
Są takie liczby, które mówią same za siebie. Nie potrzebują komentarza, interpretacji ani konferencji prasowej z flagami w tle. Wystarczy je wypowiedzieć głośno, żeby każdemu zrobiło się trochę nieswojo. Zatem powiedzmy to głośno: Karol Nawrocki sprawuje urząd prezydenta od 6 sierpnia 2025 r., a do dziś (w niespełna jedenaście miesięcy) zawetował już 37 ustaw. Trzydzieści siedem…
Na wstępie garść prezydenckich statystyk sprzed lat. Lech Wałęsa przez całą pięcioletnią kadencję wetował 27 razy. Aleksander Kwaśniewski przez dwie kadencje, czyli przez całe dziesięć lat, zawetował 35 ustaw. Lech Kaczyński przez prawie pięć lat – 18. Bronisław Komorowski przez pięć lat – cztery razy. Andrzej Duda przez dwie dekady w Pałacu, z których przez siedem lat rządził jego własny obóz polityczny – 21 wet łącznie. Karol Nawrocki pobił ich wszystkich. Każdego. Z osobna. I razem. Jednocześnie. W jedenaście miesięcy.
Prezydent swym charakterystycznym głośnym tonem twierdzi, że z wetowania "nie ma wielkiej radości". I niby człowiek próbuje jakoś w to uwierzyć. Bo przecież kto by lubił życie z natrętnie powracającą myślą "no dobra, czas na kolejne weto". To musi być uciążliwe. Tyle dokumentów do przeczytania, tyle uzasadnień do napisania, tyle oświadczeń do nagrania. Ciężka praca.
Jednak pewna natrętna myśl z każdym kolejnym wetem prześladuje także mnie: czy przypadkiem nie jest jednak tak, że jeśli ktoś robi coś średnio trzy razy w miesiącu (i bije przy tym rekordy wszech czasów) na pewno nie ma z tego ubawu…? Ubawu nie tylko z przeciwników politycznych, którym utrudnia życie. Nie tylko ubawu, jaki daje korzystanie z danych mu możliwości. Ale może i ubawu z państwa, z Polski?
Oczywiście weto to konstytucyjna prerogatywa głowy państwa. Nikt tego nie kwestionuje. Żaden zapis w Konstytucji nie mówi, ile razy można z niego skorzystać. Można wetować raz, można dziesięć razy, można – jak widać – trzydzieści siedem (and counting…). Prawo na to pozwala.
Ale prawo pozwala też jeść lody na śniadanie, obiad i kolację. Co wcale nie oznacza, że jest to dobry pomysł. Organizm w końcu się zbuntuje.
Weto prezydenta Nawrockiego. Rekord III RP, który blokuje państwo
Weto ma sens wtedy, gdy prezydent stoi na straży interesu publicznego, gdy broni obywateli przed złym prawem, gdy – mówiąc wprost – widzi coś, czego Sejm i Senat nie dostrzegły lub dostrzec nie chciały. Takie momenty oczywiście zdarzają się i Karolowi Nawrockiemu. No ale trzydzieści siedem razy w niespełna rok? To już nie wygląda na straż konstytucyjną, a jakiś problem po stronie wetującego.
Karol Nawrocki zawetował kodeks wyborczy. Zawetował kodeks rodzinny. Zawetował ustawę o kryptoaktywach – i to trzy razy, bo Sejm próbował przepchnąć ją na różne sposoby. Zawetował ustawę przedłużającą tymczasową ochronę dla uchodźców z Ukrainy. Zawetował przepisy deregulacyjne, które miały ułatwić życie przedsiębiorcom. Zawetował ustawę zdrowotną dotyczącą chorób zakaźnych.
Wetuje szybko, systematycznie, niemal rytmicznie. Jakbyśmy oglądali kolejne odcinki serialu, w którym Pierwszy Obywatel RP jest i reżyserem, i głównym bohaterem. Politycy koalicji rządzącej ochrzcili go już mianem "wetomana". Słowo brzmi złośliwie, ale – spójrzmy prawdzie w oczy – statystycznie jest trafne.
Kohabitacja czy wetowanie dla zasady? Nawrocki kontra historia polskiej prezydentury
Tu ktoś powie, że mamy warunki kohabitacji. Prezydent z innego obozu politycznego niż rząd musi wetować, bo to jego jedyna broń. I to prawda, ale do pewnego stopnia. Aleksander Kwaśniewski też wetował za rządów Jerzego Buzka i też nie przepadał za ustawami AWS. Ale przez całe dwa lata kohabitacji zrobił to "tylko" 28 razy.
A patrząc na tempo Nawrockiego, minister sprawiedliwości Waldemar Żurek już jakiś czas temu wyliczył, że wiosną 2027 roku urzędująca głowa państwa przekroczy łączną liczbę wet wszystkich poprzedników z III RP razem wziętych. To nie jest polityczna złośliwość, a prosta matematyka. I powiedziałbym, że sygnał do opamiętania dla gospodarza Pałacu Prezydenckiego.
Zobacz także
Rozumiem, że nie jest łatwo być prezydentem wybranym głosami jednego obozu, kiedy rząd tworzy drugi. Rozumiem frustrację, rozumiem potrzebę zaznaczania obecności, rozumiem, że prezydent nie może być przezroczysty. Ale są lepsze sposoby na zaznaczanie obecności, które nie polegają na blokowaniu działalności państwa.
Można inicjować dialog. Można wysyłać ustawy do Trybunału Konstytucyjnego z solidnym uzasadnieniem – tak, żeby potem parlament wiedział, co konkretnie trzeba poprawić. Można rozmawiać z premierem, nawet jeśli rozmowa jest trudna. Można wetować rzadziej, za to celniej. Można w końcu budować obiecany w kampanii status prezydenta całego narodu.
Bo problem z rekordowymi wetami nie jest wyłącznie techniczny. Jest wizerunkowy. Jest polityczny. I jest – powiem to wprost – trochę żenujący. Panie Prezydencie, to widać. Liczby są jawne, lista wet jest publiczna, a dedykowany pańskiemu "dorobkowi" portal wetomat.pl działa całą dobę.


