Kobieta i mężczyzna kłócą się na wakacjach
Wakacje ze znajomymi mogą być prawdziwym testem dla przyjaźni. Są jednak sposoby na uniknięcie katastrofy Fot. Shutterstock

Pomysł zwykle wydaje się świetny. Kilka rodzin lub par, duży pensjonat, wspólne śniadania, wieczorne rozmowy i dzieci bawiące się razem. W praktyce jednak taki wyjazd potrafi wystawić nawet wieloletnie przyjaźnie na ciężką próbę. – Wróciliśmy do domu właściwie jako obcy ludzie. Dziś nie mamy już ze sobą kontaktu – wyznaje Kamila, która z partnerem i zaprzyjaźnioną rodziną wybrała się nad morze. Pytamy psychologa, jak uniknąć takich scenariuszy.

REKLAMA

– Igor biegał wokół domu z indiańskim okrzykiem, strzelał z pistoletu na kulki w nasze drzwi i wymachiwał mi przed oczami plastikowym mieczem świetlnym, który przeraźliwie piszczał. Od rodziców słyszeliśmy tylko, że na wakacjach musi się wyszaleć. W pewnym momencie cały rytm dnia został podporządkowany temu, czego akurat chciał. Kiedy zrobił awanturę w lodziarni, bo nie było jego ulubionego smaku, pomyślałam, że to nasz ostatni wspólny wyjazd – wspomina Kamila.

Pośpiesznie dodaje, że nie ma żalu do wówczas 5-letniego Igora. Dziecko to dziecko, nawet jeśli sypie piaskiem plażowiczom prosto w oczy. To rodzice są od tego, żeby postawić granicę albo powiedzieć "dość". Ale jej przyjaciele tego nie zrobili.

Cały wyjazd kręcił się wokół jednego dziecka

Z Anetą i Krzyśkiem znajomość poluzowała im się, kiedy na świat przyszedł Igor.  Wspólny wyjazd miał odbudować dawne więzi. Kamila i Wiktor, sami wciąż bezdzietni, wierzyli, że wspólny wyjazd po latach to świetny plan na zacieśnienie tej przyjaźni.

Dwa sąsiadujące pokoje w pensjonacie, nieopodal plaża, atrakcje dla dzieci.

Co mogło pójść nie tak?

Wszystko.

– Wyobrażałam sobie, że będziemy siedzieć na plaży i rozmawiać, a Igor zajmie się zabawą. Dzieci uwielbiają kopać tunele, przelewać wodę z wiaderka. Ale nie Igor. Nie dało się spokojnie dokończyć żadnego zdania. Dzieciak non stop potrzebował uwagi i angażował wszystkich do zabawy. Animowaliśmy go wszyscy po kolei. Jak nie miał uwagi, to się darł – opowiada. 

Początkowo Kamila tłumaczyła zachowanie chłopca zmianą otoczenia i nadmiarem wrażeń. Starała się też spojrzeć na sytuację z perspektywy przyjaciół. Igor był wyczekanym, wymarzonym dzieckiem i widać było, że ich świat kręci się wokół niego.

Ale z każdym dniem Kamili coraz trudniej było zachować cierpliwość. Kiedy chłopiec zaczął odbijać piłkę od drzwi ich pokoju, miała już serdecznie dość. Kiedy za każdym razem wymuszał pieniądze do automatu z zabawkami, coś się w niej gotowało. Później po prostu zaciskała zęby i próbowała przetrwać do końca wyjazdu. Zwłaszcza po jednym ze śniadań.

– Posiłki przygotowywaliśmy sami. Igor jadł płatki z mlekiem i do nich pluł. Porozmawiałam z Anetą najdelikatniej, jak umiałam. Nie chciałam jej urazić ani robić awantury. Usłyszałam tylko, że "nie wiem, jakie są dzieci", i że wszystko "zrozumiem, kiedy sama zostanę mamą". Z kolei mój Wiktor próbował po męsku porozmawiać z Krzyśkiem, ale to też nic nie dało – opowiada Kamila.

Po tej sytuacji Kamila i Wiktor zaczęli wstawać wcześniej. Sami przygotowywali śniadanie i wychodzili na plażę, zanim reszta zdążyła się zebrać. Potrzebowali choć chwili spokoju, żeby nie oszaleć.

Usłyszeli, że przecież nie po to umawiali się na wspólne wakacje, żeby teraz każdy jadł osobno.

– Wróciliśmy do domu właściwie jako obcy ludzie. Dziś nie mamy już ze sobą kontaktu – mówi. 

Wróciłam bardziej zmęczona, niż byłam przed wyjazdem

Magda rozpromienia się na samo wspomnienie dawnych wyjazdów w dużym gronie. Pierwszy raz wyruszyli ekipą na pole namiotowe nad morze. – To były biedne, studenckie czasy – wspomina. – Ale nic nam nie przeszkadzało. Robiliśmy ogniska, głupie żarty, siedzieliśmy do rana. Potem zwiedziliśmy Europę Południową. Sporo wyjazdów było spontanicznych. Potrafiliśmy spakować się w jedno popołudnie i wyruszyć. Zmienialiśmy się za kierownicą.

Potem przyszły śluby, rodziły się dzieci. Chcieli utrzymać tradycję. Zaczęły się duże różnice w zasobach finansowych, logistyczne wyzwania. Długie podróże autem odpadały, bo dwójka dzieci przyjaciół miała chorobę lokomocyjną.

Ostatni wspólny wyjazd do Jastarni sprawił, że Magda na jakiś czas straciła ochotę na podobne eksperymenty.

– Nie doszło do jakichś wielkich spięć czy awantur, ale zrozumiałam, że wspólne wakacje z małymi dziećmi i grupą znajomych nie są dla mnie odpoczynkiem – przyznaje.

Najtrudniejsze okazało się jednak pogodzenie rytmu życia dzieci z planami reszty ekipy.

Moje dzieci jedzą obiad o stałej porze i po nim zwykle śpią. Jeśli ten rytm się rozsypie, później są zmęczone i rozdrażnione. Z kolei przyjaciele i ich dzieci żyli zupełnie innym rytmem – rano długo spali, z domu wychodzili późno i mogli szaleć do północy. W efekcie, kiedy oni dopiero zbierali się na plażę, my musieliśmy już wracać na drzemkę. Cały czas miałam poczucie, że albo my się do wszystkich dopasowujemy, albo oni muszą czekać na nas. I chyba każda ze stron zaczynała się tym męczyć.

Magda

mama dwójki dzieci

Dochodził do tego jeszcze stres związany ze wspólnym mieszkaniem.

– Zastanawiałam się, czy dzieci nie hałasują za bardzo, czy nie obudzą innych, czy czegoś nie zniszczą. W efekcie wróciłam z wakacji bardziej zmęczona, niż byłam przed wyjazdem.

Czy wakacje ze znajomymi, kiedy ma się już własną rodzinę, są złym pomysłem?

– Nic z tych rzeczy. Po prostu doszliśmy z mężem do wniosku, że na razie lepiej będzie, jeśli będziemy podróżować sami. Szkoda nerwów i szkoda relacji. Na wspólne imprezy jeszcze przyjdzie czas. Może jak dzieci podrosną? – odpowiada Magda.

Na Mazurach udało się uniknąć konfliktów

Zupełnie inne wspomnienia ma Marta, która rok temu wyjechała na Mazury w większym gronie: osiem osób dorosłych i czwórka dzieci. Wynajęli domki w Kruklankach. Żadnych nerwów, spięć. W tym roku wybierają się do Mikołajek. Wszyscy kochają jeziora i szanty.

– Wakacje nie oznaczają, że trzeba spędzać ze sobą 24 godziny na dobę. Jeśli chcieliśmy z partnerem wyjść sami na obiad albo na spacer, po prostu mówiliśmy o tym i szliśmy. Twierdzę Boyen chcieliśmy zobaczyć tylko my. Nikt się nie obrażał. Inne pary robiły dokładnie to samo. Najwięcej czasu spędzaliśmy razem wieczorami, przy grillu. Opowiadaliśmy sobie, jak spędziliśmy dzień.

Była jeszcze jedna zasada.

– Każda rodzina miała własny domek. Choćby nie wiem jak bliscy byli to znajomi, każdy potrzebuje czasem zamknąć za sobą drzwi, pójść do łazienki w piżamie i nie zastanawiać się, czy płacz dziecka o siódmej rano obudzi pół domu – dzieli się swoją receptą na udany wyjazd.

Dalsza część tekstu poniżej

Na wakacjach chciałabym pobyć z własnym mężem

A co, jeśli ze znajomymi chce jechać tylko jedna strona związku?

– Co roku mój mąż próbuje zaprosić znajomych na wyjazd. Mówi: "Marek też jedzie do Szklarskiej Poręby, może wynajmiemy razem większy dom?". A mnie to zupełnie nie przekonuje – opowiada Karolina.

Chce odpoczywać tylko z najbliższymi. Tłumaczy, że przez większość roku oboje są pochłonięci pracą i obowiązkami.

– Widzimy się głównie wieczorami, zmęczeni, często każde zajmuje się czymś innym. Dla mnie urlop to ten moment, kiedy możemy naprawdę pobyć razem. Ale mój mąż widocznie szuka wrażeń – mówi z przekąsem.

Tomek siedzi przy piwie z kolegami, rozmawia o piłce, a ja znowu ląduję z dziećmi na placu zabaw. Dzień jak co dzień, tyle że na wakacjach.

Karolina

żona i mama

W tym roku postawiła sprawę jasno.

– Powiedziałam, że chciałabym, żebyśmy pojechali sami. Przecież nasz związek tego potrzebuje. Tomek uważa, że przesadzam i że odcinam go od ludzi. Boję się, że jestem dla niego nudna.

Dlaczego ze wspólnych wakacji tak często wracamy skłóceni?

Dlaczego wspólne wyjazdy, które miały być czasem odpoczynku i wzmacniania relacji, tak często kończą się napięciami? O wakacyjnych pułapkach i zasadach udanego urlopu opowiada prof. Katarzyna Popiołek, psycholog społeczny z Wydziału Psychologii w Katowicach USWPS.

– Odpowiedź jest prosta: po prostu źle się dobraliśmy – mówi prof. Katarzyna Popiołek. – Wyjazd z nieznajomymi to zawsze pewna ruletka. Prawdziwym wyzwaniem bywają jednak wakacje z przyjaciółmi, z którymi świetnie się dogadujemy na co dzień, ale nigdy wcześniej wspólnie nie podróżowaliśmy.

Zdaniem psycholożki pierwsza i fundamentalna sprawa to finanse. Nie chodzi jednak o sam poziom zamożności, ale o stosunek do wydawania pieniędzy. 

– Może być tak, że jedni są bardzo bogaci, ale przy tym niezwykle skąpi. I właśnie wtedy zaczynają się problemy. Najważniejsze jest to, żebyśmy rozumieli nawzajem, na co nas stać, i potrafili tak zarządzać budżetem, by dla osoby dysponującej mniejszymi środkami nie było to ani kłopotliwe, ani upokarzające.

Profesor przyznaje, że sama wielokrotnie przekonała się, jak duże znaczenie ma zgodność w tej kwestii.

– Sama przeżyłam to kiedyś z koleżanką. Jako młode, niezbyt zamożne adiunktki pojechałyśmy na miesiąc do Szkocji z bardzo bogatym małżeństwem poznanym na kongresie naukowym. Okazało się jednak, że potrafiliśmy żyć w taki sposób, który wszystkim odpowiadał. Mieszkaliśmy w tanim lokum, jadaliśmy w niedrogich restauracjach, wybieraliśmy tańsze wycieczki. Nie szaleliśmy na co dzień, ale czasem pozwalaliśmy sobie na odrobinę luksusu. I to zadziałało – wspomina. 

I dzieli się kolejną opowieścią:

– Z kolei inny wyjazd, z osobą o dokładnie takim samym statusie materialnym jak mój, okazał się koszmarem. Była tak oszczędna, że każda czynność wiążąca się z wydatkami wymagała wyliczania i kombinowania. Wyjazd zamienił się w jedną wielką buchalterię i całkowicie odebrał nam przyjemność z urlopu. Dlatego pierwsza zasada jest prosta: podobne podejście do pieniędzy i umiejętność kompromisu z nastawieniem na wspólną radość – podkreśla.

Drugą ważną sprawą jest elastyczność, bo, jak zauważa ekspertka, wyjazdy rządzą się swoimi prawami. 

– Nagle wydarza się coś, przez co trzeba zmienić plany albo z czegoś zrezygnować. Pytanie brzmi: czy nasi towarzysze potrafią to zaakceptować bez robienia z tego tragedii? Są ludzie, którzy jak coś zaplanują, to nie ma zmiłuj. Trzymają się harmonogramu za wszelką cenę. A przecież elastyczność na bieżąco jest tutaj prawdziwym ratunkiem – zaznacza.

Czytaj także:

Kolejną ważną kwestią jest sposób spędzania wolnego czasu. Prof. Popiołek zwraca uwagę, że jeśli jedni marzą o całodziennym plażowaniu, a drudzy wolą zwiedzać i chodzić po muzeach, nie musi to wcale oznaczać konfliktu. Można dać sobie nawzajem sporą swobodę – jedni będą odpoczywać na plaży, drudzy realizować swoje plany, a wieczorem wszyscy spotkają się i opowiedzą sobie o minionym dniu.

Psycholożka podkreśla jednak, że w takim układzie trudno mówić o prawdziwie wspólnych wakacjach.

– To raczej dwie osobne wycieczki, które po prostu mieszkają pod jednym dachem – zauważa.

I dodaje, że taki model również może się sprawdzić, pod warunkiem że obie strony go akceptują i nie mają wobec siebie innych oczekiwań.

Wszystkie dzieci nasze są

Nie mniej ważny jest rytm dnia. Prof. Popiołek zwraca uwagę, że różnice w codziennych przyzwyczajeniach potrafią mieć większe znaczenie, niż się wydaje.

– Jedni lubią wcześnie chodzić spać i wstawać skoro świt, inni wolą posiedzieć do późna przy kieliszku wina, a rano dłużej pospać. To może się wydawać drobiazgiem, ale zgodność w tej kwestii naprawdę pomaga wypocząć – podkreśla.

Psycholożka dodaje, że równie istotne jest to, czy ludzie w ogóle dobrze się ze sobą czują w codziennym kontakcie.

Warto odpowiedzieć sobie na pytanie: czy my w ogóle lubimy ze sobą rozmawiać? Czy mamy wspólne tematy i czy sprawia nam przyjemność wzajemna wymiana myśli? Na wakacjach jest mnóstwo czasu na rozmowy: przy śniadaniach, obiadach, kolacjach czy podczas wspólnych spacerów. Jeśli brakuje nam płaszczyzny porozumienia, ta intensywna bliskość bardzo szybko zacznie męczyć.

prof. Katarzyna Popiołek

psycholożka społeczna

Osobnym zagadnieniem są wakacje ze znajomymi oraz ich dziećmi. Jak zaznacza profesor, szczególnie trudne bywają wyjazdy, w których tylko część uczestników ma doświadczenie w opiece nad najmłodszymi.

– Jeśli jedna strona ma dzieci, a druga nie, warto się zastanowić, czy ci bezdzietni znajomi mieli w ogóle kontakt z maluchami. Czy rozumieją, że dzieci bywają marudne, mają swoje zachcianki i czasem po prostu hałasują? Jeśli potrafią to zaakceptować i nie robią z tego nieszczęścia, to wszystko jest w porządku. W przeciwnym razie taki wyjazd może być bardzo trudny – tłumaczy.

Profesor przyznaje, że sama przez wiele lat wyjeżdżała ze znajomymi, którzy mieli małe dzieci.

– Podchodziliśmy do nich tak, jakby były to nasze własne dzieci. Jeśli potrafimy czerpać radość z ich obecności i z uśmiechem reagować na różne psoty, które robią, to wszystko jest w porządku. Natomiast jeśli pojawia się nastawienie: "To są wasze dzieci, zróbcie coś, żeby nam nie przeszkadzały", to lepiej w ogóle razem nie jechać – zastrzega. – Na wyjeździe te dzieci muszą się stać w pewnym sensie "naszymi" dziećmi. Powinniśmy chcieć się z nimi śmiać, wziąć je na kolana i traktować jak wspólną radość, a nie jak uciążliwy ciężar.

W ocenie psycholożki już przed wyjazdem warto jasno ustalić, jak ma wyglądać wspólny czas.

– Jeśli nasze oczekiwania są różne, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w ogóle da się je pogodzić – podkreśla.

Jak mówi, w jej własnych doświadczeniach najlepiej sprawdzał się model mieszany.

– Z moimi przyjaciółmi najczęściej dogadywaliśmy się tak, że jednego dnia leniuchowaliśmy, każdy po swojemu, a drugiego dnia wspólnie gdzieś jechaliśmy i coś zwiedzaliśmy. Wynikało to z tego, że mieliśmy podobne zainteresowania. Wszyscy chcieliśmy zobaczyć tę samą galerię malarstwa czy zwiedzić ten sam zamek – opowiada.

Profesor podkreśla, że kluczowe jest pytanie o intencję wyjazdu.

– Trzeba sobie odpowiedzieć, po co właściwie jedziemy razem. Czy dlatego, że taniej jest wynająć dom i każdy będzie organizował czas po swojemu, czy dlatego, że naprawdę chcemy ze sobą pobyć – mówi.

I dodaje, że w jej przypadku odpowiedź jest od lat niezmienna.

– Ja ze swoimi przyjaciółmi wyjeżdżam regularnie od siedemnastu lat. Robimy to właśnie po to, żeby pobyć razem. Nas cieszy samo swoje towarzystwo. Nawet jeśli przez cały wyjazd pada deszcz, jesteśmy szczęśliwi, że mamy czas na rozmowę. To, że nie zrealizowaliśmy wszystkich punktów programu, schodzi na dalszy plan – podkreśla.

I podsumowuje:

– To jest chyba najważniejszy klucz do sukcesu. Jeśli przebywanie ze sobą sprawia nam autentyczną radość, to naprawdę nieważne gdzie, nieważne jak, ważne z kim.

Sam na sam

Co jednak w sytuacji, gdy jedna osoba marzy o kameralnym wyjeździe z partnerem i dziećmi, a druga za wszelką cenę chce zabrać ze sobą znajomych?

– To zdecydowanie coś mówi o relacji – uważa prof. Popiołek. – Być może taka osoba obawia się, że podczas wyjazdu sam na sam zaczną być wałkowane trudne tematy rodzinne. Obecność znajomych pełni wtedy rolę pewnego hamulca bezpieczeństwa, który nie dopuszcza do małżeńskich rozliczeń.

– A może po prostu trochę nudzi się w towarzystwie własnej rodziny i potrzebuje osób trzecich, które ją rozbawią i dostarczą rozrywki. Skoro jednak druga strona nie chce tych ludzi, to taki wyjazd z góry skazany jest na porażkę. Na pewno nie będzie uroczo.

Profesor dodaje, że czasem niechęć jednej ze stron ma bardzo konkretne źródła.

– Może ta znajoma jest zbyt zalotna? A może po prostu jest osobą drobiazgową i o wszystko się czepia?

I właśnie to prowadzi do ostatniej zasady.

– Na wspólnych wyjazdach absolutnie nie wolno być drobiazgowym. Trzeba umieć odpuścić małe problemy i drobne spory. Coś poszło nie tak? Trudno. Machamy ręką i jedziemy dalej.

– Jeśli jesteśmy małostkowi, jeśli każdy szczegół musi być dokładnie po naszej myśli, a plan dnia realizowany co do minuty, to urlop zamienia się w męczarnię. I wtedy, zamiast wypoczywać, zaczynamy się nawzajem męczyć – kwituje.