
"Pakuj się i wracaj do mnie, córeczko" – usłyszała 32-letnia Iza, gdy przez telefon wyznała ojcu, że partner podniósł na nią rękę. Od progu dostała wszystko: miłość, ciepły posiłek i bezpieczny dach nad głową. – Problemy zaczęły się, kiedy tata zaczął myśleć, że znów mam 10 lat – opowiada. – Wydzwaniał o dwudziestej, pytał, gdzie jestem i dlaczego jeszcze nie ma mnie w domu.
Na początku Iza przełykała agresywne komentarze Mateusza, który z każdym dniem pozwalał sobie na coraz więcej. Wcześniejsze związki też jej nie wyszły, a zegar tykał. Może tak właśnie musi być? Może to ona jest przewrażliwiona? Zresztą Mateusz coraz częściej nazywał ją histeryczką.
Gdyby mama Izy żyła, pewnie powiedziałaby jej, co robić. Koleżanki radziły różnie. Jedne przekonywały, że z takiego związku trzeba uciekać. Inne wzruszały ramionami: "Przecież nigdzie nie jest idealnie". Niektóre same zaciskały zęby i jakoś trwały. Często – jak mówiły – dla dobra dzieci.
Iza dzieci nie miała, więc teoretycznie łatwiej było spakować torbę i zamknąć za sobą drzwi. Ale jak przekreślić cztery lata życia?
– Bardzo chciałam wierzyć, że ten związek da się jeszcze uratować – przyznaje. – Ale kiedy Mateusz podniósł na mnie rękę, zrozumiałam, że później będzie już tylko gorzej. Zadzwoniłam do taty i powiedziałam, że muszę uciekać. Przyjął mnie z otwartymi ramionami.
Nie miała szans na samodzielny wynajem nawet niewielkiej kawalerki. Zarabiała za mało, a mieszkanie w pokoju ze studentami nie wchodziło w grę.
– Tata nigdy nie dał mi odczuć, że coś mi w życiu nie wyszło – podkreśla. – To ja czułam się przegrana. Miałam już ponad trzydzieści lat. Nawet ci, którzy długo mieszkali z rodzicami, wyprowadzali się na swoje, a nie wracali do rodzinnego domu. Ale nie miałam wyjścia.
Pierwsze tygodnie były jak ze snu. Gdy wracała z pracy, na stole czekał parujący talerz zupy. Ojciec troszczył się o nią, przykrywał kocem, kiedy zdarzało jej się zasnąć z książką. Ktoś wreszcie pytał, czy na pewno wszystko u niej w porządku. Po latach napięcia i upokorzeń zyskała spokój.
Ojciec Izy nigdy nie zagospodarował jej pokoju, w którym dorastała. Przeglądali razem jej pamiątki, wspominali. Zbliżyli się do siebie.
W końcu mężczyzna postanowił, że będzie wstawał razem z córką, żeby ugotować jej owsiankę i zaparzyć poranną kawę.
– I wtedy pojawił się pierwszy zgrzyt – wspomina. – Z jednej strony wiedziałam, że bardzo się cieszy, bo znowu nie jest sam. Późno zostałam jego córką, a po śmierci mamy już nigdy nie ułożył sobie życia. Ale z drugiej strony zaczęło mnie to przytłaczać. Od końca podstawówki sama robiłam sobie śniadanie. Nagle znowu poczułam się jak dziecko.
Z czasem troska zmieniała się w kontrolę. O dwudziestej dzwonił telefon. "Gdzie jesteś?", "Dlaczego jeszcze nie wracasz?". Iza zaczęła odczuwać napięcie przed każdym wieczorem.
Po dwóch miesiącach mieszkania z ojcem zaczęła randkować. Tata wypytywał, kto to jest, oceniał przyszłego partnera, mimo że go nie znał.
Iza wytrzymała pół roku. W końcu zdecydowała się odejść. Przeniosła się do mieszkania koleżanki, która wyjeżdżała na roczny kontrakt za granicę i wynajęła jej je za atrakcyjną cenę. Ojcu nie powiedziała, że to jego zachowanie było przyczyną. Nie chciała go zranić. Skłamała, że to koleżanka poprosiła o opiekę nad mieszkaniem.
Dziś jest żoną mężczyzny, z którym zaczęła się spotykać, mieszkając u ojca.
– To było dobre miejsce, żebym stanęła na nogi. Jestem wdzięczna tacie, że przyjął mnie z powrotem. Ale wiem, że nie dałabym rady tak dłużej żyć.
Psycholożka: Trzeba postawić granicę
Powrót do rodzinnego domu po latach samodzielnego życia rzadko oznacza jedynie zmianę adresu.
– Często wiąże się z poczuciem porażki i wrażeniem cofnięcia się do etapu, który wydawał się już definitywnie zamknięty. Samo ponowne dostosowanie się do zasad panujących w domu rodzinnym jest psychologicznie bardzo trudne – mówi Żaneta Rachwaniec, psycholożka i socjolożka.
Jak tłumaczy, życie nie rozwija się po prostej. Każdemu zdarzają się kryzysy i momenty regresu, jednak naturalnie dążymy do poczucia, że idziemy naprzód. Właśnie dlatego powrót do rodziców potrafi mocno zachwiać samooceną.
– Taka sytuacja rzadko budzi pozytywne skojarzenia. Powiedzmy to wprost: dorosłe osoby mieszkające z rodzicami często są postrzegane jako nieudacznicy. To bardzo krzywdzący stereotyp, ale wciąż jest obecny i wiele osób boleśnie go odczuwa – podkreśla.
To nie jedyny problem. Powrót pod rodzinny dach komplikuje także budowanie nowych relacji.
– Gdy mieszkamy sami, sami decydujemy o swojej prywatności. Mając trzydzieści czy czterdzieści lat trudno zaprosić nowego partnera do domu rodziców i prowadzić życie intymne. Dla wielu osób staje się to źródłem frustracji i odbiera nadzieję, że ich sytuacja wkrótce się zmieni – dodaje.
Równie trudne okazuje się ponowne ułożenie relacji z rodzicami. Dlatego – zdaniem psycholożki – już na początku warto jasno ustalić zasady wspólnego mieszkania.
– Rodzice zawsze będą się martwić i to jest naturalne. Ale można umówić się na przykład tak: jeśli nie wracam na noc, wysyłam wiadomość. Ty wiesz, że jestem bezpieczna, ale nie wypytujesz mnie, gdzie jestem, z kim i o której wrócę. To zdrowa granica – tłumaczy.
Jak podkreśla, nie istnieje jeden uniwersalny zestaw reguł dla wszystkich rodzin. Granice trzeba wypracować wspólnie i otwarcie o nich rozmawiać.
– Najgorsze jest pozostawianie wszystkiego w sferze domysłów. Trzeba jasno powiedzieć, na co się zgadzamy, a na co nie. To, że wróciłam do rodzinnego domu, nie oznacza przecież, że znowu mam piętnaście lat. Nadal jestem trzydziesto- czy czterdziestolatką i chcę, żeby było to szanowane – podkreśla.
Dalszy ciąg tekstu poniżej
Zobacz także
Jestem bumerangiem
– Głupio mi. Co ja mam ci powiedzieć? – zaczyna Wojtek. – Trzydzieści pięć lat, dwójka dzieci na utrzymaniu, a ja wieczorem wracam do mieszkania rodziców. I zastanawiam się, czy moje kosmetyki nie zajmują im za dużo miejsca w łazience. Koszmar. Co za wstyd.
Na chwilę milknie.
Jest jednym z "tych" bumerangów. W socjologii tym terminem określa się dorosłych, najczęściej między 25. a 35. rokiem życia, którzy po okresie samodzielnego mieszkania – na studiach, w wynajmowanym lokalu czy w małżeństwie – z różnych powodów wracają pod dach rodziców.
Nazwa dobrze oddaje ten mechanizm: wyfruwają z domu rodzinnego, ale po zderzeniu z życiową ścianą wracają dokładnie tam, skąd ruszyli. Jedni na chwilę, drudzy na dłużej.
Najczęściej to efekt twardej ekonomii i życiowych kryzysów: utraty pracy, gwałtownego wzrostu kosztów życia, rozwodu, kredytów albo alimentów, które w pojedynkę stają się nie do udźwignięcia. Wtedy powrót do rodziców przestaje być wyborem, a zaczyna być jedyną opcją.
"Ogarniesz się"
Pierwszy raz Wojtek wrócił do rodziców zaraz po dwudziestce. Dziewczyna, która na palcu nosiła pierścionek zaręczynowy od niego, wyprowadziła się do nowej miłości. Wojtek został sam ze złamanym sercem, opłatami za stancję i rozpoczętymi studiami zaocznymi, za które też trzeba było zapłacić.
Krępował się zadzwonić do rodziców i poprosić o pomoc. Ale zrobił to po dwóch miesiącach.
– Rodzice powiedzieli: "Dobra, wracaj, ogarniesz się". I jakoś poszło. Posiedziałem u nich niecały rok, odłożyłem na czesne, zacząłem zarabiać więcej i znowu poszedłem na swoje. Wtedy myślałem, że limit porażek już wyczerpałem – wspomina.
Złamane serce dwa lata później posklejała mu Wiktoria. Ciąża, szybki ślub i wynajęty apartament na nowym osiedlu. Wojtek się ustatkował i nawet opowiadał Wiktorii, jak to kiedyś musiał wracać do rodziców. Kiwała ze zrozumieniem głową. Na świat przyszło ich drugie dziecko.
I wszystko zaczęło się sypać. Wojtek ciągle słyszał, że za mało angażuje się w życie rodziny, ciągle brakowało im pieniędzy. On miał z kolei pretensje, że Wiktoria zajmuje się tylko dziećmi, a on przestał się liczyć.
– Stało się. Na imprezie firmowej zdradziłem żonę. Dowiedziała się i wyrzuciła mnie z naszego wynajmowanego mieszkania tak, jak stałem.
Wojtek u rodziców miał zostać tylko na chwilę. Ale potem sąd zasądził alimenty na dwójkę maluchów. A w jego pracy były cięcia.
– Usiadłem z kalkulatorem i wyszło, że na wynajem mnie po prostu nie stać – wyznaje.
Już drugi rok mieszka w swoim dziecięcym pokoju.
Rodzice nic nie mówią wprost. Ale on czuje, że jest niemile widziany. Starsza siostra dawno poszła na swoje i ani myślała, żeby wrócić. W pokoju po niej rodzice urządzili sobie sypialnię. Ten pokój, w którym dziś śpi Wojtek, miał być przestrzenią ich matki. Planowała wyrzucić starą meblościankę, wstawić tam maszynę do szycia, biurko, zrobić małą pracownię z biblioteczką.
Mama mu tego nigdy nie wypomniała, ale on czuje przez skórę, że jest niezadowolona. Że ją zawiódł. Ojciec tylko ciężko wzdycha. On na swoje poszedł zaraz po maturze.
Wojtek mówi mi, że najtrudniejsze są weekendy, kiedy zabiera do siebie dzieci. Woli jednak iść z nimi na lody czy basen.
Rodzice traktują Wojtka jak trzeciego wnuka. Zimą pilnują, żeby się ciepło ubrał. Latem, żeby się nie przegrzał. Początkowo zwracał im uwagę, teraz tylko macha ręką.
– Co mogę poradzić, skoro mieszkam kątem u swoich rodziców? – zastanawia się. – To ja jestem na ich warunkach.
Psycholożka: To może być obciążające
Czy w sytuacji życiowego kryzysu lepiej wrócić do rodzinnego domu, czy za wszelką cenę próbować utrzymać samodzielność? Zdaniem Żanety Rachwaniec nie ma jednej odpowiedzi. Wszystko zależy od relacji z rodzicami i tego, czy rzeczywiście są oni źródłem bezpiecznego wsparcia.
– Są osoby, które mają z rodzicami zdrową, wspierającą relację i dla nich taki powrót będzie dobrym rozwiązaniem. Trzeba jednak pamiętać, że dla rodziców to również trudna sytuacja. Często odbierają powrót dorosłego dziecka jako sygnał, że coś w jego życiu się nie udało – zauważa.
Troska łatwo może przerodzić się w nadmierną kontrolę. Dobrze pokazuje to historia jednej z bohaterek tekstu. Gdy po śmierci mamy wróciła do ojca, początkowo otoczył ją troskliwą opieką. Z czasem zaczął jednak wydzwaniać do niej wieczorami i dopytywać, dlaczego jeszcze nie wróciła do domu.
– Dla dorosłego człowieka nieustanne tłumaczenie się z własnego życia może być bardzo obciążające – podkreśla psycholożka.
Dlatego, jeśli tylko istnieje taka możliwość, ekspertka zachęca do szukania innych rozwiązań. Zwraca uwagę, że dziś znacznie łatwiej niż jeszcze kilka lat temu znaleźć współlokatora i podzielić koszty wynajmu.
– W internecie działa wiele grup, na których można znaleźć osoby do wspólnego mieszkania. W większości przypadków to lepsze rozwiązanie niż powrót do rodziców. Traktowałabym go raczej jako ostateczność – podkreśla.
Prosi też, by spojrzeć na tę sytuację oczami samych rodziców.
– Oni również mają prawo odpocząć i zacząć żyć po swojemu. Ich misja wychowawcza już się zakończyła. Oczywiście większość z nich przyjmie dziecko pod swój dach, jeśli będzie taka potrzeba, ale dla nich także nie jest to łatwa ani komfortowa sytuacja.
Nie oznacza to jednak, że rodzice mają pomagać bez końca.
Zdaniem Żanety Rachwaniec są sytuacje, w których powinni powiedzieć: "dość". Jeśli dorosłe dziecko po raz kolejny wraca do rodzinnego domu, bo znów straciło pracę albo nie potrafi stanąć na własnych nogach, stawianie granic przestaje być oznaką braku wsparcia, a staje się wyrazem odpowiedzialności.
Żaneta Rachwaniec
psycholożka, socjolożka
Jak podkreśla, brak jasnych zasad łatwo odbiera motywację do zmiany. Dorosłe dziecko może wygodnie osiąść w dobrze znanym miejscu, a z czasem oczekiwać, że rodzice znów przejmą dawne obowiązki.
– Zdarza się, że dorosły syn czy córka oczekują, że mama ugotuje, zrobi pranie i zajmie się domem. W ten sposób rodzic znów staje się opiekunem, choć ten etap życia powinien mieć już za sobą – zauważa.
Ekspertka zwraca uwagę, że powrót dziecka jest trudny nie tylko dla niego. Rodzice również zdążyli ułożyć sobie życie na nowo, oswoić pustkę po wyprowadzce dzieci i odnaleźć się w nowej codzienności. Nagły powrót często burzy ten porządek.
– To nie jest sytuacja, w której tylko dziecko ma pod górkę. Rodzice także przeżywają własny kryzys i mogą czuć się zagubieni – podkreśla.
Na koniec zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz. Choć wsparcie rodziców bywa bezcenne, nie oznacza to, że powinniśmy przerzucać na nich wszystkie swoje problemy.
– Rodzic nie jest terapeutą. Kiedy opowiadamy mu o swoich kryzysach, musimy pamiętać, że będzie je przeżywał razem z nami. To pewnego rodzaju transakcja wiązana – zyskujemy wsparcie i możliwość wyrzucenia z siebie emocji, ale w zamian musimy liczyć się z tym, że rodzice będą chcieli bardziej uczestniczyć w naszym życiu. Często oczekujemy wsparcia idealnego, tymczasem oni pomagają najlepiej, jak potrafią. Czasem nieporadnie, czasem zbyt mocno, ale zwykle z troski – podsumowuje.





