
Gabriela chodziła po drzewach, spała w stodole i gotowała zupę z błota. Teresa jadła porzeczki prosto z krzaka, a Czarek u babci przeżył wakacje życia, chociaż nic tego nie zapowiadało. – Nie zamieniłabym tamtych chwil na żadne luksusowe hotele all inclusive. Dziś podróżujemy i zwiedzamy świat, ale wakacje u dziadków miały zupełnie inny wymiar i klimat. To coś, co nosi się w sercu do końca życia – mówi psycholożka Agnieszka Stąpor, która też doświadczyła tego szczęścia.
Garście pełne kwaśnych porzeczek, chrupiące jabłka zrywane prosto z drzewa, smalec na czerstwym chlebie i siano, które łaskotało w szyję, gdy spała w stodole – tak Teresa wspomina swoje dzieciństwo na wsi. Dziś ma 75 lat, ale – jak mówi – tamte obrazy wciąż ma przed oczami, jakby wydarzyły się wczoraj.
– Najbardziej zapamiętałam zapach wiejskiej chałupy. Dziadkowie mieszkali w starym domu, jeszcze pewnie po Niemcach, bo to były Ziemie Odzyskane. Ten zapach mieszał się z aromatem chleba, który babcia piekła raz w tygodniu. Leżał potem przez całe dnie w kuchni, ale każdego dnia smakował pysznie – wspomina Teresa.
Do Jarandowa (wówczas Jurandowo - przyp. red.) jeździła najpierw z rodzicami. Gdy miała 12 lat, zaczęła pokonywać tę kilkunastokilometrową trasę samodzielnie rowerem.
Do dziś nie rozumie, skąd miała w sobie tyle odwagi.
– Pamiętam drogę: z Lidzbarka Warmińskiego najpierw do Kraszewa, potem skręt w mniejszą ścieżkę. Raz nawet się zgubiłam, pojechałam nie tam, gdzie trzeba. Czułam, że coś się nie zgadza, więc zawróciłam aż do Kraszewa i dopiero stamtąd ruszyłam właściwą drogą.
W Jarandowie mieszkali jej dziadkowie oraz przyrodnie siostry ojca. Były od niej niewiele starsze, dlatego mówiła do nich po imieniu.
Teresa
emerytka
Nie wszystkie wspomnienia były jednak sielskie. Dziecięcą zmorą było świeże mleko prosto od krowy.
– Sam zapach mnie odrzucał. A dorośli pili je ciepłe, prosto spod krowy. Dla mnie to ohyda – przyznaje z niesmakiem. – Myślę, że już wtedy mogłam mieć nietolerancję laktozy, ale kto by się tym w tamtych czasach przejmował.
Dom dziadków był duży, gospodarski. Obok stała obora, wielka stodoła i rozległy sad. Był też ogród warzywny, bez którego trudno było wyobrazić sobie tamtejsze gospodarstwo.
– Do dziś pamiętam wielkie klapy w podłodze domu. Dziadkowie podnosili je i schodzili po schodkach do piwnicy, żeby schować zapasy na zimę – opowiada.
Życie w Jurandowie było bezwzględnie podporządkowane pracy. Babcia Anna, na którą bliscy czule mówili "Andzia", bez przerwy była w biegu. Zbierała wszystko, co urosło w gospodarstwie lub co zniosły kury, i wywoziła na targ do Lidzbarka Warmińskiego.
– Dziadek, choć z zawodu szewc, w tamtych latach zmagał się już z ciężką astmą i rzadko pracował fizycznie. Czy się mną zajmował? W tamtych czasach nie "zabawiano" dzieci, więc nie pamiętam wspólnych zabaw z dziadkami – przyznaje Teresa.
Rowerem do dziadków jeździła zaledwie przez dwa lata. Później rodzina przeniosła się z Jarandowa do Ząbek pod Warszawą.
Obieranie bobu i zupa z błota
Od zapachu siana kręciło się w głowie. Choć minęło już trzydzieści lat, Gabrysia bez trudu przywołuje tamte obrazy i smaki: ciepły chleb pieczony przez babcię, świeże mleko prosto od krowy i intensywną zieleń letnich łąk.
We wsi Śniadka w województwie świętokrzyskim spędzała co roku lipiec i sierpień. Tam każdego ranka budził ją śpiew ptaków. Zaraz potem zaczynała się rywalizacja.
– Od rana trwała walka o to, kto będzie mógł nakarmić kury. Prawdziwym wyzwaniem było jednak późniejsze zbieranie jajek. Nie ograniczaliśmy się tylko do kurnika. Wchodziliśmy we wszystkie możliwe dziury i zakamarki, w których kury mogły je potajemnie znieść. Graliśmy w to, kto znajdzie ich więcej – opowiada.
A potem – z bratem i kuzynami – wspinali się na drzewa, zrywali soczyste czereśnie. Kiedy im się znudziło, zeskakiwali i jedli agrest prosto z krzaków.
Dziadkowie Gabrysi zmarli dość wcześnie. Babcia, do której jeździła na wakacje, krzątała się wokół swoich zajęć. Podobnie jak w przypadku wcześniejszej bohaterki, Teresy, nikt nie zabawiał dzieci.
– Pod jednym dachem z babcią mieszkali jej synowie i córki, dlatego bliższe relacje mieliśmy z wujostwem. Dorośli pracowali w gospodarstwie, więc byliśmy zostawieni sami sobie. Całymi dniami biegaliśmy po łąkach, budowaliśmy bazy i gotowaliśmy "zupę" z błota. To były nasze największe przygody – wspomina.
Swoboda szła jednak w parze z dużą odpowiedzialnością.
– Już jako sześciolatka wyprowadzałam krowy na pastwisko. Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, ale wtedy dorośli byli przekonani, że poradzimy sobie z takim zadaniem – mówi Gabriela.
Noc w stodole i bilet w jedną stronę
Najlepszym dowodem na tę specyficzną, wiejską szkołę życia była jej samotna podróż autobusem.
Gabriela
spędzała wakacje na wsi
Zaufanie dorosłych pozwalało też na realizację największych dziecięcych marzeń. Na zgodę na nocleg w stodole dzieci czekały jak na wielką nagrodę.
– Siano kłuło, między snopkami chodziły robaki, ale nam to w ogóle nie przeszkadzało. To była największa przygoda i nie mogliśmy doczekać się wieczoru – wspomina Gabrysia.
A gdy słońce nieśpiesznie zachodziło nad Śniadką, życie towarzyskie przenosiło się przed dom.
– Siadaliśmy przed dużymi miskami i wszyscy razem – dorośli i dzieci – obieraliśmy bób. Opowiadaliśmy sobie wtedy różne niesamowite historie, śmialiśmy się.
Choć wakacje kończyły się wraz z sierpniem, dzieciaki wracały na wieś jeszcze jesienią.
– Przyjeżdżaliśmy tam całą rodziną we wrześniu na wykopki. Wszyscy razem zbieraliśmy z pola ziemniaki, a potem piekliśmy je w ognisku. To jedno z moich najpiękniejszych wspomnień. Kiedy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, wiem jedno: mogąc wychowywać się na wsi, wygrałam los na loterii – podsumowuje Gabriela.
Z nudów liczyliśmy auta
Oleszka to maleńka wieś w województwie opolskim. Mieszka tu niespełna 200 osób. Trzy lata temu miejscowość zdobyła prestiżowy tytuł Najpiękniejszej Wsi Województwa Opolskiego. Leży przy trasie prowadzącej na Górę Świętej Anny, dlatego wielu turystów przejeżdża przez nią, nawet nie zdając sobie sprawy, co kryje to miejsce.
Dla Agnieszki Stąpor, psycholożki, Oleszka jest przede wszystkim miejscem dzieciństwa. Miała zaledwie pięć lat, gdy po raz pierwszy pojechała tam na wakacje do dziadków. Spędziła u nich dwa tygodnie. Potem każdy kolejny wyjazd przynosił nowe doświadczenia.
– Było mi łatwiej, bo zawsze jeździłam z dziesięcioletnim bratem – wspomina. – On miał już na miejscu swoich kolegów, więc naturalnie wprowadził mnie do wiejskiej społeczności. Bardzo szybko staliśmy się częścią dużej paczki dzieciaków. Całe dnie spędzaliśmy na dworze – spacerowaliśmy polnymi drogami, zbieraliśmy maliny, a z dziadkiem kopałam ziemniaki i karmiłam kury. Pomagałam też dziadkom przy zbiorach truskawek, szpinaku i wszystkiego, co akurat dojrzewało w ogrodzie. Nikt nie musiał organizować nam czasu. Wystarczało to, co mieliśmy wokół siebie.
Wieś żyła własnym, niespiesznym rytmem, w którym nawet brak atrakcji stawał się przygodą.
– Ruch na drogach praktycznie nie istniał. Jeśli przez cały dzień przejechał jeden samochód, było to prawdziwe wydarzenie. Z nudów liczyliśmy auta.
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Sensoryczna mapa wspomnień
Po latach najmocniej pozostały w niej zapachy, smaki i doświadczenia, których nie da się z niczym innym porównać.
– Jestem z natury romantyczką, dlatego najmocniej działają na mnie wspomnienia sensoryczne – chodzenie boso po porannej rosie, smak świeżego mleka prosto od krowy czy pomidorów zrywanych prosto z krzaka – uśmiecha się. – We wsi był tylko jeden sklep, do którego od rana biegało się po jeszcze ciepły chleb. Pamiętam pyszne obiady i kompoty gotowane przez babcię, wspólne pieczenie babek. Do dziś czuję też zapach siana, bo pomagaliśmy w sąsiednim gospodarstwie podczas żniw.
Dziś, jako psycholożka i mama dwójki dzieci, patrzy na tamte wakacje z zupełnie innej perspektywy. Widzi w nich emocjonalny fundament, który ukształtował jej dorosłe życie.
Agnieszka Stąpór
psycholożka
Jak podkreśla, największym darem dziadków była ich obecność.
– Dziadkowie byli dla nas zawsze dostępni. Niczego nam nie bronili, czuwali dyskretnie z boku, ale przede wszystkim mieli dla nas czas. Wakacje powinny być czasem absolutnej beztroski – i ja właśnie tak je zapamiętałam.
Relacje, których dziś brakuje
Jak mówi dalej, największą wartością dawnej wsi byli ludzie i naturalnie tworząca się wielopokoleniowa wspólnota. Choć w gospodarstwie pracy nigdy nie brakowało, zawsze znajdował się czas dla drugiego człowieka. Starsi mieszkańcy spotykali się w wiejskim klubie, by porozmawiać, a dzieci czekały na swoją kolej, żeby pograć na starym kineskopowym telewizorze. Były też planszówki, wspólne zabawy i wieczory spędzane na obserwowaniu gwiazd.
– Najpiękniejsze były rozmowy. Nikt się nie spieszył. Ludzie po prostu mieli dla siebie czas – wspomina Agnieszka Stąpor.
Jak dodaje, właśnie w takim środowisku człowiek naturalnie uczył się empatii, wdzięczności i szacunku dla starszych. Dziś, z perspektywy psycholożki, widzi, jak bardzo brakuje nam takich prostych, autentycznych relacji.
Dzieci potrzebują silnych korzeni
Agnieszka Stąpor nie ma wątpliwości, że wspólny czas z dziadkami ma ogromne znaczenie dla rozwoju dziecka. Jej zdaniem to właśnie rodzinne historie i codzienne doświadczenia budują poczucie przynależności oraz bezpieczeństwa.
– Dzieci ogromnie potrzebują takich doświadczeń. Potrzebują silnych korzeni i rodzinnych historii, bo to one dają poczucie przynależności. A z niego rodzi się wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa. Dziadkowie w wyjątkowy sposób uczą dzieci zaufania do świata.
Sama stara się stworzyć swoim dzieciom podobne wspomnienia. Dziś jej rodzice są na emeryturze i aktywnie uczestniczą w życiu dziewięcioletniej córki i trzynastoletniego syna. Na co dzień Agnieszka Stąpor pracuje w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Opolu, na Oddziale Pediatrii, Diabetologii i Endokrynologii.
– Moi rodzice zabierają wnuki na basen. Też mają kury, gęsi i kaczki. Dzieci uwielbiają u nich nocować. W ogrodzie stoi namiot, jest basen i spędzają tam fantastyczny czas – przede wszystkim z dala od telefonów.
Psycholożka zwraca jednak uwagę, że obecność dziadków nie powinna oznaczać przejmowania przez nich roli rodziców.
– Żyjemy w czasach, które bardzo nas obciążają. Pracujemy dużo i dziadkowie są dla wielu rodzin ogromnym wsparciem. Trzeba jednak pamiętać, że ich rolą nie jest wyręczanie rodziców, ale stworzenie dzieciom przestrzeni do zbudowania własnej, wyjątkowej relacji z babcią i dziadkiem.
Na koniec Agnieszka Stąpor wraca myślami do wakacji spędzanych w Oleszce. Choć dziś podróżuje z rodziną i poznaje świat, tamte letnie wyjazdy do dziadków wciąż pozostają dla niej czymś wyjątkowym.
– Nie zamieniłabym tamtych chwil na żadne luksusowe hotele all inclusive. Dzisiaj oczywiście też podróżujemy i zwiedzamy świat, ale wakacje u dziadków miały zupełnie inny wymiar i klimat. To coś, co nosi się w sercu do końca życia – podsumowuje.
Dalszy ciąg tekstu poniżej
Zobacz także
Dziewczyński świat
Połowa lat 90. Gorące, leniwe lato. Zapach skoszonej trawy miesza się z zapachem asfaltu topiącego się na drodze. To właśnie wtedy rodzice Czarka wysyłają go na miesiąc do babci, do odległych Starych Łysogórek. To ma być jego pierwszy pobyt bez mamy i taty.
Jadą wiele godzin starą żółtą skodą, która dwa razy odmawia posłuszeństwa. Czarek cierpi na chorobę lokomocyjną. Wymiotuje do woreczka.
Już jest źle, a potem jest jeszcze gorzej. Szybko orientuje się, że w promieniu kilku kilometrów nie ma ani jednego chłopaka w jego wieku. Żadnego kompana do kopania piłki czy gry w kapsle.
Łysogórki to niepodzielne królestwo jego kuzynek i ich koleżanek. Cała chmara: od nastoletnich panien, po te zupełnie małe. Te ostatnie piszczą aż uszy bolą, starsze wylegują się na kocach przed domem babci i narzekają, że są "grube".
– Miałem wtedy 10 lat. I same baby wokół. Dla mnie to było jak wyrok śmierci, rozumie pani? – żartuje po latach Cezary.
Wtedy jest zrezygnowany. Siedzi ostentacyjnie na ganku, rękę podpiera pod brodę. Albo rzuca kamykami w płot. Dużo rozmyśla nad niesprawiedliwością losu.
Nie podoba mu się ten dziewczyński świat.
– Kuzynki plotły bransoletki z tego co zerwały z łąki. Cały czas coś sobie opowiadały i chichotały bez przerwy. Pewnie też ze mnie się śmiały. Babcia cały czas mnie dokarmiała. Mówiła, że za chudy jestem jak szczypiorek – przypomina sobie mój rozmówca.
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Przełom przy disco polo
Wszystko zmieniło się w jedno lipcowe, parne popołudnie. Najstarsza z kuzynek, Kaśka, wytaszczyła na podwórko dwukasetowy magnetofon. Babcia kazała wcześniej obrać truskawki z szypułek – robota była żmudna i nudna, więc dzieci szukały sposobu, żeby uciec od ciszy.
– Siedzenie przy tych truskawkach to była katorga – wspomina Czarek. – Człowiek marzył, żeby coś się wreszcie wydarzyło.
Z głośników popłynęły hity disco polo: Shazza i Boys. Dziewczyny zaczęły się wygłupiać, podśpiewywać.
– Udawałem, że mnie to nie kręci, ale długo nie wytrzymałem – śmieje się. – Noga pod stołem sama mi chodziła do rytmu.
W pewnym momencie magnetofon zaczął wciągać taśmę. Czarek bez wahania wkroczył do akcji. Poprosił babcię o ołówek i uratował kasetę. Nawiną taśmę z powrotem na szpulkę.
– I wtedy zyskałem szacunek w towarzystwie – żartuje.
Od tamtej pory coś się zmieniło. Dzieci zaczęły spędzać razem całe dnie – biegały po polach, robiły wyścigi, polewały ogrodowym wężem.
Czarek zauważył, że coraz częściej szuka towarzystwa jednej z kuzynek, 13-letniej Marysi. Dziś mówi, że była to jego pierwsza miłość.
Babcia Czarka była obecna, ale nie wchodziła im w drogę.
– Ona miała swoje zajęcia, a my mieliśmy swój świat. Oprócz tego, że nas karmiła – a mnie najbardziej – nie wtrącała się w nasze sprawy. Ale wiedzieliśmy, że jak coś się stanie, zawsze możemy do niej przyjść – mówi. – To dawało takie poczucie bezpieczeństwa.
Dziadkowie to kapitał
Psycholożka Agnieszka Stąpor podkreśla, czasu spędzonego z najstarszym pokoleniem nie da się odzyskać.
– Dziadkowie się starzeją i odchodzą, dlatego wspólne obiady, spacery czy rozmowy są kapitałem, który zostaje w wnukach na całe życie – mówi.
Z czasem role w rodzinie się odwracają. Dzieci, które kiedyś spędzały beztroskie wakacje u dziadków, w dorosłości często same przejmują opiekę nad nimi.
– Wtedy to my musimy się nimi zaopiekować, oddając im troskę w innym wymiarze. Dlatego, dopóki jest taka możliwość, warto pielęgnować takie relacje. Żaden ekran nie zastąpi rozmowy, dotyku ani zwykłej obecności – podsumowuje.





