby zinterpretował, co druga osoba "tak naprawdę" miała na myśli, to wpadamy w pułapkę. W psychologii poznawczo-behawioralnej nazywa się to "czytaniem w myślach" – precyzuje. –  Próbujemy zgadywać, co dzieje się w głowie drugiej osoby, i dopasować do tego własne reakcje. A to nie jest ani autentyczne, ani prawdziwe.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Brutalne zderzenie z rzeczywistością

W praktyce – jak zauważa ekspert – cyfrowa perfekcja często kończy się w momencie spotkania na żywo.

– Na spotkaniu nie będzie z nami bota, a co za tym idzie – zabraknie też tej wypracowanej "autentyczności" – mówi Bartłomiej Borys. – Jeśli na etapie pisania w dużej mierze wyręcza nas sztuczna inteligencja, to ona przejmuje kontrolę.

Jak dodaje, algorytm może tworzyć bardzo przekonującą wersję nas samych.

Może tak ułożyć odpowiedzi, żeby druga strona miała wrażenie, że rozmawia z kimś idealnie dopasowanym. A potem na spotkaniu okazuje się, że to nie był kontakt z nim, tylko z wyimaginowaną personą.

Bartłomiej Borys

psychoterapeuta, psycholog i terapeuta relacji

W efekcie – jak mówi – rośnie napięcie i niepewność.

– Na żywo musimy polegać wyłącznie na sobie. Jeśli wcześniej nie ćwiczyliśmy tej komunikacji, bo wyręczała nas technologia, to pojawia się stres, blokada i trudność w spontanicznej reakcji.

Etyka, prywatność i poczucie oszustwa

Ekspert zwraca też uwagę na mniej oczywisty wymiar zjawiska – kwestie etyczne i prywatności.

– W relacjach kluczowa jest prawdziwość – podkreśla Bartłomiej Borys. – Pojawia się pytanie, czy w porządku jest to, że prywatne wiadomości są bez wiedzy i zgody drugiej osoby wrzucane do systemów sztucznej inteligencji.

Jak zaznacza, nawet jeśli firmy zapewniają o bezpieczeństwie, ryzyko nigdy nie znika całkowicie.

– Nie ma stuprocentowej gwarancji, że dane nie wyciekną – mówi. – Druga kwestia to fakt, że bardzo osobiste treści trafiają do systemu bez refleksji. Wtedy granica prywatności zaczyna się zacierać.

Jego zdaniem różnica między wsparciem a nadużyciem jest zasadnicza.

– Istnieje ogromna różnica między tym, czy konsultujemy wiadomość i sprawdzamy, czy dobrze oddaje nasze intencje, a sytuacją, w której AI tworzy całą narrację za nas – zaznacza. – W tym drugim przypadku przejmuje ona odpowiedzialność za komunikację.

Czytaj także:

Czy oddajemy emocje algorytmowi?

Czy sztuczna inteligencja może osłabić naszą zdolność do przeżywania emocji i budowania relacji?

– Myślę, że sztuczna inteligencja może nam pomóc w formułowaniu myśli, ale na pewno nie powinna za nas randkować – odpowiada ekspert. – Dopóki technologia wspiera nas w tym, żeby być bardziej sobą, wszystko jest w porządku.

Jak dodaje, problem nie leży w samej technologii, ale w sposobie jej używania.

– Często mamy trudność z nazywaniem emocji. W takim asystowaniu nie ma nic złego, o ile ostateczny przekaz płynie od nas – tłumaczy.

Jednocześnie podkreśla, że zbyt duże uzależnienie od narzędzi może prowadzić do regresu kompetencji społecznych.

– Jeśli prosimy AI o pisanie gotowych wiadomości, zaczynamy działać na własną szkodę – ostrzega Bartłomiej Borys. – Odbieramy sobie szansę na rozwijanie umiejętności randkowania i autentyczne wyrażanie siebie.

"Wrażliwe dziecko" kontra algorytm

Psychoterapeuta podkreśla, że najważniejsza w relacjach jest emocjonalna bliskość.

– Budowanie relacji opiera się na bliskości emocjonalnej – podkreśla. – Rodzi się ona wtedy, gdy odsłaniamy przed drugą osobą swoją wrażliwą stronę, to nasze wewnętrzne "wrażliwe dziecko".

Jak dodaje, w tym miejscu technologia nie jest w stanie zastąpić człowieka. 

– Prawdziwa więź powstaje wtedy, gdy te dwie wrażliwe strony mają szansę się spotkać – podkreśla. Sztuczna inteligencja nie ma własnej wrażliwości ani autentyczności. Kiedy wyręcza nas w komunikacji, relacja traci prawdziwość, a my tracimy możliwość budowania związku na realnych fundamentach – podsumowuje. 

Sztuczna inteligencja coraz śmielej wkracza do świata aplikacji randkowych. Tinder podąża za technologicznymi trendami i planuje wprowadzić do aplikacji rozwiązania oparte na AI. Przedstawiciele Tindera tłumaczą, że aplikacja była tworzona z myślą o milenialsach. Teraz trzeba ją dostosować do potrzeb generacji Z, która coraz częściej deklaruje zmęczenie nieefektywnym swipe’owaniem.